Friday, 15 November 2019

Burning Rubber ☆☆☆☆☆


Na Boga. Właśnie wtedy, kiedy myśleliście, że jeśli chodzi o kino, czy nawet karierę Johna Travolty - nie może być już gorzej. Panie i panowie! Przedstawiam wam Burning Rubber (aka Trading Paint, aka Na Zakręcie), kolejny w długiej linii niewygodnych pokazów ego Travolty w desperackiej próbie ponownego poczucia się młodym. Trochę jak filmowa fontanna młodości. Tyle tylko, że to nigdy nie działa i sprawia, że ​​wygląda on jeszcze starzej. Jest to jeden z najśmieszniejszych wpisów w późnej karierze Travolty - tak, nawet licząc Gotti - i taki, o którym ciężko mi się mówi, bo nie ma tu za wiele do powiedzenia…

Nagradzany filmowiec Karzan Kader debiutuje w języku angielskim w opowieści o legendarnym duecie wyścigowym ojca i syna Sam (John Travolta) i Cam (Toby Sebastian), którzy podłamują się, gdy ich zwycięska passa zaczyna zawodzić. Rywal wyścigowy korzysta z okazji i oferuje Camowi okazję do ścigania się z przeciwnikiem (Michael Madsen). Cam na to przystaje, a różnica między ojcem i synem staje się jeszcze większa. Silniki idą w ruch, sypią się iskry, gdy oba auta w ostatecznym wyścigu o wysokie stawki i najbardziej niebezpiecznej rywalizacji między ojcem i synem. W zeszłym roku Travolta wręczył nam wspaniały prezent przypadkowo zabawnego Speed ​​Kills - historii weterana wyścigów motorówek. I tak, teraz to on jest weteranem wyścigów samochodowych…


Kończąc dygresję. Burning Rubber jest tak przewidywalne, jak się wydaje. Przede wszystkim romans boleśnie wręcz soczysty, nazbyt sentymentalny i dość agresywnie zatłoczony - rozgrywany między Travoltą, a postacią graną przez Shanię Twain. Tak, dobrze czytacie. Próby przedstawienia historii miłosnej są zabawne i znacznie bardziej pasują chyba do innego filmu. Jakiegokolwiek. Po prostu nie do tego. To ma być intensywny, szybki film wyścigowy - a prawdziwych scen wyścigowych jest jak na lekarstwo, jest więc nudno. Częściowo ze względu na kiepski montaż - szalone cięcia i źle scalone sceny sprawiają, że ogląda się to ciężko i trudno się wczuć, a przez to marnują się na wpół przyzwoite praktyczne efekty na torze wyścigowym. Sekwencja, w której samochód jest podzielony na pół, została całkiem zrujnowana przez straszną edycję i brak zbudowanego napięcia.

Burning Rubber nie daje powodów do polecania. John Travolta jedzie po najniższej linii oporu, a próby odzyskania publiki przez Michaela Madsena nie wychodzą wiele lepiej. Montaż to bałagan, fabuła jest poplątana, scenariusz to żart. Nienawidziłem każdej sekundy. Chciałem, wyjść od momentu, gdy się to zaczęło. Tego właśnie oczekujemy od Travolty pod każdym względem, jednak chyba zasługujemy na coś lepszego. Jest wiele lepszych sposobów spędzenia 90 minut niż Burning Rubber. Jest też Kevin Dunn. Absolutnie cudowny we wszystkim co robi, więc jeśli okaże się, że musicie przez to przejść, nie martwcie się. Kevin Dunn robi robotę.

☆☆☆☆☆
Sam Love

Burning Rubber at CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 13 November 2019

Little Friends - Dogs and Cats ★★☆☆☆


Gotowi by poczuć się staro? Nintendogs zostało wydane 14 lat temu. Pamiętam wszystko co do joty - po wybraniu wirtualnego zwierzaka nadal słyszę tutorial sugerujący nazwy psów: „Lucky! Maxwell! Daisy!". To były proste czasy. 14 lat później oczekiwałbym czegoś nowego w gatunku symulacji zwierząt domowych. Czegoś przełomowego, takiego jak Nintendogs przed laty. Wygląda na to, że Little Friends: Dogs & Cats próbują powtórzyć ten sukces na konsoli Nintendo Switch, ale szczerze mówiąc, nie ma tu nic nowego.


Od momentu, gdy wejdziemy do gry i wybierzemy jedną z sześciu ras psów (Shiba Inu, Chihuahua, Toy Poodle, Labrador Retriever, Buldog francuski i Owczarek niemiecki), nostalgia i déjà vu uderzą jak grom. Jednak kiedy wrócimy do swojego cyfrowego domu, natychmiast zdamy sobie sprawę z ograniczeń Switcha.Na DSach mogliśmy łaskotać swojego psa, gwizdać na niego, rozmawiać z nim przez mikrofon i ogólnie mieć bliskie rzeczywistemu doświadczenie, Little Friends pozostawiają na tym polu wiele do życzenia. Jasne, są tutaj funkcje ekranu dotykowego, ale nie działają szczególnie dobrze - chociaż zapewniają bardziej wciągające wrażenia niż alternatywa z Joy-Conami.

Nie ma nic dziwnego w tym, że Little Friends to coś nowego pod względem grafiki. Nasi futrzani przyjaciele są jak żywi dzięki niesamowitemu (jak na Switcha) renderowaniu futra i mimiki w animacjach. Dawno minęły czasy martwych i płaskich Nintendogs, ale tam, gdzie same zwierzęta odnoszą sukces - i na pewno są w centrum uwagi - cierpią tła. Gra toczy się przede wszystkim w jednym pokoju, w którym będziemy monitorować potrzeby swoich zwierzaków (za pomocą wskaźników ekranowych) i wykonywać wszystkie swoje pieszczoty, zabawy i pielęgnację. Sam pokój jest jednak dość wypłowiały i pozbawiony charakteru, tak jak w czasach Nintendogów (chociaż można go edytować). Co więcej, zabranie psa na spacer pokazuje też całkiem pozbawiony życia świat zewnętrzny.

Gra w niewytłumaczalny sposób opiera się na czymś w rodzaju systemu poziomów; lepsze zapoznanie się z małym przyjacielem podczas spacerów i zabawy rozwija poziom przyjaźni, który zapewnia dostęp do nowych treści i zadań. Ponad 600 akcesoriów można kupić dla swojego zwierzaka za pieniądze zarobione na konkursach z latającymi dyskami, co sprawia mnóstwo zabawy - dzięki różnorodnym czapkom i ubraniom możemy też sprawić, że nasz pies będzie wyglądał jak absolutny kozak.


Jak sugeruje tytuł, koty również są dostępne - ale ta strona gry została potraktowana po macoszemu, z bardzo niewielką ilością interakcji i zabaw. Uznałbym to za grę o psach, ze szczyptą kotów, raczej jako dodatek. Ogólnie rzecz biorąc idea Little Friends: Dogs & Cats's jest we właściwym miejscu. Stara się być nowym Nintendogsem i wypełnić pustkę w niszy symulacji zwierząt domowych, która nęka ostatnią generację konsol, jednak cała ta sprawa cuchnie desperacją, a gra nie robi absolutnie nic nowego z tym gatunkiem, sprawiając jedynie, że chcemy odkopać nasze stare DSy i uruchomić Nintendogs.

★★☆☆☆
Sam Love

Little Friends - Dogs and Cats w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 11 November 2019

Monster Jam: Steel Titans ★★★☆☆


W Anglii nie szalejemy zbytnio za monster truckami. Trudno zrozumieć te emocje - wszystko wydaje się bardzo amerykańskie, prawda? Niezadowoleni z normalnych ciężarówek, ludzie w starej dobrej Ameryce musieli po prostu sprawić, że będą większe. Bo czemu nie. Ten nowy typ ciężarówki zrodził Monster Jam, amerykański event sportowy. Zaczynając w 1992 roku, zaledwie 10 lat później wydali swoją pierwszą licencjonowaną grę wideo, Monster Jam: Maximum Destruction. 17 lat później wciąż dostajemy nowe tytuły - i raczej wiele się w tym czasie nie rozwinęły.

Najnowsza odsłona, Monster Jam: Steel Titans, kontynuuje ideę chaosu monster trucków i przenosi ją na kolejny poziom dzięki nowym mapom, wyzwaniom, modelom i szaleństwu. Wszystko to niedorzecznie przesadzone naprawdę działa jak miękki restart, wprowadzając nowych graczy do serii i miejmy nadzieję, przekonując ich, że jazda ogromną ciężarówką rozbijającą skrzynie na kawałki, to dobry sposób na spędzenie czasu. Zaczynając w centrum Monster Jam University nauczymy się podstaw sterowania ciężarówką i sposobów gry w różnych trybach. Następnie zostajemy wrzuceni za kierownicę i jedziemy w świat szaleństwa monster trucków.


Radziłbym, abyście zwrócili szczególną uwagę na samouczki, ponieważ sterowanie jest trochę nietypowe, zwłaszcza jeśli jesteście nowi w serii, czego się spodziewam, ponieważ macie jakikolwiek gust i nigdy nie marnowaliście czasu na Monster Jam. Trudne sterowanie jest dodatkowo ciekawsze przez niedorzeczny silnik fizyki w grze, który sprawia, że ​​pojazdy są bardzo nieprzewidywalne i czasami wręcz niemożliwe do kontrolowania.

Graficznie, Monster Jam: Steel Titans nie jest najładniej wyglądającą grą na rynku. Chociaż nikt nie spodziewał się, że tytuł z monster truckami będzie ucztą dla oka, spodziewałem się więcej po grze wydanej w 2019 roku. Konstrukcje pojazdów nie są złe - co zrozumiałe, tutaj skupiona była uwaga twórców. Jednak widać, jak dużo wysiłku włożono w pojazdy, a jak mało we wszystko inne. Świat wydaje się martwy, do tego brakuje mu detali, cały w blokowych teksturach i poważnymi problemami z perspektywą, które sprawiają, że wrażenia są bardzo niepokojące.

Przynajmniej jest wiele do zrobienia - obfite tryby gry, w tym standardowe wyścigi, swobodne przejażdżki, tryby kaskaderskie i zniszczenia sprawiają, że jeśli jesteście fanami monster tracków, prawdopodobnie szybko się nie znudzicie. Za kierownicą ciężarówki można się dobrze bawić, jeśli lubicie takie rzeczy. Powtarzalność jest dodatkowo maskowana przez liczne skórki do odblokowania i części do pojazdów, które sprawią, że wasza ciężarówka będzie siłą, z którą trzeba się liczyć.

Ogólnie rzecz biorąc, Monster Jam: Steel Titans zapewnia mnóstwo zabawy i szaleństwa z monster truckami, ale gra nie jest jeszcze wystarczająco dopracowana, aby wypuścić ją w 2019 roku. Grafika pozostawia wiele do życzenia, a abstrakcyjne sterowanie i fizyka składają się na frustrującą rozgrywkę, jednak jeśli lubicie Monster Jam, prawdopodobnie znajdziecie tutaj naprawdę dużo zabawy.

★★★☆☆
Sam Love

Monster Jam: Steel Titans w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 8 November 2019

Do zgarnięcia 1000 złotych co tydzień przez 4 tygodnie!

Tak, dobrze przeczytałeś!

Chciałbyś raz na tydzień przez cztery tygodnie otrzymywać szanse na wygranie vouchera o wartości 1000 PLN do wykorzystania w CeX?

Napisz recenzję dowolnego produktu na webuy.com między środą 13 listopada, a poniedziałkiem 9 grudnia. Co tydzień ze wszystkich opublikowanych recenzji zostanie wybrany jeden zwycięzca, z którym skontaktujemy się w celu dostarczenia w postaci kuponu CeX o wartości 1000 zł, który można wykorzystać online lub w dowolnym sklepie stacjonarnym.
Aby napisać recenzję, przejdź na stronę webuy.com i wyszukaj produkt, który chcesz zrecenzować, po czym kliknij przycisk „napisz recenzję”, który znajduje się tuż pod nazwą produktu lub na dole strony.


WARUNKI

Udział w zabawie możesz wziąć tylko, jeśli mieszkasz w Polsce i napiszesz recenzję na pl.webuy.com. Twoja recenzja musi zostać zatwierdzona przez zespół moderacyjny BazaarVoice*. Co tydzień zwycięzcą zostaje osoba, która nie wygrała w żadnym z poprzednich tygodni.

Recenzja produktu nie zostanie zatwierdzona, jeśli:
• Nie będzie to recenzja tego produktu
• Będzie zawierać wulgarny język, groźby lub jakiekolwiek nielegalne treści
• Będzie zawierać linki do innych stron

Ważne jest, aby twoja recenzja dotyczyła danego produktu, a nie usługi lub stanu produktu (do tego służą inne kanały komunikacji). Jeśli na przykład chcesz zrecenzować film, powiedzmy „Historia Ameryki X”, powinieneś omówić ten film (np. „Film jest zbyt wolny”, „film jest zbyt gwałtowny”, „film ma świetny scenariusz, któremu towarzyszy świetny kierunek i znakomity występ Edwarda Nortona, gorąco polecam ”itp.). Jeśli w recenzji nie odnosisz się do danego produktu, ale do stanu, w którym przyszedł przedmiot lub czasu, jaki upłynął, recenzja nie zostanie uwzględniona w losowaniu.

I jak zawsze decyzja CeX jest ostateczna we wszystkich sprawach dotyczących zabawy i tego, czy recenzja zostanie opublikowana.

Regulamin znajdziesz tutaj: bit.ly/cexplbv

Powodzenia! *BazaarVoice to firma obsługująca proces przesyłania recenzji.

Get your daily CeX at


Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

What Men Want ★☆☆☆☆


Pamiętacie komedię romantyczną z Nancy Meyers 2000 What Women Want, z Melem Gibsonem? Nie? Nie martwcie się. To był kompletny niewypał. Cóż, 19 lat później, ktoś zdecydował, że to dzieło powinno dostać wersję godną nowych czasów więc pora na remake / reboot / sequel - chociaż tym razem zmieniono płeć (jak oryginalnie). What Men Want to jeden z tych filmów, o które nikt nie prosił, nikt nie chciał, kilka osób obejrzało - w dużej mierze nie polubiło - i koniec końców - nigdy więcej go nie obejrzy. Zapewne zapadnie się w otchłań przeciętnego nowoczesnego rom-comu (i prawdopodobnie wyląduje gdzieś w pobliżu What Women Want, które zatonęło w 00).


Taraji P. Henson, cudowna aktorka, jednak tutaj to całkowicie zmarnowany potencjał pomimo jej najlepszych starań, grając Ali Davis, zastanawia się, co musi zrobić, aby odnieść sukces w męskim świecie. Mając nadzieję na znalezienie odpowiedzi zwracając się do medium, Ali pije dziwną miksturę, która pozwala jej słyszeć, co myślą mężczyźni. Korzystając ze swojej nowej umiejętności, Ali zaczyna przeganiać męskich kolegów w wyścigu, o podpisanie następnej gwiazdy koszykówki. Odwrócenie płci powinno pozwolić na bardzo aktualne spojrzenie na politykę dotyczącą pozycji obu płci w miejscu pracy. Komedia jako gatunek z pewnością ma taką możliwość - ostatni film Mindy Kaling Late Niht zrobił to bardzo dobrze.

Pomimo ciekawej przesłanki, która naprawdę ma potencjał, What Men Want jest po raz drugi całkowicie zrujnowanym filmem. Przede wszystkim Henson - absolutnie niesamowita aktorka, która dała nam jeden z najlepszych występów w Hidden Figures z 2016 - tutaj ciężko ją oglądać. To prawda, że ​​częścią problemu jest sposób, w jaki napisana jest jej postać. Jest „jednym z chłopców”, głośnym zwierzęciem imprezowym. Henson po prostu przesadza z występem tak tandetnym, że ciężko się to ogląda. Wszystko w filmie wydaje się nietrafione - żarty, fabuła, setting; wszystko tutaj cuchnie zacofaną komedią o pracy.


Kolejny dowód na to że remake ze zmianą płci nie czyni cudów. What Men Want to bolesny i  żmudny spektakl. Czasami wpada bystry seksistowski komentarz i już wydaje się, że w kontrze zgłębimy jakiś ważny temat, jednak zaraz jest to porzucane na rzecz sprośnych, prymitywnych żartów ( nietrafionych ). OK, więc to sex komedia. Ale nie, gatunek znów się zmienia! Teraz mamy dramat pracy. Więc gdzie w końcu jesteśmy? Niewiadomo. Praktycznie wszędzie gdzie się da, zapewniając niezapomniane wrażenia. A przy tym wszystkim jeszcze przeciągające się 2 godziny seansu. Dzięki Bogu, reżyser Adam Shankman nie wydał swojej oryginalnej wersji, która, jak twierdzi, trwała ponad 3 godziny…

Problem to niewykorzystany potencjał. Film mógł mieć silny przekaz, ale zamiast tego nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Żarty są słabe, występy kiepskie, przesłanie pogmatwane, a całość jest za długa. Podsumowując, nie polecam. Unikać jak się da.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 7 November 2019

Oszustki ★★★☆☆


Do seansu Oszustek usiadłem z kilkoma uprzedzeniami. Recenzje nie były zbyt dobre, a remake to temat rzadko trafnie oddający sedno pierwowzoru. Jak się jednak okazuje, nie było tak źle, ale też nic w tym porywającego.

Anne Hathaway i Rebel Wilson razem decydują się na komediowy remake “The Hustle”. Ta pierwsza gra doświadczoną, wyrafinowaną profesjonalistkę, która próbuje wyszkolić swój bezczelny australijski odpowiednik w sztuce oszustwa. Koniec końców rywalizują w tym kto oszuka potentata technologicznego (Alex Sharp), który akurat przebywa w ich fikcyjnym mieście na południu Francji. Przegrany musi odejść, ale nie myślcie, że na długo.


Jako postawę wykorzystano Dirty Rotten Scoundrels, choć brakuje mu ciepła z wykonania Michaela Caine'a / Steve'a Martina z 1988 rok. Sam film podąża za obecnym trendem zamiany płci głównych bohaterów, jako alternatywnego sposobu na opowiedzenie historii, choć tak naprawdę jest to tylko zabieg dla Wilson, aby dać jej większą swobodę na scenie.

Jest mnóstwo prostych żartów, które są uderzają do szerokiej widowni i większość z nich to zabiegi wykorzystywane już w dziesiątkach, jak nie setkach, scen w innych komediowych remake’ach. Nie oznacza to, że nie będzie się z czego pośmiać, ale wiele zależy od tego, czy jesteście w stanie przełknąć wiele żartów, które jednak do Was nie trafią. Hathaway jest wystarczająco przekonująca jako wyniosła oszustka z wątpliwym angielskim akcentem i okazuje się być dobrą podstawą do humoru budowanego przez swoja wspólniczkę, ale sama nie bawi nas zbyt wiele.

Angielski komik Chris Addison otrzymał swoją pierwszą główną rolę reżyserską w tym filmie, a jego ciągoty do angielskiego humoru można zobaczyć w kilku miejscach. Jest tu choćby trio dziewczyn z Essex, które zostają wciągnięte w pułapkę, ale nic nie wskazuje na zasługi mężczyzny odpowiedzialnego. Generalnie flaki z olejem, marnujące talenty głównego duetu, który dokłada wszelkich starań, aby wycisnąć z tego coś, co dałoby się oglądać.


Hustle na pewno przekroczył moje zaniżone oczekiwania, biorąc pod uwagę powszechne mierne recenzje około-premierowe. Mimo to nie jest zbyt dobry i mam nadzieję, że zniknie z mojej pamięci za około miesiąc. To film stworzony pod Wilson, więc prawdopodobnie spodoba Wam się, jeśli jesteście fanami jej poprzednich filmów lub ogólnie komedii slapstickowych. Jeśli nie chcecie zabijać czasu podczas długiego lotu, to prawdopodobnie znajdziecie lepszy film, który wypełni te 94 minuty Waszego życia. Osobiście poleciłbym Dirty Rotten Scoundrels, nadal działa jak trzeba.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 4 November 2019

Wolfenstein: Youngblood ★★☆☆☆


„Wolfenstein: Youngblood” to najnowsza odsłona historii o zabijaniu nazistów, spod skrzydeł Machine Games, tym razem we współpracy z Arcane, które znamy choćby z serii „Dishonored”. Gra to niekoniecznie kolejny Wolfenstein, a raczej samodzielne rozszerzenie do najnowszej części, które, nawiasem mówiąc, wydaje się sporym eksperymentem, w porównaniu do pozostałych odsłon. To zdecydowanie mniejszy kaliber, a dodatkowo gra próbuje tylu różnych nowych rzeczy, że ciężko powiedzieć, czym tak naprawdę się przez to staje.


W Wolfenstein: Youngblood gramy jako jedna z dwóch córek Blaskovitza, które próbują odnaleźć ojca zaginionego na misji w okupowanej Francji. W trakcie przygody, podobnie jak w poprzednich grach, mamy mnóstwo zabawy z tępieniem nazistów, tym razem jednak położono nacisk na więcej otwartych misji, co oznacza, że możemy atakować swoje cele w dowolnej kolejności.

Gra jest w pełni kooperacyjna i właśnie pod tym względem naprawdę błyszczy. Jest to niefortunna sytuacja dla graczy solo, ponieważ zabawa w trybie dla pojedynczego gracza, nijak ma się do rozgrywki we dwójkę, a sztuczna inteligencja drugiej siostry jest przez większość czasu okropna i w najlepszym razie ogólnie mierna. Polecam granie w kooperacji, nawet z nieznajomymi, jeśli to możliwe - to naprawdę większa radość z bicia niemilców, co swoją drogą można zrobić przy pomocy szerokiego wachlarza fajnych broni.

Problemem dla mnie jest dość powtarzalna struktura misji w grze. Pół-otwarty charakter gry prowadzi nas do wielu misji dla mieszkańców Paryża i francuskiego ruchu oporu, które nie zawsze mają sens i rzadko się wyróżniają. Przekonacie się o tym ratując obywateli i zabijając mechy raz po raz, aż do momentu, w którym uznacie to za deja vu. Mam wrażenie, że świat został zaprojektowany tak, aby zawierał możliwie jak najwięcej treści, jednak tutaj wypadło to niekoniecznie dobrze.

Przez całą grę chodziło mi po głowie, o ile lepsza byłaby trzymając się swoich starych zalet. Chociaż w pierwszych dwóch odsłonach każdy poziom był częściowo otwarty, zawsze towarzyszyło temu poczucie ciągłości, które prowadziło nas do następnego etapu. Otwarte światy są teraz popularne, ale czasami nie kłanianie się nowym trendom, naprawdę może sprawić, że gra będzie się wyróżniać, a gracze dostaną odświeżającą i oryginalną  rozgrywkę, a nie coś, co męczy, bo większość czasu spędzamy na zwiedzaniu kolejnego powtarzalnego otwartego świata.


Grafika jest bardzo dobra, podobnie jak sam projekt świata, chociaż nie miałam motywacji, aby to wszystko poznawać, bo nie czułam, że jest tam wystarczająca ilość treści aby uznać to za sensowne. Walka jest ekscytująca, jak we wszystkich Wolfensteinach, z porywającą akcją trzymającą w napięciu w każdej minucie, co przynajmniej w części zrównoważyło mniej ekscytującą eksplorację świata.

Z moich doświadczeń jasno wynikało, że twórcy chcą, byśmy grali w tę grę w trybie współpracy, więc mogę ją polecić tylko tym, którzy mają taką opcję - jako gracz solo poczułam się zawiedziona takim stanem rzeczy, ponieważ kooperacja była jedynym sposobem, aby naprawdę cieszyć się grą i nie zwracać uwagi na powtarzalny charakter misji. W niektórych momentach jest fajnie, ale nie wystarczająco jak na „Wolfensteina”, którego znamy.

★★☆☆☆
Hannah Read

Wolfenstein: Youngblood w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 25 October 2019

Angry Birds Movie 2 ★★★★☆


2016 rok przyniósł jedną z największych niespodzianek ostatnich lat w świecie filmu animowanego. Angry Birds miało być mierne. Nie trzeba było wiele - w końcu jest to film oparty na grze. Mobilnej. Dodajmy do tego Sony Pictures Animation - firmę stojącą za hotelem Transylvania i przerażającymi Smerfami - niewypał murowany. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zabawny, uroczy i kolorowy seans. Teraz przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu - kontynuacji filmu opartego na grze mobilnej…


King Mudbeard (Bill Hader), władca Bad Piggies, planuje zemstę przeciwko Redowi (Jasonowi Sudeikis), Chuckowi (Josh Gad), Bombowi (Danny McBride) i reszcie Angry Birds po tym, jak zdewastowali jego ojczyznę w poprzedniej bitwie, prowadząc do komicznej wojny, która najwyraźniej jeszcze się nie kończy - przynajmniej dopóki tajemniczy fioletowy ptak o imieniu Zeta (Leslie Jones) nie zagrozi im wszystkim własnymi planami po tym, jak ma dość życia na odległej arktycznej wyspie. Aby uniknąć mroźnego losu, Ptaki i Świnie zawierają niełatwy sojusz i razem stają przeciwko Zecie i rozpoczynają nową przygodę.

Niewiele nowego można powiedzieć o Angry Birds Movie 2, jeśli komuś podobała się odsłona z 2016 roku to powinien ów skłonić się do kontynuacji. Dziwaczny humor, ciągłe gagi i ogólne podejście do opowiadania historii jest takie samo, jak w części pierwszej - więc jeśli tak jak ja, pokochaliście pierwszy film, to będziecie się świetnie bawić na Angry Birds Movie 2 . To nie jest kontynuacja, która robi coś innowacyjnego. Jest to kontynuacja typu „jeśli coś nie jest zepsute, nie to tego nie naprawiaj” - i według mnie to dobry ruch.

Tym, co oferuje Angry Birds Movie 2, to jednak nowe postacie. Leslie Jones z SNL kradnie show jako antagonistka Zeta, podczas gdy jej prawica, Debbie, grana przez zabawną Tiffany Haddish, również robi fantastyczną robotę. Klasyczna obsada, czyli Sudeikis, Gad, McBride, Hader, Maya Rudolph i Peter of Dronlage z Gry o Tron wchodzą z powrotem w swoje postacie i tworzą jedną z najśmieszniejszych obsad głosowych na jakie można liczyć.


Oczywiście jest to film skierowany do dzieci - ale jeśli chcecie oderwać się na chwilę od szarego świata, Angry Birds 2 jest idealnym sposobem. Szalony, surrealistyczny humor filmu i uroczo uproszczona narracja to wspaniała filmowa ucieczka i jeden z najśmieszniejszych filmów animowanych ostatnich lat. Jasne, to nie poziom Disneya, ale nie o to tu chodzi. Film nie bierze się na serio ani nie stara się opowiadać wielkiej historii. Niech żyje kinowe uniwersum Angry Birds!

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 17 October 2019

Dora i Miasto Złota ★★★★☆


Oto jedna z największych niespodzianek tego roku. W chwili pisania tej recenzji Dora i Miasto Złota na Rotten Tomatoes ma około 84% - pokonując Disneyowskiego Króla Lwa, Dumbo i Aladyna z 2019 roku. Tak, Dora pokonała nie jeden, nie dwa, ale trzy filmy Disneya - przynajmniej jeśli chodzi o oceny. Nie wyobrażam sobie, żeby konkurowała pod względem wyników finansowych, ale Dora, w reżyserii Jamesa Bobina, zwiastowała, że będzie absolutnym badziewiem - a jednak, wbrew wszystkiemu, stała się jednym z najlepiej ocenianych filmów rodzinnych tego roku.


Spędzając większość swojego życia na eksploracji dżungli, Dora (Isabela Moner) jest doskonale przygotowana na jej nową najbardziej niebezpieczną przygodę - szkołę średnią. W towarzystwie obdartej grupy nastolatków i małpy Boots (Danny Trejo) Dora wyrusza ratować swoich rodziców (Eva Longoria i Michael Peña), próbując rozwiązać tajemnicę zaginionej cywilizacji Inków.

Przede wszystkim Dora i Miasto Złota szczyci się absolutnie fantastycznym występem Isabeli Mone. Wschodząca gwiazda, którą możemy pamiętać z Transformers: The Last Knight, Sicario 2 i Instant Family, daje głęboki i rozgrzewający serce występ jako otwarta  młoda odkrywczyni. W filmie skierowanym głównie do dorosłej publiczności, która dorastała na serialu telewizyjnym dla najmłodszych, kultowa bohaterka również dorosła. Choć wciąż jest to film absolutnie skierowany do młodszej publiczności, jest o wiele bardziej wyrafinowany niż oryginalna seria - a postać Dory stała się nieco bardziej złożona, cudownie odgrywana przez Moner.

Film wyreżyserowany przez Jamesa Bobina i napisany wspólnie przez Nicholasa Stollera (zespół, który pracował nad The Muppets z 2011 roku) kontynuuje zamiłowanie do samoświadomego, ironicznego humoru i tworzy to zaskakująco zabawną adaptację dość prostego serialu telewizyjnego. Łamanie czwartej ściany w serialu telewizyjnym jest tutaj wspaniale i humorystycznie odwzorowane, a szczególnie dodatkowy smaczek w postaci sceny, w której nasze postacie napotykają halucynogenne kwiaty. Tak, to z pewnością jest bardziej dojrzałe niż materiał źródłowy.


To zabawna, świeża i porywająca historia i nic nie zapowiadało jak dobry będzie to film. Oczywiście nie jest to arcydzieło, ale dzięki włożonemu sercu i ogromnej charyzmie oraz cudownej pracy wschodzącej gwiazdy Isabeli Moner, która z łatwością mogłaby odegrać całą serię, jest to jedna z największych niespodzianek filmowych tego roku. Jeśli mi nie wierzycie, obejrzyjcie - z otwartą głową - i obiecuję, że będziecie się dobrze bawić. JEŚLI nie, to nie macie duszy i nie możecie zostać zbawieni...

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 9 October 2019

Fire Emblem: Three Houses ★★★☆☆


„Fire Emblem” to jeden z flagowych tytułów Nintendo, jednak przy tym prawdopodobnie najmniej doceniany. Mimo to seria zawsze cieszyła się pewną popularnością w świecie gier ze względu na niesamowitą strategiczną rozgrywkę i cudownie wymagającą funkcję permadeath. Najnowsza odsłona, „Fire Emblem: Three Houses”, wzbudziła o wiele większe zainteresowanie wśród odbiorców z głównego nurtu i naprawdę wydaje się być szansą na sukces Nintendo w głównym nurcie.

Od razu mówię, że nie jest to typowa gra „Fire Emblem”. Dodano bardzo wiele, aby uczynić ją bardziej atrakcyjną dla fanów RPG, i powiedziałabym, że jest to w większości zmiana na dobre. W poprzednich odsłonach prawie 80% gry koncentrowało się na walce, a pozostałą część stanowiły elementy opowieści, ulepszanie postaci i tak dalej. W „Fire Emblem: Three Houses” to około stosunek tych treści to praktycznie pół na pół.


Drugą połowę gry najlepiej opisać jako system a’la Persona 5. W fabule mają miejsca wydarzenia, które stawiają nas w roli profesora w Akademii Oficerskiej dla obiecujących jednostek wojskowych z trzech różnych krajów na kontynencie. Możemy wybrać dom, którego chcemy uczyć mając do wyboru Złotego Jelenia, Czarne Orły i Niebieskie Lwy, następnie stamtąd wchodzimy w interakcje i prowadzimy określone postacie w domu, w bitwie i życiu społecznym.

Dużo pracy włożono w społeczny i dydaktyczny aspekt gry, przykładowo każda linia dialogu jest wyrażana zarówno w języku japońskim, jak i angielskim. To naprawdę ułatwia wczucie się w grę, a jest to szczególnie ważne, jeśli gramy w trybie klasycznym, w którym permadeath jest aktywny. Oznacza to, że jeśli postać zostanie pokonana w bitwie, zniknie na zawsze ze wszystkich aspektach gry. Oczywiście, jeśli nie macie ochoty na ciągłe zmartwienia i niepokój związane z życiem waszych postaci (osobiście uważam to za bardzo stresujące), można grać w trybie normalnym, w którym jeśli postać zostanie pokonana, będzie ona dostępna w następnej bitwie.

Sam system bitew w grze jest bardzo dobrze wykonany, tak jak w poprzednich częściach. Rozwijamy swoje postacie poprzez walkę, a następnie możemy je ulepszać i zmieniać ich klasy.


Moim głównym zarzutem dotyczącym gry jest narracja, ponieważ próbuje ona odzwierciedlać tą z „Persony 5”, ale tak naprawdę nigdy nie osiąga takiego poziomu. Historia jest dobra i ma kilka doskonałych zwrotów akcji, ale wiele postaci irytowało mnie w miarę jej trwania, przez co nie dbałam tak bardzo o wynik każdej opowieści.

Ostatecznie „Fire Emblem: Three Houses” wydaje się być eksperymentem twórców, który zadziałał na większości frontów. Jest to cudowna gra strategiczna, która czasami cierpi na problemy z narracją, ale jest uratowana przez naprawdę epickie momenty w historii. Jeśli szukacie gry strategicznej z systemem społecznościowym rodem z „Persony”, to naprawdę nie możecie pominąć tego tytułu, a dzięki potencjałowi na setki godzin rozgrywki ogrywając historię wszystkich trzech domów, będzie to zajęcie na dłuższy czas.

★★★☆☆
Hannah Read

Fire Emblem: Three Houses w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 28 September 2019

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw ★★★☆☆


IJestem pewien, że wszyscy doskonale wiecie, czego się spodziewać idąc na Szybkich i Wściekłych. Szybkości i rozwałki, jeśli tytuł tej franczyzy jest czymś, co od tak upraszczać. I tak, myślę, że to naprawdę wszystko, co powinniście wiedzieć. Dużo gniewnych spojrzeń i męskich scen między pościgami samochodowymi. Okazuje się jednak, że jest to jedna z najbardziej lukratywnych serii Hollywood i nie wygląda na to żeby miała zwalniać.


Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw to pierwsza odsłona z prawdopodobnie długiej serii spin-offów S&W. Skupia się na tytułowych postaciach Luke’a Hobbsa (Dwayne Johnson) i Deckarda Shawa (Jason Statham), parze łysych, twardych facetów z głównej serii filmów. Opowiada o wrogach, którzy niegdyś zawarli osobliwy sojusz, aby zmierzyć się z genetycznie zmodyfikowanym terrorystą (Idris Elba). Towarzystwa dotrzymuje też siostra Shawa (Vanessa Kirby), która okazała się jednym z najbardziej zabawnych elementów - pomimo tego, że jest ponad 20 lat młodsza od Statha, film zakłada, że są w tym samym wieku, niezły komplement dla Stathama lub spora zniewaga dla Kirby. Tak czy inaczej, na poziomie fabuły jest to przezabawnie naciągane.

Hobbs i Shaw to trudny do zrecenzowania film, do tego stopnia, że wydaje się to niepotrzebne. Ślepo lojalni fani franczyzy nie przejmą się tym, co mówią inni i bez wątpienia wyrzucą wszystkie swoje pieniądze za ten seans. Ci, którzy nie będą oglądać filmu, wiedzą, że ciężko do niego podejść bez znajomości serii - więc dlaczego miałoby ich obchodzić to co napiszę. Czy jest o czym pisać biorąc to wszystko pod uwagę?

Nie bardzo. Gdybym miał podsumować Hobbsa i Shawa jednym słowem, byłoby to „może być”. Naprawdę nie mogę winić głupoty filmu, ponieważ jest to świadomy zabieg. Ci, którzy krytykują serię S&W za dziwaczne, szlagierowe kawałki, zupełnie nie rozumieją samej idei tych filmów. Powiedziałbym, że te filmy praktycznie parodiują franczyzę, w ramach której istnieją. I to działa. To jest po prostu zabawne. Obsada dwóch najbardziej pewnych siebie i niedocenianych aktorów komediowych - Johnsona i Stathama - tylko wzmaga te odczucia. Duet jest tutaj genialny i sprawia, że ​​film po prostu bawi.


Idris Elba i Vanessa Kirby oferują solidne wsparcie, z tego właśnie Kirby zapewnia silną kobiecą postać, która wydaje się dość rzadka w tego rodzaju filmach “z benzyną”. Helen Mirren zapewnia trochę prawdziwej gry aktorskiej, podczas gdy cameo Roba Delaneya, Ryana Reynoldsa i Kevina Harta wywołują dodatkowy śmiech. Ale Was to nie obchodzi, prawda? Chcecie wiedzieć, jak wygląda akcja. Nie trzeba chyba mówić, że to świetna, wybuchowa zabawa - i oczywiście niedorzecznie głupia. Choreografia jest dobra, a CGI jest całkiem przyzwoite. Nie podważam żadnego z tych elementów, bo spójrzmy prawdzie w oczy, to sedno tych filmów.

Czy Hobbs i Shaw są warci Waszego czasu? Cóż, nie jest to film idealny. Przede wszystkim jest zbyt długi i nawet z tą długością seansu można odnieść wrażenie, że zdecydowanie za dużo wątków upchano w coś, co jest po prostu nie wymagającym myślenia filmem o pościgach. Mamy o wiele za dużo fabuły w filmie, który jej nie potrzebuje i robi się przez to nudny. Ale hej, są gorsze sposoby na spędzenie ponad 2 godzin. Jeśli nie przepadacie za tą franczyzą, to ten film tego nie zmieni, a jeśli ją kochacie, prawdopodobnie uznacie go za arcydzieło. Jeśli tak jak ja jesteście neutralni, pewnie znajdziecie w nim coś pozytywnego.

★★★☆☆
Sam Love

Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 26 September 2019

Pewnego razu... w Hollywood ★★★★☆


Nie przypominam sobie, żeby jakikolwiek inny twórca dzielił krytyków, tak jak Quentin Tarantino. Każdy film w jego znakomitej karierze wzbudzał kontrowersje. Niezależnie od tego, czy jest to wyjątkowa forma przemocy, a ktoś zemdlał podczas pokazu, czy chodziło o liczbę scen, w których używany jest pewien obraźliwy termin. Mamy dziewięć filmów, minęło prawie trzydzieści lat, a koleś idzie swoją ścieżką, tworząc filmografię jak żadna inna, nie myśląc o krytykach, tworząc filmy, które on i ja chcemy oglądać.

Miałem szczęście, kiedy usłyszałem o „Sounds Of The Universe”, starym sklepie z płytami w Soho, gdzie jeśli byłeś jedną z pierwszych sześćdziesięciu osób za drzwiami, wygrywałeś bilet na obejrzenie „Pewnego razu…” w siedzibie Sony Pictures na tydzień przed premierą. Wstałem więc z łóżka około 5:30 i po prostu pobiegłem do Soho. Złapałem ten złoty bilet (czy raczej różową opaskę na rękę) i łapałem cały darmowy merch Tarantino, jaki rozdawali.


Czekałem na ten film od czasu rozczarowania “Nienawistną ósemką”, ale w przeciwieństwie do “ósemki”, projektu, który śledziłem od momentu wycieku scenariusza - na temat „Pewnego razu...” unikałem wszystkich informacji, w tym trailera. Przekonałem się, że trailery pokazują zdecydowanie za dużo, więc najlepiej je pomijać.

„Pewnego razu...” zabiera nas z powrotem do późnych lat 60., kiedy to ludzie głosili siłę kwiatów, pokój i miłość. Nasz główny bohater, Rick Dalton (Di Caprio), jest aktorem telewizyjnym, który przeżywa swoją świetność, próbując wejść na srebrne ekrany. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem i kaskaderem Cliffem Boothem (Pitt), wplątują się w trudny biznes, jakim jest Hollywood i przemysł filmowy, który wyraźnie przeżywa okres przejściowy.

To ten film Tarantino, na którym śmiałem się najwięcej i najbardziej. W każdej czytanej przeze mnie recenzji nazywają go „... listem miłosnym do Hollywood”, z czym mogę się zgodzić. Jako że dorastał on w Los Angeles w tym właśnie decydującym okresie, jesteśmy zasypywani niejasnymi referencjami telewizyjnymi i filmowymi, o których tak naprawdę wiedziałby tylko Tarantino. Jego encyklopedyczna wiedza na temat kina i jego historii została ukazana w tym 2-godzinnym 45-minutowym eposie. Oprócz tego ma wszystkie cechy, których można oczekiwać od jego dzieła. Przemoc, napięcie, przezabawne scenerie, mnóstwo bosych stóp i idealną ścieżkę dźwiękową, która to wszystko łączy. Jeśli chcecie pójść i obejrzeć ten film, to w zasadzie mówimy o prawie 3-godzinnym spacerze w głowie Tarantino. Cóż może być lepszego niż to?

Gdybym musiał już coś wymienić, jedynym problemem z jakimkolwiek filmem Tarantino jest to, że wszystkie są porównywane do Pulp Fiction i Wściekłych Psów. Filmy te wywarły tak duży wpływ na przemysł i widownię, że twórca stał się ofiarą własnego sukcesu i geniuszu. Na szczęście nie obchodzi go, co myślą i robi filmy, które chce robić. Moim zdaniem jest też kilka scen, które nie musiały się tam znaleźć. Trochę się to ciągnie, ale to jest Tarantino. On może robić co chce.


Podczas gdy twórcy tacy jak Scorsese, Spielberg i Cameron zawsze w swoich pracach wykorzystali nowe technologie, Tarantino pozostaje jednym z purystów branżowych. Zawsze nalega na kręcenie na taśmie, zamiast cyfry i ma dobrą rękę do dialogów i unikalnych, natychmiast rozpoznawalnych postaci. To wszystko tworzy obraz, który chce nam przekazać. Jednak najlepiej znaleźć kino z możliwością wyświetlania filmów 35 mm. Jego styl odnosi się do innego okresu w kinie, do którego właśnie Tarantino należy, jednak on sam wciąż jest w pobliżu i kręci filmy, które powinniśmy doceniać.

Czy będzie to przedostatni film Tarantino? Niestety może tak być. Groził, że przejdzie na emeryturę w wieku 60 lat, po nakręceniu zaledwie 10 filmów. Teraz ma 56 lat i publikuje swój dziewiąty film. Oś czasu wygląda adekwatne, ale niezależnie od tego, czy otrzymamy Kill Bill 3 (mam taką nadzieję), czy też inny western, z niecierpliwością czekam na to, co będzie dalej.

★★★★☆
Jake Bexx



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 24 September 2019

Killers Anonymous ★★☆☆☆


Killers Anonymous, w reżyserii Martina Owena, ma całkiem ciekawą przesłankę - grupa zabójców spotyka się regularnie w Killers Anonymous, gdzie dzieli się swoimi historiami i pracuje nad, no cóż, nie zabijaniem. W noc próby zamachu na senatora USA, który został ogłoszony następnym prezydentem, sprawy się komplikują, a grupa próbuje ustalić, kto z nich jest odpowiedzialny za atak.


Z pewnością można było tu przesadzić i niestety „Killers Anonymous” właśnie to robi. Od razu zauważycie, jak bardzo film jest stylizowany… Chociaż zazwyczaj jestem fanką stylizowanych filmów (mój ulubiony „Baby Driver” nieźle się broni), istnieje różnica między tymi, które lubię, a tym tutaj i ta różnica to jakość wykonania. Niektóre ujęcia w „Killers Anonymous” są wykonane perfekcyjnie i są przyjemne dla oka, jednak większość wydaje się niezgrabna i nadużywana. Weźmy na przykład rozmowę na początku filmu między postaciami The Mana (Gary Oldman) i Jade (Jessica Alba) - oddalone ujęcia są połączone z niesamowicie zbliżonymi ujęciami twarzy, które zdają się jedynie dezorientować widza. Uwielbiałam kolory i nastrój stylu, za którym podążał Martin Owen, ale ruch i zagadkowa konfiguracja w niektórych ujęciach była niekorzystna i sprawiała, że ​​wydawało się to po prostu słabe, przypominając trochę projekt studentów filmówki.

Mówiąc o zagadkach, fabuła naprawdę mnie wciągnęła. Na początku wygląda na to, że będzie to klasyczne “dziwactwo”, ale tak nie jest, a jeśli mam być szczera, nie jestem do końca pewna, o co chodzi z fabułą ani co autorzy próbowali przedstawić. Wygląda na to, że film stara się być naprawdę sprytny, ale nie wszystko schodzi się tak, jak powinno i do końca tak naprawdę nie czułam się zaangażowana w historię. Szkoda, bo niektóre części naprawdę mnie pochłonęły - szczególnie pierwsza połowa, w której zabójcy zabrali nas w swoją przeszłość, by opisać swoją pierwszą zbrodnię. To była jedyna część filmu, w której czułam zaangażowanie w stosunku do bohaterów - kiedy jednak film trafił na tor swojej głównej linii fabularnej, dalszy rozwój sytuacji nie wywarł na mnie większego wrażenia i cały klimat uleciał.

Nie mogę nic zarzucić aktorstwu w filmie, a więzi między postaciami były wiarygodne. Szczególnie podobała mi się MyAnna Buring w roli Joanny, lider grupy wsparcia, a Tim McInnerny był świetnym(i przerażającym) lekarzem, który uwielbia patrzeć, jak umierają jego pacjenci. Leandro, grany przez Michaela Sochę, był moją ulubioną postacią, szczególnie po przedstawieniu jego historii, a Elliot James Langridge i Tommy Flanagan byli tak samo dobrzy jak Ben i Markus. Chciałabym za to więcej Gary’ego Oldmana - jego postać wydawała się spędzać większość czasu patrząc przez lornetkę, powinien być wykorzystany do czegoś więcej. Sam fakt jego występu zachęcił mnie do obejrzenia, więc byłam nieco rozczarowana.


Prawdopodobnie sądzicie teraz, że nie byłam pod wielkim wrażeniem „Killers Anonymous” - i niestety taka prawda - podczas gdy aktorzy robili, co mogli, brakowało fabuły i montażu. Film może trafić do ludzi, którzy kochają bardzo stylizowane filmy, ale jeśli liczycie na mocną, niezapomnianą fabułę, prawdopodobnie nie jest to dla was.

★★☆☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 21 September 2019

Shaft ★★★★☆


Wszyscy znają „Shaft” z lat 70. - pierwotnie grany przez Richarda Roundtree, John Shaft był bohaterem trzech filmów, którym chciałby być wtedy wszystkie dzieci. W 2000 roku przyszła kolejna część, w której występuje John Shaft, siostrzeniec Shafta z poprzednich części, grany przez Samuela L. Jacksona, a teraz w kinach widzimy nowy film „Shaft”… Niezupełnie kontynuację, czy restart, ale raczej alternatywną wersję oryginalnej koncepcji filmu.

Przyszła więc pora na Shafta Juniora, granego przez Jesse T. Jr., który jest porzuconym synem Shafta Jacksona, teraz synem Shafta z trzeciej części (na tym koniec pogmatwanych wyjaśnień). Shaft Jr. jest karykaturą współczesnego męskiego millenialsa, analityka danych FBI z pociągiem do broni i zamiłowaniem do wody kokosowej. Po tym, jak jego przyjaciel Karim (Avan Jogia) umiera z powodu przedawkowania heroiny, Shaft Jr. wraz z przyjaciółką z dzieciństwa Sashą (Alexandra Shipp) podejrzewają, że czai się za tym coś bardziej złowieszczego. Tym sposobem Shaft Jr. trafia do świata handlu narkotykami i przemocy, po czym niechętnie nawiązuje kontakt ze swoim tatą, ponieważ może być on jedynym, który jest w stanie mu pomóc.

Być może już czytaliście recenzje „Shaft” i mogłbyć one pełne osądów iż jest homofobiczny i rasistowski, sprowadzając się do negatywnej oceny old-schoolowej postaci Samuela L. Jacksona. Shaft, to raczej karykatura, klasyczny staromodny facet z przekonaniem, że męskość sprowadza się do tego, ilu typom nakopałeś i ilu kobiet nie przeprosiłeś. Nie jest do końca tak że, Shaft Jr. postrzegając homoseksualizm jako słabość, a mężczyzn, którzy nie są tak hiper-męscy, jako nieco wadliwych, jeśli w 100% poważny. W grę wchodzą tu w końcu żarty. Nie nazwałabym tego jednak homofobicznym… Bardziej podkreśla to po prostu, jak absurdalne są tego rodzaju przekonania i pokazuje, że w rzeczywistości nie jest tak jak Shaft myśli.

Cieszę się, że i tak zignorowałam recenzje i obejrzałam ten film, ponieważ jest dobrze napisany i pełny znakomitych scen. Chociaż nie wszystkie występy są doskonałe, Samuel L. Jackson fantastycznie wchodzi w rolę ​​Shafta. To klasyczny Jackson, a on błyszczy jak zawsze. Usher też daje świetny występ jako Shaftem Jr., nie przesadzając ze swoimi rozważanymi słabościami. Ponownie nie rozumiem, dlaczego wszyscy są tak rozgoryczeni, kiedy nasz bohater ma tak pozytywną i nowoczesną postać.


Humor, choć czasami niezbyt poprawny politycznie, dokonał odświeżającej zmiany, przenosząc mnie z powrotem do kultowych filmów z lat 70. i 80., które się nie powstrzymywały. Ma w sobie coś z „Starsky and Hutch” - jest trochę głupkowaty i nieprawdopodobny, ale każda scena jest zabawna, a dobry casting pomaga ożywić historię i usprawiedliwić niektóre, być może, mało prawdopodobne scenariusze.

Jeśli macie chęć na dobry film akcji z elementami komedii, można się tu dużo pośmiać i zobaczyć trochę starego dobrego klimatu. Jeśli nie lubicie kontrowersji, to może należy sobie odpuścić… Żaden film nie zadowoli wszystkich.

★★★★☆
Hannah Read

Shaft w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 19 September 2019

Samsung Galaxy Note 10 / 10+ ★★★★★


Czy ekrany telefonów mogą być jeszcze większe? Zapytajcie Samsunga, a zaserwują Wam “ergonomiczne phablety, które na pewno nie spowodują zapalenia ścięgien nadgarstka”! Note 10 i Note 10 Plus zostały właśnie wprowadzone na rynek. Duże, piękne urządzenia z wieloma obiektywami i zaokrągleniami na swoich miejscach.

Note 10 jest wyposażony w ekran Infinity O o przekątnej 6,3”, z którym front telefonu pozostaje prawie bez ramki. Rozmiar urządzenia szybko skoryguje Wasze wyobrażenia, jeśli myślicie, że jest to jeden z tych gigantycznych phabletów, takich jak Note 9 z ubiegłego roku. Oba modele są mniejsze niż te z poprzedniego roku, ale mają więcej miejsca na ekran i są bardzo wygodne do obsługi jedną ręką. Wyszło z tego coś pomiędzy Pixelem 3 i Pixelem 3XL. Domyślnie producent proponuje nam najnowszy procesor Snapdragon lub Exynos z pamięcią 256 GB i 8 GB pamięci RAM, z możliwością rozszerzenia do 512 GB / 12 GB.


Samsung wprowadza funkcję 2D Face Unlock, która nie jest jeszcze tak bezpieczna jak Apple 3D, a wbudowany czujnik odcisków palców jest nieco wolniejszy niż to, co można uświadczyć z fizycznym pojemnościowym czytnikiem, zwykle montowanym z tyłu obudowy. Dalej stoi przed nami trudny wybór spośród 4 kolorów Aura Glow (według mnie najładniejszy, ale zbiera odciski palców jak lusterko), Aura White, Aura Black i Aura Blue.

Głównym powodem, dla którego kocham Galaxy Note? S-Pen! To jak pilot do zabawki, który z każdym rokiem dostaje nowe funkcje. Tym razem jest to Air Action, które pozwala zmieniać tryby aparatu za pomocą ruchu dłoni i powiększać lub pomniejszać obraz za pomocą gestów. Możecie także przekonwertować pismo odręczne na tekst, nie jest to błyskawiczne, ale działa dość dobrze. Rysowanie w powietrzu podczas filmowania / robienia zdjęć, a także standardowo obsługa pilota do selfie przez Bluetooth. Wszystko jest już dostępne dla programistów, więc wkrótce spodziewajcie się bardziej przydatnych zastosowań.

Telefon jest zdecydowanie najlepszym telefonem do selfie (10 MP), lepszym nawet niż Pixel 3. Istnieje mnóstwo efektów, które można dodać przed zrobieniem zdjęcia i żaden inny telefon nie oferuje ich w tej chwili, z wyjątkiem oczywiście serii S10. Niewielki otwór na aparat jest ulokowany na środku górnej części ekranu, a po kilku minutach użytkowania przestaje się go zauważać.

Mamy 3 obiektywy z tyłu urządzenia, szeroki (12 MP), ultra szeroki (16 MP) i teleobiektyw (12 MP), wszystko co chcecie fotografować zmieści się w kadrze. Zrobicie nim niesamowite portrety i jak zawsze przesadnie nasyci on większość zdjęć, ale to właśnie te zdjęcia najlepiej będą wyglądać na Facebooku, czy Insta, w przeciwieństwie do naturalnych, nie zredagowanych zdjęć z Pixela 3. Włączcie jednak tryb nocny, a Note 10 będzie daleko w tyle za magią AI Pixela. Stabilizacja wideo jest świetna. Live Focus podczas filmowania jest póki co dostępny tylko w Note 10+, ale powinien być dodany do Note 10 za kilka miesięcy wraz z aktualizacją oprogramowania.

Jeśli chodzi o wydajność, możecie mieć jednocześnie w tle 30 różnych aplikacji i gier jednocześnie i nie zauważycie żadnych opóźnień. Android 9 z One UI jest dobrze zoptymalizowany. Asystent użytkownika Bixby nadal mnie nie grzeje, a DEX wciąż pozostawia wiele do życzenia w temacie płynnego przejścia z telefonu na komputer.

Można tęsknić za gniazdem słuchawkowym, w zamian mając dołączoną przejściówkę z USB typu C do jacka 3,5 mm. Nie ma też możliwości rozbudowy pamięci, ale sądzę, że 256 GB powinno wystarczyć większości ludzi, w przeciwnym razie pozostaje przerzucanie plików na chmurę. Możecie śmiało myśleć o Note 10, jeśli szukacie nowego smartfona, a obecny ma więcej niż 2 lata. Ten telefon to bestia!

★★★★★
Pritesh Khilnani

Galaxy Note 10 w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 16 September 2019

Laleczka ★★☆☆☆


W gronie złoczyńców są tacy, którzy w popkulturze będą żyli wiecznie. Weźmy naszych ulubieńców, Michaela Myersa, Jasona Vorheesa i Freddy'ego Kruegera. I wychodzi nam Chucky. Lubiana przez wszystkich zabójcza zabawka, która istnieje od 1988 roku i przeszła całkiem długi rozwój. Od skromnych początków jako zwykłego horroru, poprzez pierwsze kontynuacje filmu jako łamacza gatunku, po późniejsze kontynuacje, w których staje się postacią komediową i potem znów wraca do horroru. W teorii wszystko już mamy za sobą.


Ale teraz jakiś bufon w Hollywood postanowił zrestartować franczyzę i zacząć od nowa z nowym zespołem, aktorem głosowym i klimatem - pomimo faktu, że oryginalna seria wciąż trwa. To dość niespotykane, co? Powrót franczyzy, która wciąż żyje? Pierwotny twórca Don Mancini całkowicie odrzucił ten pomysł i kontynuuje pracę nad kolejną odsłoną serii OG Chucky. Słusznie… ponieważ ten plan cuchnie desperacją.

Laleczka idzie w innym kierunku niż oryginalna / trwająca seria, zmieniając to, co sprawia, że ​​Chucky działa. Podczas gdy w oryginale, Chucky była gospodarzem dla duszy seryjnego mordercy Charlesa Lee Raya, tym razem jest to po prostu wadliwe urządzenie inteligentne, po wyłączeniu wszystkich jego zabezpieczeń, przez mszczącego się za zwolnienie pracownika warsztatu. To horror naszych czasów, wyraźnie skierowany do nowego pokolenia umieszczając naszą zabójczą lalkę w „internecie rzeczy” - jest zsynchronizowana ze wszystkimi urządzeniami domowymi, a nawet inteligentnymi samochodami elektrycznymi, więc oczywiście, może wiele nabałaganić.

Narracyjnie, film podąża podobną ścieżką co oryginał z 1988 roku - Chucky wpada w ręce Andy'ego Barclaya, młodego chłopca, który zaprzyjaźnia się z pozornie niewinną lalką, po czym sprawy przybierają zły obrót. Mimo wszystko, coś jest nie tak z tym filmem, nie mogę winić struktury narracyjnej - jest to pełne szacunku odwzorowanie oryginalnej fabuły. Oczywiście, są pewne drobne zmiany, ale postacie są w większości wiernie zrekonstruowane. Największym problemem jest sam Chucky. Poza tym, że wygląda cholernie absurdalnie i zupełnie nie przerażająco (chociaż cieszę się, że efekty były w dużej mierze praktyczne, a nie komputerowe) - jego głos jest źle dobrany. Brad Dourif jest i zawsze będzie Chucky. Tutaj w rolę wstępuje Mark Hamill - wspaniały aktor głosowy, jasne, ale nie pasujący do Chucky.

Jednak główną wadą tego filmu jest to, że po zabójstwie zostają nam jedynie tortury bez krzty kreatywności, czy skuteczności w próbach straszenia nas. Film nie przeraża tak jak oryginał, ani nie jest zabawny jak późniejsze kontynuacje - jest gdzieś pośrodku; nie przerażający i nieśmieszny. To zabawne, jaki ta odsłona popełnia błąd, przede wszystkim w samym projekcie psycho-lalki. Jeśli twój Chucky wygląda (i brzmi) źle, to może sprawić, że cały film zawiedzie.


Byłem rozczarowany - nie tylko jako fan Chucky, ale jako fan horroru. Jest to niepotrzebny i bezduszny restart, który niczym się nie broni i służy jedynie jako przypomnienie tego, jak dobra jest oryginalna seria - to już chyba coś mówi, skoro nawet jako fan Chucky przyznaję, że oryginały to też nie jest taka fantastyczna sprawa. Unikajcie tego całkowicie niepotrzebnego tworu i trzymajcie się oryginałów Dona Manciniego. Nie są idealne, ale przynajmniej ich pokręcona idea trzyma się kupy.


★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl