Sunday, 29 March 2020

Wyspa fantazji ★★★☆☆


Blumhouse odniósł sukces, jeżeli chodzi ich plan dominacji w obrazach grozy. Większość ich filmów powstaje przy napiętym budżecie, hity płacą za inne gnioty i wszystkie razem tworzą kuszący pakiet filmów, który można sprzedać międzynarodowym nadawcom. Z drugiej strony oznacza to, że na każdego Creepa przypada też jakaś Ouija (6% na Rotten Tomatoes), więc pierwsze pierwsze pół godziny u nich zawsze jest zagadkowe.


Przerażająca scena otwierająca Wyspę Fantazji jest tak ogólna, że ​​szczerze przypominała mi Straszny Film, a podobieństwa pojawiają się, aż w końcu nie zostają wprowadzeni wyspiarze. Wszyscy są dość stereotypowi, chociaż główna bohaterka (nazwijmy ją Generica Genericson) jest jedną z wybranych osób zaproszonych do tajemniczego hotelu. Oczywiście wszystko zaczyna schodzić na złe tory zaraz po pojawieniu się enigmatycznego pana Roarke'a (Michael Pena), który każe im przygotować się na spełnienie swoich życzeń, niezależnie od tego, jakie mogą być.

Historia przebiega między fantazjami gości, gdy zaczynają zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę nie wzięli pod uwagę surowej rzeczywistości tego, czego pragnęli. Sława, zemsta, druga szansa - nie ma sensu żałować przeszłości i są to zazwyczaj egoistyczne myśli, na które nie należy reagować w prawdziwym życiu. Wkrótce marzenia stają się walką o przetrwanie, a wrogowie próbują dopilnować, aby fantazje doprowadziły do ​​logicznego zakończenia. (Innymi słowy, śmierć gości.)

Istnieje wyraźny element nadprzyrodzony, a sama wyspa wydaje się polować na nich wręcz bezlitośnie, z komicznym duetem przyrodnich braci, którzy żartują przy każdej okazji, czy to śpiąc z modelkami, czy podczas desperackich prób Maggie Q, aby uratować sąsiada przed pożarem. Wątki są intensywne i szybkie, ale istnieje kilka zwrotów akcji i zmian gatunku, aby utrzymać naszą ciekawość.

Horrory tradycyjnie mają słabe wyniki w porównaniu do reszty i  albo walczą o odrzucenie stereotypów albo przyjmują je w całej okazałości. Wyspa fantazji jest po drugiej stronie skali, ale wciąż jest to zabawny film, przemykający między różnymi postaciami, nie spędzając zbyt dużo czasu z jedną konkretną historią. Przez większość czasu to bardziej komedia akcji niż cokolwiek innego. Uważanie na to, czego sobie życzymy, to prosta, ale skuteczna koncepcja, na której można oprzeć film.


W rzeczywistości nie jest to przerażający film, ale reżyser Jeff Wadlow najwyraźniej poświęcił czas, aby skupić się na ludzkim aspekcie spełnienia życzeń, zamiast dostarczania stale rosnącej liczby ciał dla fanów wnętrzności. Przy zgłoszonym zwrocie inwestycji w wysokości ponad 30 mln USD z budżetu wynoszącego zaledwie 7,2 mln USD wygląda na to, że Blumhouse’owi znowu się udało, chociaż jest mało prawdopodobne, aby film wygrał jakiekolwiek nagrody, czy zaskarbił sobie uznanie krytyków.


★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 28 March 2020

One-Punch Man: A Hero Nobody Knows ★★☆☆☆


Bijatyka z One-Punch Manem nie brzmi sensownie na papierze. W końcu Saitama powinien być w stanie pokonać każdego przeciwnika jednym ciosem, więc jak poradzić sobie z taką przeszkodą? Bohater jest tutaj sprytnie używany jako limit czasowy! Wpada do walki po około minucie i zadaje swój najzwyklejszy, powalający każdego, cios.


Czerpiąc z popularnej serii anime i mangi, tworzymy własnego bohatera, próbując awansować w górę do klasy S. Historia opowiada o dołączeniu do Stowarzyszenia Bohaterów po tym jak zostajemy uratowani przez Saitamę w prologu. Zabieramy się więc za wykonywanie zadań i głównych misji, aby zdobywać doświadczenie, monety i dodatkowych członków drużyny do wspólnej podróży przez miasto. Walka pozwala graczom wybierać skład, złożony z maksymalnie trzech bohaterów, z wielu popularnych postaci, takich jak Garou, czy Mumen Rider. Postacie odzyskują HP, gdy są poza walką i mogą wykonywać potężne ataki grupowe, kiedy wchodzą do gry. Zasadniczo brzmi to całkiem nieźle.

W praktyce gra One-Punch Man: A Hero Nobody Knows, jest podobna do każdego innego tytułu z tego gatunku, szczególnie tych, które zawierały elementy zespołowe, takie jak Tekken Tag, czy Dead or Alive. Jednak tutaj sama walka nie jest zbyt płynna, a bardziej przypomina najgorsze części serii Yakuzy niż tradycyjne podejście do tematu, więc nie jest za ciekawie. Gra jest prosta, radzimy sobie kilkoma podstawowymi ciosami i kopnięciami oraz specjalnym atakiem, a powolna akcja sprawia, że w międzyczasie można śmiało rozmyślać nad tym, o której najlepiej atakować biedronkę w czasach kwarantanny.

To barwna gra, która w żaden sposób nie wysila PSCzwórki i choć trudno jest stwierdzić, czy to nie czasem twór z poprzedniej generacji konsol, to nie jest to też gra na przeglądarki. Ku jej obronie trzeba zaznaczyć, że główni bohaterowie zostali odtworzeni dość wiernie, jednak poruszanie się między obszarami jest bolesne, a wielu NPC jest słabo animowanych. Aktorstwo głosowe jest również słabsze, przynajmniej jeśli chodzi o angielski dubbing. Połowę czasu spędzimy czytając napisy, a nasz bohater nie mówi nawet podczas przerywników filmowych, pomimo możliwości przypisania głosu w kreatorze postaci.


Jak zauważa Saitama, „posiadanie przytłaczającej siły jest dość nudne”. Dla fanów serii i bohaterów jest to szansa, aby zagłębić się w to uniwersum w najlepszy możliwy sposób(no może poza RPG z otwartym światem, ale to wiązałoby się z kolejnymi problemami dotyczącymi głównego bohatera). W najlepszym przypadku jest to gra RPG, oferująca graczowi możliwość biegania po prawie pustym mieście i walki z niektórymi bardziej znanymi bohaterami. W najgorszym przypadku jest to nudny skok na kasę, który nie daje rady odtworzyć zalet anime i szybko okazuje się stratą czasu. Tytuł daleki od doskonałego i mało przystępny, zwłaszcza biorąc pod uwagę pełną cenę.


★★☆☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 15 March 2020

Zombie Army 4 ★★★☆☆


W najnowszej generacji konsol brakowało pewnego rodzaju gier - nie indyków i nie Triple-A, bo tych było wiele, ten typ znany jest jako gry Double-A. Zwykle te tytuły starają się być jednymi z większych graczy, jednak nigdy nie mają dość budżetu i szybko zostają zapomniane. Mimo to nadal często są fajną rozrywką, przy której można spędzić wolny weekend, a „Zombie Army 4” jest tego doskonałym przykładem.


Czwórka, czyli kontynuacja trylogii „Armia Zombie”, która ukazała się kilka lat temu, zmusza nas do walki z legionem zombie, który pochłonął Europę po tym, jak Hitler przygotował go do walki w swojej wojnie (tak, to jest prawdziwa fabuła). Hitler został pokonany i wtrącony do piekła, ale zombie nadal sieją spustoszenie, więc mamy jeszcze sporo sprzątania.

W grze można grać solo lub w trybie kooperacji (do 4 osób) i polega ona na podejmowaniu różnych misji w całej Europie, aby walczyć z hordami zombie, a także z innymi potworami, takimi jak rekiny zombie, czy dla przykładu zombie nazi czołgami. Gra pochodzi od twórców „Sniper Elite”, więc prawdopodobnie zauważycie pewne podobieństwa - które szybko wychodzą grze na dobre, bo strzela się naprawdę dobrze. Strzelanie w trzeciej osobie wydaje się solidne, a wrogowie naprawdę mogą nas zalać, jeśli nie myślimy wystarczająco do przodu (nie jest to gra, w której możemy przystanąć na szybki łyk kawy). I oczywiście, pociski snajperskie w zwolnionym tempie, również pożyczone ze „Sniper Elite”, tak samo satysfakcjonujące, jak groteskowe - osobiście zawsze lubiłam tę funkcję, jakkolwiek ponurą, to z miło widzieć ją również w tej grze.

Główna kampania to w sumie około ośmiu misji, a przejście całości powinno zająć około dziesięciu godzin. Istnieje również osobny Tryb Hordy, gdzie możemy zobaczyć, jak długo przetrwamy przeciwko coraz trudniejszym falom zombie. To zabawne, ale zdecydowanie uważam, że głównym atutem jest absurdalna kampania główna. Istnieje wiele możliwych podejść do każdego zadania, a jeśli mamy do tego grupę 3 przyjaciół, to gwarantuję dobry weekend zabawy z grą. Na tym niestety wartość gry się kończy. Prawdopodobnie istnieje powód, dla którego gry AA przerzedziły się w tej generacji i chociaż „Zombie Army 4” to fajny tytuł, nie sądzę, aby był całkowicie warty wyjściowej ceny.


Jeśli brakuje Wam takich gier, jak Left 4 Dead lub trochę nudzicie się trybem zombie w Call of Duty, to jest tu wiele do polubienia. Akcja jest zabawna i szybka, a gra czerpie inspirację z innych elementów gier akcji, takich jak chociażby glory kill z DOOMa. Nie spodziewajcie się jednak, że gra będzie miała długi termin przydatności do spożycia. Może to być jedna z tych gier, które skończą na półce, szybciej niż można by się spodziewać.


★★★☆☆

Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 14 March 2020

Bayonetta & Vanquish 10th Anniversary ★★★★☆


Platinum Games, twórcy „Bayonetta & Vanquish”, stali się jednym z moich ulubionych twórców gier akcji ostatniej dekady. Osiągnęli kilka sukcesów dzięki „Astral Chain” i „Nier: Automata”, dwóm grom, które są chwalone przez wielu i mają jedne z najlepszych i najbardziej unikalnych systemów walki w gatunku. Jednak jeśli mamy mówić o Platinum Games, to trudno zapomnieć o tytułach takich jak „Bayonetta” i „Vanquish”.


„Bayonetta” i „Vanquish” to dwie odrębne gry tych twórców, które różnią się pod względem treści, ale są podobne w sposobie łączenia walki z szybką rozgrywką. „Bayonetta” oczywiście miała kontynuację, a do tego trzecią część zapowiedzianą na przyszły rok na konsolę Nintendo Switch, choć tak naprawdę moja ulubiona gra z tej serii to jedynka, w której poznaliśmy najsławniejszą gamingową czarownicę i mogliśmy zapoznać się z jej historią i stylem walki z pierwszej ręki. Z drugiej strony „Vanquish” to strzelanka akcji science fiction, wypełniona tyloma akrobacjami, ile tylko weszło, i szczerze mówiąc, to jest szalone. Zmienia ona sposób patrzenia na gry FPS, bo gracze w tej strzelance, podobno opartej na ukrywaniu się za przeszkodami, są dosłownie wszędzie.

Prawdę mówiąc, ciężko jest mi omówić „Bayonetta & Vanquish 20th Anniversary Bundle’”, ponieważ chociaż oba remastery pochodzą od tego samego dewelopera i są zorientowane na akcję, to bardzo różnią się w zależności od stylu gry. Oba są trochę szalone na swój sposób (zwłaszcza „Bayonetta”, kiedy zaczynamy kombinować z kombosami). Obie gry działają bardzo dobrze na sprzęcie obecnej generacji, oferując grafikę 4K przy 60 klatkach na sekundę i, podobnie jak w oryginalnych wersjach, jest w nich tylko kilka małych błędów - czego oczekujemy od Platinum Games, biorąc pod uwagę, że zawsze produkują gry na wysokim poziomie jakości.

Ponieważ obie gry są zawarte w pakiecie, to za tę kwotę dostaje się dość dużo grania (coś, co doceniam, biorąc pod uwagę ceny gier w obecnych czasach). Być może, tak jak ja, nie graliście w te dwie gry, kiedy zostały wydane, a może graliście już niezliczoną ilość razy, ale nie ma powodów, żeby nie zagrać jeszcze raz. Bez względu na powód zdecydowanie polecam wybranie tego pakietu.


Jeśli lubicie gry akcji, takie jak „Devil May Cry”, lub strzelanki typu cover, takie jak „Gears Of War”, ale chcecie czegoś, co podniesie poziom adrenaliny, prawie na pewno znajdziecie coś, co zaspokoi Wasze potrzeby. Jedynym minusem, jaki mogę sobie wyobrazić, jest to, że niewiele elementów zostało do tych gier dodanych, co oznacza, że są to tylko ulepszone wersje oryginałów. Oczywiście nie stanowi to problemu dla nowych graczy, ale jeśli jesteście tu z powodu nostalgii, pamiętajcie, że nie ma tu żadnych nowości.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 12 March 2020

47 Metres Down: Uncaged ★☆☆☆☆


Biedne wiecznie pomawiane w Hollywood rekiny. Od filmu “Szczęki” z 1975 roku zawsze były uznawane za “tych złych od jedzenia ludzi, którzy pływają w ich wodach”. To niesprawiedliwe. 47 Metres Down: Uncaged, najnowszy tytuł w długiej linii propagandy przeciwko rekinom, śledzi losy grupy dziewcząt, które nurkują w zatopionym mieście Majów, ale zostają uwięzione przez pływającą w nim grupę rekinów. Rekiny prawdopodobnie po prostu z radością zajmowały się własnymi sprawami, również chcąc rzucić okiem na miasto Majów - a potem wyszło jak zwykle. #teamshark

W każdym razie kontynuacja 47 Meters Down z 2017 roku nie ma absolutnie żadnego narracyjnego związku z niespodzianką pierwszego filmu, a zamiast tego wydaje się desperackim skokiem na kasę. W filmie występuje Sophie Nelisse w roli Mii, amerykanki, która przeprowadziła się do Meksyku ze swoim ojcem, podwodnym odkrywcą, i jego nową żoną. Jedna rzecz prowadzi do drugiej - nie będę przechodził przez nonsensowne punkty fabuły, ponieważ wszyscy mamy lepsze rzeczy do roboty niż marnowanie czasu na 47 Meters Down: Uncaged - Mia i jej ekipa wyruszają w drogę do zatopionego miasta Majów. Oczywiście wpadają w pułapkę na wejściu do miasta, która uwięzi ich ze ślepym rekinem (spędził zbyt dużo czasu bez światła słonecznego), którego inne zmysły zostały w rezultacie wyostrzone.


I tak zaczyna się kolejny film człowiek kontra rekin, mój Boże, jestem tym absolutnie znudzony. Jak zwykle, bohaterowi są pozbawieni jakiejkolwiek głębi, czy osobowości, więc gdy są pod wodą w swoich sprzętach do nurkowania, prawie niemożliwe jest ich rozróżnienie. Nie żeby to miało tu większe znaczenie. Nie jesteśmy tutaj, by dowiadywać się czegokolwiek o bohaterach, jesteśmy tutaj, aby zobaczyć rekiny.

Jest to całkowicie denny film z bezsensownymi motywami postaci i fabułą oraz najbardziej rozczarowującymi momentami, które miały przerazić widza, jakie pamiętam. Co więcej, wygląd scen w filmie - kręconych niemal w całości pod wodą - jest mroczny, ale i ciemny. Po prostu za ciemny, przez co ciężko się go ogląda. Nie znalazłem w 47 Meters Down: Uncaged nic wartościowego. Nie mam tutaj błyskotliwych obserwacji, żadnej ciekawej analizy. Po obejrzeniu nie mam absolutnie żadnego tematu do przemyślenia. Chociaż szkoda mi tutaj rekinów. Jak wspomniałem już na wstępie, nagonka na rekiny w Hollywood staje się teraz naprawdę nudna, a biedne zębate stworzenia też przecież muszą jeść.

Tak czy inaczej, 47 Metres Down: Uncaged wydaje się badziewiem, które zaraz wyląduje na DVD i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ten właśnie film dostał kinową premierę, nie mówiąc już o tym, dlaczego w ogóle powstał. Jest tak nudny, przewidywalny i pozbawiony rozwoju postaci, jak tylko można sobie wyobrazić w filmie tego gatunku. Jeśli chcecie mieć słaby wieczór z jednym z najgorszych tytułów 2019 roku, to droga do 47 Meters Down: Uncaged czeka.

★☆☆☆☆
Sam Love

47 Metres Down w CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 8 March 2020

Rugby 20 ★★☆☆☆


Jak na grę sportową naszych czasów, Rugby 2020 nie jest tak niedopracowane jak Handball 17, a nie zawiera mikrotransakcji, które ostatnio tak często widzimy w popularnych franczyzach, takich jak FIFA. Ma jednak wiele wad, które powstrzymują ją od osiągnięcia wyższego wyniku.

Świat jest pozbawiony dobrych, licencjonowanych gier rugby. Deweloperzy Eko Software pracowali już w przeszłości nad małymi projektami, takimi jak seria piłki ręcznej, więc pytanie, czy udało im się wyciągnąć wnioski z wcześniejszych błędów w nowym projekcie? Istnieje wielu kibiców, którzy chętnie spędzą czas oceniając ich próby z najlepszymi graczami na świecie lub największymi zespołami. (Nie w Anglii czy Nowej Zelandii z powodu problemów licencyjnych.)

Reklamy chwalą grę nowymi „animacjami uchwyconymi w ruchu i całkowicie przeprojektowanymi modelami graczy”, ale ciężko jest zrozumieć, o co tyle zamieszania, gdy  już uruchomimy grę. Przeciętny zespół wygląda jak grupa Uruk-hai, która zgubiła się w drodze do Isengardu i nie ma sposobu, aby słowami przekazać, jak brzydkie jest to wszystko. Po prostu chcecie się odwrócić i zapomnieć. Menu nie jest lepsze, wprowadzając wręcz chore kolory, podczas gdy komentarz jest absurdalnie suchy. Sprawia, że ​​PES brzmi się jak Szekspir, więc radzę jak najszybciej to wyciszyć, chyba że chcecie słyszeć imię tego samego gracza w kółko przez cały czas.


Byłoby lekką przesadą stwierdzenie, że w epoce PS3 widziałem więcej detali u postaci niezależnych, ale jednak powyższy fakt można wybaczyć, dopóki rozgrywka jest zadowalająca. W końcu nie jesteśmy rozpieszczani wachlarzem gier z tego gatunku. Rugby 18 zostało wyprodukowane przez ten sam zespół i jest po prostu słabe. Rozgrywka jest jaka jest. Nie jest to najbardziej płynna gra, ale tutaj się poprawiła. Niezależnie od tego, czy atakujemy, czy bronimy, zgadywanie jest główną taktyką stosowaną na początku, zwłaszcza, że silnik cierpiał z powodu wielu błędów. Tutaj poszli bardziej w taktyczną stronę, co czyni tytuł bardziej symulacyjnym, a to dodaje głębi w dłuższej perspektywie.

Pod tym wszystkim kryje się porządna gra rugby, która niestety zawodzi przez brak dopracowania. Brak budżetu AAA jest wyraźnie widoczny i ma wpływ na wszystko, od wątpliwej sztucznej inteligencji po modele niskiej jakości, a mało prawdopodobne jest, aby przekonać tym wielu nowych fanów. Niezależnie od tego, warto zainteresować się tym tytułem na wyprzedażach.

Kolosanie mniej popularne w porównaniu do FIFY, czy NBA lub niemal każdej innej dużej serii sportowej, Rugby 2020 pokazuje, że wciąż jest miejsce na gry sportowe klasy B+. Robi robotę wśród fanów, ale pozostali raczej powinni dać sobie na wstrzymanie.

★★☆☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Another Sight ★★★★☆


Alicja w krainie czarów zainspirowała przez lata wiele innych dzieł kultury. Gry wideo, filmy, książki o matematyce, książki o narkotykach, książki o filozofii, historii, psychologii i nauce. Nawet herbaciarnię, którą odwiedziłem w środkowych Chinach, gdzie podawali sernik z brie, który spowodował, że już nigdy stopa moja nie postanie.


Omawia dziś gra to głównie francuska historia w bardzo karolińskim stylu. Another Sight to gra o młodej dziewczynie o imieniu Kit, która została oślepiona przez pewne urządzenie i, jak można się spodziewać, uzyskała umiejętność telepatii z kotem. Kit przemierza piękny krajobraz, by dotrzeć do „Węzła” z kotem prowadzącym i czasami pomagającym, wykonując proste zadania, jak obracanie małego koła, jednak bez żadnych motywów, które ja mógłbym kojarzyć z kotami, jak zrzucanie popielniczek z półek nad moim łóżkiem.

Jest to bardzo prosta, ale nieustępliwie urocza platformówka-łamigłówka, w której na przemian występuje niewidoma dziewczyna Kit, która potrafi “widzieć” dźwięk i wspomniany Hodge, psotny kot, który ma wystarczająco dużo energii, aby wykonywać proste zadania. Gra toczy się w trzech aktach i od czasu do czasu powoli poznajemy sławną gwiazdę, Julesa Verne'a, Claude'a Debussy'ego, swego rodzaju bossa na końcu gry. Pierwszą rzeczą, która się tutaj uwidacznia, jest to, że styl gry zmienia się z prostej platformówki, w grę logiczną, a dalej nawet w Stealth Chronicles w stylu Assassin's Creed Chronicles, ale w sposób, który wydaje się być naprawdę dobrze zaprojektowany i nie przypomina wstrząsającej kolekcji minigier co mogło się wydarzyć, niwecząc całość produkcji. Ta gra jest niesamowicie piękna. Muzyka jest kapryśna i nawiedza nas w specyficzny sposób.

Gra aktorki głosowej, w momencie gdy postać przyjmuje akcent, który zdaniem Amerykanów mają Anglicy to żenada, ale ogólnie jest do przyjęcia. Mimo że niedawno dostałem kosza od kogoś z doskonałym angielskim akcentem, nic mnie w tym nie drażniło, szczególnie w porównaniu do gry aktorów głosowych w Layers of Fear 2.


Another sight bywa trudną grą, ale cierpi z powodu dziwnej mechaniki gry, w której jeśli Kit nie widzi, gdzie wyląduje, nie skacze, ale czasami po prostu spada z jakiejś krawędzi umierając. Niektóre obiekty, z którymi musimy wchodzić w interakcje, nie są tak wyraźne, jak moglibyśmy chcieć, a czasami frustrujący jest też brak celu do obrania. Ogólnie rzecz biorąc, gra jest czarująca, piękna i będziecie zadowoleni z niej jako łamigłówki jak i platformówki. Na pewno lepsza niż chiński sernik.

★★★★☆
David Roberts



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 1 March 2020

Death Stranding ★★★★★


Death Stranding to najnowsza gra legendarnego twórcy Hideo Kojimy i jego pierwsza gra od (niezbyt łagodnego) rozstania z Konami. Prowadzący produkcję Kojima został sfinansowany głównie przez Sony, aby stworzyć kolejną wielką rzecz w świecie gier. To, co powstało z tych wysiłków, jest czymś wyjątkowym i ekscytującym. W czasie premiery był to główny temat w mediach społecznościowych i newsach rozrywkowych.


W „Death Stranding” wcielamy się w Sama Bridgesa (Norman Reedus), próbującego połączyć jałową postapokaliptyczną Amerykę przez coś na pozór prostego - dostarczanie paczek. Na pierwszy rzut oka możecie uznać, że „Death Stranding” to symulator chodzenia, ale nie jest to zbyt sprawiedliwe. Przez lata poprzedzające premierę zwiastuny i rozgrywka były bardzo tajemnicze i naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, kiedy w końcu usiądziemy do gry.

Niezależnie od tego jak mogło to wyglądać na trailerach, ta gra to znacznie więcej niż spacer po jałowym świecie. W trakcie możemy zastanawiać się nad tajemniczymi wątkami, jak choćby BB (przywiązane do nas dziecko, które wyczuwa istoty próbujące nas zabić - tak to jest w grach Kojimy), czy planować  rozbudowę sprzętu, z którym będziemy przedzierać się przez świat i dostarczyć ładunki.

Od prostych drabin i lin wspinaczkowych, po bardziej zaawansowane pojazdy i konstrukcje, takie jak drogi. To właśnie tam „Death Stranding” staje się naprawdę przekonujące, gdy żyjemy w świecie, w którym wszyscy gracze budują konstrukcje w celu opracowania najlepszej możliwej drogi do celu.

Możemy znaleźć znaki ostrzegawcze, które mówią, że w pobliżu są wrogowie, a może czyjąś linkę, której możemy użyć do łatwiejszego przejścia przez dolinę. Jest też mechanika, dzięki której deszcz powoduje erozję przedmiotów, co oznacza, że ​​musi istnieć ciągły przepływ nowych ludzi budujących lub naprawiających konstrukcje. Gra utrzymuje świeżość i środowisko jest w ciągłym przepływie - to coś, czego tak naprawdę nigdy wcześniej nie widziałam w świecie gier i jest to genialna koncepcja, która działa naprawdę dobrze.

Fabuła to typowy Kojima (czytaj: naprawdę dziwna fabuła). Występuje tu kilka znanych osobistości w roli aktorów głosowych i modeli postaci od Mad Mikkelsona do Normana Reedusa, z którym obcujemy około 50 godzin lub nawet dłużej, bo tyle zajmuje ukończenie głównej fabuły. Sposób w jaki historia została opowiedziała był dla mnie doskonały, nawet jeśli czasem intryga była trochę zbyt oczywista, to nadal za kulisami czaiła się kolejna tajemnica. Kojima stworzył świat, w którym po prostu lubię przebywać. Radzi sobie na każdym froncie, od projektu artystycznego po nienaganną i docenianą ścieżkę dźwiękową, zawierającą całą masę idealnie pasujących piosenek.

Nie powiedziałabym jednak, że „Death Stranding” jest dla wszystkich, można nawet zastanawiać się, czy to nie jest może odgrzewany kotlet. Walka jest podobna do serii „Metal Gear Solid” Kojimy, ale większy nacisk kładziony jest na ucieczkę od tych sytuacji i chociaż mamy zdolności bojowe (kiedykolwiek chcieliście robić granaty z własnych płynów ustrojowych?) Rzadko zdarzało się, że Chciałam walczyć. To naprawdę nie jest główna siła tej gry i są inne aspekty, na których powinniśmy się skupiać.


Jeśli wejdziecie do gry spodziewając się oryginalnej gry akcji, takiej jak „Metal Gear Solid”, możecie być nieco rozczarowani. Kojima stworzył świat i grę, które nie przypominają niczego, co było wcześniej. Jest dla graczy, którzy chcą eksperymentu - doświadczenia, w którym bariery zostają złamane ustanawiając nowe standardy - a nie czegoś podobnego do wcześniejszych gier .

„Death Stranding” może być po części symulatorem chodzenia, ale jest najbardziej absorbujący i intrygujący symulator chodzenia, w jaki kiedykolwiek grałam. Rozgrywka i mechaniki rozwijają się wraz z upływem czasu i tworzą marchewkę na kiju. Nie wszystkim się to spodoba, ale myślę, że każdy powinien przynajmniej dać tej grze szansę, jako że jest to jedna z najlepszych produkcji tego pokolenia.

★★★★★
Hannah Read



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 29 February 2020

Warhammer: Chaosbane ★★★★☆


Za dzieciaka kolekcjonowałem Warhammera i uwielbiałem malować figurki, mieszać styropian z płynnym cementem, tworząc ściany zamku i samemu prowadzić bitwy. Było tak, ponieważ nawet w świecie wyalienowanych nastolatków byłem odosobniony społecznie i rzadko mogłem znaleźć kogoś, z kim mógłbym się bawić. Warhammer Chaosbane, dość solidny klon Diablo, pozwala mi ponownie doświadczyć tego uczucia, mając fajny tryb dla jednego gracza i albo straszny system dobierania graczy, albo ogromny brak graczy, którzy chcą ze mną grać. Ehh... Czyli tak jak za dawnych czasów.

Wcieliłem się w Chaosbane jako Elessa, niezbyt szykowna, zarozumiała leśna elfka z głodem zemsty, grubym głosem (i z bardzo sztucznym angielskim akcentem), która jest tak biegła w łucznictwie, że mogłaby oglądać świat przez dziurę w głowie Robin Hooda, Legolasa i Hawkeye'a, zanim Ci zdążyliby spróbować swojej ulubionej sztuki ze strzelaniem strzałą w strzałę.


Fabuła Chaosbane nie jest niesamowita, miała takie tempo, że nudziła mnie na śmierć powoli jak zatruty Pippin Coxa. Złapałem się na tym, że słucham podcastów o Historii Francuskiej zamiast zwracać na to uwagę co się dzieje w akcie drugim, a muszę dodać, że historia francuska nie jest czymś, za czym szaleję. Jeśli jednak lubicie izometryczne Diablo ORAZ świat Warhammera, to ta propozycja może podejść Wam bardziej niż mnie.

Grafika jest cudna, a rozgrywka, choć uzależniająca, nie została zaprojektowana by spełniać ten cel na pierwszym miejscu - nie żebym był uzależniony tak jak od Candy Crusha. To była solidna gra i nie miałbym nic przeciwko, by wrócić po więcej. To samo myślę też o pączkach z tłustego czwartku. Głosy, muzyka, fabuła i zwykli wrogowie są bezbłędni, ale to nic niezapomnianego. „Rzadkie” łupy pojawiały się tak często, że dostałem trofeum za pełne uzbrojenie się w rzadką zbroję w ciągu zaledwie kilku godzin, więc byłoby miło mieć tu element wyzwania, ponieważ żadna nagroda nigdy nie wydawała się nagrodą.

Wiele mechanik było dla mnie niedostępnych do późnej fazy gry, a ja bezsensownie zbierałem te rzeczy wyglądające na żelki przez trzy akty (spośród czterech), zanim mogłem je wykorzystać do ulepszenia czegokolwiek. Skończyłem grę (dość szybkim tempem) na poziomie 43, a 50 poziom to max, więc nie zmusza nas do grindowania.


Rozgrywka i bossowie są jednak fantastyczni, bossowie są mieszanką standardowego RPG i walki Bullet-Hell, choć sprowadza się do „Unikania rzeczy i uderzania w coś” , uznałem ją za dokładnie tak trudną, jakbym sobie tego życzył.

Mógłbym pisać przez kilka dni lub co najmniej 545 słów o słabych stronach Warhammer: Chaosbane. Szczerze mówiąc, uważam, że to świetna gra, choć nie jestem do końca pewien dlaczego. Cztery akty składające się na cztery spore mapy po prostu działają, a pokonywanie bossów, wyprawy itp. nie są dla mnie wystarczającym kontentem w końcowej fazie gry. Jednak jako izometryczny dungeon crawler gra była szaloną przygodą, a nie jest nawet w pełnej cenie.

Czas, który jestem gotów poświęcić na grę, która jest poza moim ulubionym gatunkiem, to około 10 godzin. I to wystarczyło. Mam wrażenie, że fani Warhammera z przyjemnością zobaczą pierwszą dobrą grę Warhammer od Shadow of the Horned Rat na PSone, podczas gdy fani Diablo uznają to za tytuł wypełniający lukę przed następnym dobrym Diablo.

Ogólnie rzecz biorąc, jeśli gapicie się na swoje pudełko Diablo 3 umieszczone pomiędzy Sacred 2 i 3, i chcecie czegoś nowego, co jest w zasadzie tą samą grą, ale nie tak dobrą, Warhammer: Chaosbane, jest wart Waszego czasu.


★★★★☆
David Roberts



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 25 February 2020

1917 ★★★★☆


Serce 1917 to okropności wojenne. Ni więcej, ni mniej, jest to zimne spojrzenie na życie podczas I wojny światowej, z dawką akcji i thrilleru utrzymujących puls widzów.

Lance Cpl. Schofield (George MacKay) i Lance Cpl. Blake (Dean-Charles Chapman) mają za zadanie przedrzeć się przez ziemie niczyje, aby powstrzymać 1600 żołnierzy przed wejściem w niemiecką pułapkę. Przed wyruszeniem w samobójczą misję, w której mają raczej małą szansę na sukces, szybko tworzą duet młodszego brata i starszego brata. W rzeczywistości ten pierwszy ma więcej aktorskich osiągnięć i jest wyraźnie starszy. Ten drugi ostatnio był widziany (przeze mnie) gdy rzucał się z Czerwonej Twierdzy w Grze o Tron, ale tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że był to Tommy B, dopóki nie sprawdziłem dokładnie listy aktorskiej, przed napisaniem recenzji.


Główny duet jest wspierany przez obsadę drugoplanową, pod postacią hordy brytyjskich talentów, biorących wolne od zbijania fortuny z BBC, aby wpaść z eleganckim akcentem na kilka minut. Weźmy na przykład Benedicta Cumberbatcha. Jest opisywany jako jeden z głównych bohaterów, ale łatwo przegapić jego scenę, jeśli wysyłacie zbyt długą wiadomość albo zamawiacie drugi popcorn. To samo dotyczy Roba Starka, (Richard Madden) Moriarty z Sherlocka (Andrew Scott) Merlin i Harry z Kingsman, (Mark Strong i Colin Firth) i Danny z Line of Duty (Daniel Mays). Lista jest długa, a wszystkie nazwiska mogły zostać wykorzystane nieco ciekawiej lub wcale.

Piękne długie ujęcia podkreślają wizualny spektakl, pokazujący rzeczywistość strefy wojennej, w której ciała leżą gnijąc w ziemi, szczury rozprzestrzeniają choroby, a nocne niebo jest jasne jak fajerwerki w Sylwestra. Sam Mendes z pewnością udało się uchwycić zamieszanie związane z postrzałami i ciągnęło mnie do krawędzi fotela przez wiele scen, które fachowo podniosły presję.

Film ma dwa proste rytmy. Krótkie chwile wytchnienia, aby umożliwić budowanie postaci i szybkie rozmowy, a następnie napięte, dłuższe sekcje, w których kamera podąża za aktorami przez kilka minut, gdy przedzierają się przez terytorium wroga lub próbują zlokalizować coś wśród chaosu. Wygląda to tak, jakby film został nakręcony w jednym długim ujęciu i jest to widok warty zobaczenia. Jest to technika, która nie jest zbyt często używana i musiało być bardzo trudno zapewnić, że wszystko przebiegnie w odpowiednim momencie. W tym celu 1917 prawie nie traci tempa, kończąc spektakl w niecałe dwie godziny.


Jeśli 1917 ma przesłanie to jest to fakt, że nikomu po drugiej stronie nie można ufać. Chłopcy w są wysyłani na śmierć przez mężczyzn, którzy nigdy nie staną na prawdziwym polu bitwy. Na szczęście publiczność wróci do domów, chociaż na pewno nie taka sama.


★★★★☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 21 February 2020

Just Dance 2020 ★★★☆☆


Kiedy byłem dzieckiem, prawie wszyscy mieli zapakowane w zakurzonym kącie maty do tańca, powoli żółknące, oczywiście bez złącz, które zgubiły się w kronikach czasu. Jeśli mieliście pecha to już dawno ktoś wciągnął je odkurzaczem, zwłaszcza jeśli wiedział, że lubicie „gry”. Nie wiele razy można też słuchać tej samej piosenki, zanim zaczniecie powoli szaleć. Choć nie jest to poziom Metal Gear Solid, nadal mam specjalne miejsce do gier rytmicznych w moim sercu.

Just Dance istnieje już od dekady, poprawiając próby mat z przeszłości, przez wymianę ich na zręczność i szybkość ruchów dłoni. Rozgrywka polega na przesuwaniu ciała w rytm do melodii, z coraz większymi trudnościami, które tylko geniusz rytmiczny ma szansę wyćwiczyć. Gra jest tak uzależniająca, jak nigdy dotąd, a przy tym jest tak samo responsywna, jak pamiętam z dawnych lat. Wasze wrażenia mogą się różnić w zależności od wybranej konsoli, a jeśli używacie Wii U, a nie PS4, możecie znaleźć wiele różnic chociażby w oznaczeniach.

Dodano 40 nowych piosenek od wielu popularnych artystów, więc jest dość różnorodnie. Gra obsługuje używanie smartfona jako kontrolera, a nowe utwory pobierzemy za pośrednictwem Just Dance Unlimited na nowszych platformach. Płatna usługa subskrypcji dodaje ponad 500 utworów, dzięki czemu łatwiej jest znaleźć coś, co odpowiada naszym osobistym gustom. Możemy wybrać pakiety 24-godzinny, 1-miesięczny, 3-miesięczny i 12-miesięczny.


Istnieje tryb ćwiczeń, zaprojektowany do śledzenia spalonych kalorii, co jest przydatne, jeśli kupujecie grę głównie do ćwiczeń. Istnieje również tryb dziecięcy o tym samym celu, ale większość ludzi i tak prawdopodobnie nie będzie go używać. Wreszcie tryb All-Stars zabierze nas do jednych z bardziej niezapomnianych występów ostatniej dekady. Biorąc pod uwagę to wszystko, można śmiało powiedzieć, że niewiele się zmieniło od ostatniej części.

Oczywiście Just Dance ma oddaną, zagorzałą rzeszę fanów, którzy utrzymają ją w dającej się przewidzieć przyszłości, a gry wciąż nie odstają jakością. Szkoda, że ​​musimy korzystać z ich usługi subskrypcji, aby zdobyć dodatkowe utwory, ale łatwo też zapomnieć, że lista jest ograniczona. Czy  jednak naprawdę można usprawiedliwiać tym wydawanie tej samej gry raz za razem, z kilkoma nowymi utworami? Prawdopodobnie lepiej wyglądałoby to jako DLC lub jako gratis do 12-miesięcznej subskrypcji.

Gra wyszła też na oryginalnej wersji Wii, niejako utrzymując konsolę przy życiu przez kolejny rok. W pewnym sensie Just Dance jest też trochę reliktem, ale też grą, która od dekady jest dobrą imprezową opcją.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 18 February 2020

The Outer Worlds ★★★★★


„The Outer Worlds” to najnowsza gra studia Obsidian, które zostało niedawno przejęte przez Microsoft i jeśli jest jedna rzecz, którą mogę powiedzieć na podstawie moich blisko 40 godzin w tym świecie, to jest to bardzo dobra inwestycja ze strony Microsoftu.

Akcja gry toczy się w odległej przyszłości, w której ludzkość kolonizuje inne światy w alternatywnych układach słonecznych, w której wcielamy się w postać, która znajdowała się na jednym z kolonizujących statków, który nieco się opóźnił (o 70 lat!). Musimy spróbować uratować zamrożonych towarzyszy i poznać prawdę o tym, co dzieje się w systemie Halcyon. Nie możemy jednak spowodować chaosu, bo w The Outer Worlds piękne jest to, że naprawdę możemy pokierować historię w różnych kierunkach, dokonując wyborów - co tu dużo mówić, możemy też po prostu zabić wszystkich i tyle.


Gra jest duchowym następcą „Fallout: New Vegas”, nad którym studio Obsidian pracowało wcześniej, ale z mniejszym rozmachem. W przeciwieństwie do „New Vegas” gra nie jest tak naprawdę otwartym światem, ale raczej szeregiem sandboxów, w których spotykamy z wieloma różnymi zadaniami do wykonania i łupami do znalezienia. Jest bardziej zbliżona do „Borderlands” i bardzo doceniana, ponieważ wydaje się być bardziej sesyjna, pod względem czasu, który z nią spędzamy - możemy stawiać małe kroki powoli każdego dnia, niezależnie od tego, czy będzie to rozwijanie historii, czy oczyszczanie kolejnego obszaru.

Trzon rozgrywki też jest zupełnie inny. Każdy obszar zaczyna się od głównego zadania, które rozgałęzia się na wiele innych, a te znowu są w jakiś sposób powiązane. Boczne historie w grze są wyjątkowe, a scenariusz jest doskonały. Napotkani towarzysze mają niesamowite historie, których nie sposób pominąć (podobnie jak w „Mass Effect”), a moją jedyną prawdziwą skargą dotyczącą gry jest to, że walka wydaje się nieco nie nadążać za innymi aspektami gry. Jest okej, ale nie zwali Was z nóg. Nie jest tak zabawna jak w „Fallout 4”, czy „Borderlands 3”. Jest trochę kulą u nogi tej świetnej produkcji, chociaż ma ciekawą mechanikę, w postaci zdolności do spowalniania czasu.

Jednym z moich ulubionych aspektów jest to, że nie jest to 100-godzinny moloch, co wprowadza odświeżającą zmianę. Gra jest zbudowana tak, aby była na tyle zróżnicowana w historii, by można go było podchodzić do niej wiele razy i mieć bardzo różne wyniki, jednak samo ogranie jej więcej niż raz zapewnia satysfakcjonujące doświadczenie. Wiele rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w gigantycznych grach RPG, zostało usuniętych, pozostawiając kolekcję naprawdę mięsnych, fabularnych zadań. To powiew świeżości w porównaniu z tyloma innymi grami, które próbują spakować jak najwięcej treści. Wszystko, co robimy w „The Outer Worlds” ma wpływ na otaczający nas świat, czasem w sposób, którego nie będziemy w stanie przewidzieć.


Nie prześpijcie jednej z najlepszych zachodnich gier RPG tej generacji, która nie tylko wydobywa co najlepsze z „Fallouta”, ale jest również tak wyjątkowa, że będziemy cierpieć, po każdym jej zakończeniu.


★★★★★
Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 16 February 2020

MediEvil ★★★☆☆


MediEvil to kolejna pozycja z Sony PlayStation, która została całkowicie przerobiona na konsole obecnej generacji. Jest kontynuacją serii niesamowitych (i dość trudnych) remake’ów „Spyro” i „Crasha Bandicoota”, czyli nowe „Spyro Reignited Trilogy” i „Crash Bandicoot N. Sane Trilogy”.


Pierwszą rzeczą, którą zauważycie, jest zaktualizowana grafika, już na pierwszy rzut oka znacząco różniąca się od oryginału. Ten styl doskonale pasuje do tej gry, a całość jest dobrze zoptymalizowana - nie miałem żadnych problemów z płynnością gry, co obecnie, pod koniec generacji, nie jest już takie oczywiste.


W grze wcielamy się w Sir Daniela Fortesque, który został sprowadzony do krainy żywych, aby pozbyć się z Gallowmere złego Zaroka i jego hord równie złych stworów. Historia naprawdę nie ma o czym opowiadać i jest jedynie tłem dla tego, co będziemy robić w grze. Rozgrywka polega na przechodzeniu przez różne poziomy w Gallowmere, wybierane z mapy świata, w których będziemy korzystać z szerokiej gamy broni, aby zabić każdego demona na swojej drodze. Nie macie broni? Użyjcie ręki. Wyrwijcie i wymachujcie. Działa całkiem nieźle

Głównym problemem, jaki mam z tym tytułem i zarazem wszystkimi tego rodzaju remake'ami, są próby odtworzenia oryginalnych mechanik, które nie pozostawiają wiele miejsca na innowacje. Przykładowo, jeśli graliście w wersję na PS1, to wiecie, że kamera zachowuje się tam okropnie, zwłaszcza kąt z jakiej obserwujemy naszą postać i niestety wciąż jest to bardzo obecne w remake'u. Jest tu nowa opcja, kamera „za ramieniem”, ale frustracja związana z niemożnością dojrzenia tego, co chcemy widzieć, wciąż budzi emocje.

Ten format remake'u prowadzi również do braku nowych treści, co oznacza, że ​​kiedy nostalgia się skończy, gramy już w grę, którą kiedyś już ukończyliśmy(co jest w porządku, ale fajnie jest też mieć kilka niespodzianek). Osobiście mam nadzieję, że w końcu, któraś z odnowionych gier będzie wydawana z nowymi poziomami i dodatkową treścią, aby było to  bardziej opłacalne dla starych fanów.


Być może problemem nie jest gra lub format - być może prawdziwym problemem jest to, jak my, gracze, reagujemy na takie gry. Myślę, że wielu z nas nosi te różowe okulary, jeśli chodzi o gry, które tak bardzo kochaliśmy od dzieciństwa i młodości, co sprawia, że być może nieumyślnie stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko, jeśli chodzi o ich odnowione wersje. Nostalgia nie załatwi całej roboty, a gra taka jak „MediEvil”, która ma słabo rozbudowaną walkę i mechaniki, może nigdy nie wydawać się tak cudowna jak za pierwszym razem - nawet z ulepszoną grafiką.

Jeśli graliście w początkowe wydanie kilkadziesiąt lat temu i chcecie ponownie rozbudzić w sobie pasję do gry, z pewnością poleciłbym Wam odnowione MediEvil. Jeśli kupicie grę, nie spodziewajcie się jednak, że będzie tak zróżnicowana pod względem rozgrywki i mechanik, jak gry obecnej generacji, bo na pewno się rozczarujecie.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 13 February 2020

Dragon Ball Z: Kakarot ★★★★☆


DBZ: Kakarot to dla mnie bardzo interesująca produkcja, głównie ze względu na klasyczne anime, na którym się opiera i było ono ważną częścią mojego dzieciństwa. W każdą sobotę rano bardzo wyczekiwałam kolejnego odcinka i zarazem kolejnej potyczki sił zła z najpotężniejszymi wojownikami. Do tego spędziłam sporo czasu czytając mangę za pośrednictwem Shonen Jumpa.


„Dragon Ball Z: Kakarot” obiecywał, że będzie doskonałym ARPG, jednym z moich ulubionych gatunków gier, więc można śmiało powiedzieć, że moje oczekiwania były wysokie. Problem polega na tym, że zawsze istnieje szansa na rozczarowanie… Niestety, jeśli chodzi o rozgrywkę, to właśnie tak się tutaj stało.

W grze jest naprawdę wiele do zrobienia, walka, wędkarstwo i eksploracja dużych (troszkę pustych) sekcji otwartego świata. Tak naprawdę nic nie wydaje się szczególnie kuszące, szczególnie jeśli chodzi o poboczne zadania, które są w większości najprostszymi opowieściami wykorzystywanymi tylko do zdobywania kolejnych poziomów. Jeśli lubicie grind to nie jest źle, ale jeśli szukacie solidnego budowania historii i postaci, to nie jest kolorowo. Moje ulubione gry zwykle wplatają zadania poboczne w fabułę, uzupełniając wszystko, co dzieje się w zadaniu głównym i budując otaczający ich świat w miarę postępów.

Z drugiej strony główna historia jest tak spektakularna, jak zapewne pamiętacie z anime. Każda saga jest podzielona na sekcje, każda po około 10 godzin, od sagi Saiyan aż do niesławnej sagi Buu. Nie ma potrzeby znać fabuły, jednak jeśli oglądaliście anime lub czytaliście mangę to poczujecie przyjemną nostalgię. Fabuła prezentuje się w tym formacie bardzo dobrze, a walki towarzyszą przerywnikom filmowym, zapewniając fajną równowagę. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że historia ​​jest tak dobra, że rekompensuje braki po stronie ARPG.

Mówiąc szczerze, gra jest bardziej przygodówką grą niż RPG. Większość XP pochodzi z wielkich walk fabularnych i nigdy nie czułam, że potrzebuję grindować misje poboczne lub inne aktywności. Jeśli jednak chcecie odkryć więcej i walczyć z ukrytymi bossami warto się w nie mimo wszystko zagłębić. W trakcie gry wcielamy się w wiele postaci, w zależności od tego, na jakim etapie historii jesteśmy, co pomaga uwzględnić śmierci bohaterów i ich powroty w głównych wątkach fabularnych.

Grafika jest prawdopodobnie najlepszą częścią gry, ponieważ naprawdę przypomina anime. Podobało mi się odkrywanie świata i znajdowanie wszystkich tajemnic, które miał do zaoferowania - zwłaszcza przeczesywanie zakamarków miast - coś, czego nie widać zbyt często w anime. Nawet po napisach końcowych nadal chciałam odkrywać i mam nadzieję na kontynuację obejmującą „Dragon Ball Super”, najnowsze anime z serii „Dragon Ball”.


Jeśli jesteście fanami „Dragon Ball Z”, pokochacie tę grę. Jeśli nie jesteście, ale uwielbiacie dobre historie, będzie równie dobrze, jednak nie spodziewajcie się wiele od rozgrywki, czy elementów RPG, ponieważ tak naprawdę gra nie wnosi nic nowego do tego co już znamy w tym gatunku.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 11 February 2020

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie ★★☆☆☆


Na początku powinienem zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz: nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Nie, że jestem jakimś przeciwnikiem - wręcz przeciwnie, widziałem każdy film w tej sadze i śledziłem ją od dziecka. Jednak nie cenię tej serii na tyle, na ile zapewne wielu z Was. Jestem raczej neutralny. Równie ważne jest też to, że nie zraził mnie Ostatni Jedi. Jak by to nie wyglądało, odhaczyłem wszystkie filmy Star Wars… dla zasady. Wiem, wiem - jestem idiotą…


Mając to na uwadze, w jaki sposób Skywalker Odrodzenie wypadło w moich oczach? Oczywistym jest, że ta recenzja będzie zawierać niewielkie spoilery, więc ostrzegam tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli.

Jako ostatni wpis w „Sadze Skywalker”, Odrodzenie z pewnością ma wiele do naśladowania - a dokładnie ujmując - 8 filmów. Na początek mamy typowo bardzo prostą fabułę z Gwiezdnych Wojen, która przyniesie kilka niespodzianek. Gdy Rey (Daisy Ridley) kończy szkolenie na Jedi, niebezpieczeństwo wstaje z popiołów, gdy zły Emperor Palpatine (Ian McDiarmid) tajemniczo powraca z martwych. Nasza bohaterka ponownie łączy siły z Finnem (Johnem Boyegą) i Poe (Oscarem Izaakiem) i wyrusza w ostatnią przygodę, która może zadecydować o losie galaktyki.

Ta dość nieoczekiwana narracja wiąże się z największą porażką filmu - jest po prostu zbyt przewidywalna i po prostu niezgodna z koncepcją wybuchowej kulminacji, której się spodziewaliśmy. Ostatecznie film jest zbyt bezpieczny, stając się raczej miernym epilogiem niż wielką kulminacją. Nie oznacza to, że film jest całkowicie pozbawiony pozytywów. Sceny Kylo Rena (Adam Driver) i Rey nadal reprezentują trzecią trylogię w sadze, przedstawiając jedne z najlepszych i najbardziej przejmujących scen, podczas gdy nowo przybyły Richard E. Grant oferuje kradnący całą uwagę występ generała pierwszego Pryde'a. Wybuchowa grafika tego filmu oferuje także wiele emocji na dużym ekranie, podczas gdy John Williams oferuje kolejną fenomenalną partyturę, która ugruntowuje go jako prawdziwego MVP Sagi Skywalker.


Jednak w Gwiezdnych wojnach: Skywalker Odrodzenie zło przeważa nad dobrem, czy raczej wady nad zaletami. Przede wszystkim największym problemem filmu jest powrót cesarza Palpatine'a. Określany przez niektórych krytyków jako „leniwe, narracyjne oszustwo”. Dziwny powrót Palpatine'a do sagi jest wymuszony i pozbawiony jakiejkolwiek logiki, poza tym, że daje sadze wielkie zakończenie - przywracając przeciwnika z oryginalnej trylogii jako ostatecznego przeciwnika dla Rey. Chociaż Ostatni Jedi był krytykowany za odejście od formatu całej franczyzy, uważam, że z tego powodu zostanie uznany za jeden z najlepszych. Miał swoje momenty. Skywalker Odrodzenie nie. To wszystko.

Ostatecznie Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie nie ma pasji Przebudzenia Mocy i innowacyjności Ostatniego Jedi, czego zwieńczeniem jest film, który wydaje się niczym więcej niż tylko zakończeniem luźnych wątków. Film jest rozczarowująco nijakim i frustrująco nużącym wpisem do ukochanej sagi, która niestety kończy opowieść Skywalkera smutną nutą.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 10 February 2020

Rambo V ★★☆☆☆


W najnowszej odsłonie długiej serii filmów Sylvester Stallone znów eksploduje na dużym ekranie w rzekomo ostatnim filmie jednej z jego najbardziej znanych serii. 11 lat odkąd Sly posługiwał się nożem, Rambo V podąża za tytułowym bohaterem, który wyrusza w podróż do Meksyku, aby uratować swoją siostrzenicę, która została porwana przez barbarzyński kartel. Kiedy usiłuje pogodzić się z wieloma demonami swojej przeszłości (tj. wszystkim co zrobił w częściach 1-4), Rambo musi ponownie obudzić w sobie maszynę do zabijania, po raz ostatni marnując czas na niekończącą się hordę bezimiennych zbirów.


Po pierwsze - i co najważniejsze dla Was, fanów Rambo - “piątka” to krwawa masakra od deski do deski, która robi więcej niż trzeba, aby dostać klasyfikację 18+ BBFC. Pokazana tutaj rzeź jest makabryczna, wykańczająca i czasami niekomfortowa do oglądania, co sprawia, że ​​oglądanie nie jest ani zabawne ani ekscytujące, a w prawdzie nawet dość niepokojące. Podczas gdy odrobina przesadnej przemocy na ekranie może czasami zapewnić humorystycznie przesadzone i zabawne wrażenia kinowe, tutaj jest to po prostu niepokojąca. Kiedy ton filmu jest tak poważny i ciemny, przemoc na tym poziomie nie wydaje się ani trochę przystępna.

Co więcej, film jest zacofany w swoim stereotypowym przedstawieniu Meksyku - jaki i zarazem w przedstawieniu Latynosów - jako niewiele więcej niż przemoc, przestępczość i narkotyki. Ogromne stereotypy są tutaj czymś, co dawno powinno umrzeć w dziełach kinowych, a trudno jest to przełknąć, kiedy mamy kogoś takiego jak Stallone, który powinien wiedzieć, jak trudny może być to temat. Ksenofobia jest tutaj wyjątkowo przestarzała i denerwująca, a czasami nawet nastręcza się nam pod postacią „białego wybawiciela”.

Na poziomie narracyjnym “piątka” nie wkracza na żadne nowe wody. Pomimo prób wprowadzenia egzystencjalnych motywów do filmu, poprzez ujęcia Rambo żyjącego cicho na swoim ranczu, Stallone nie jest w stanie wynieść tej roli, na poziom, w którym bohater nie wydawałby się płaski jak postacie w Contrze. Podobnie jak w przypadku każdego z jego ostatnich filmów, wiemy, że oglądamy Sylvestra Stallone - to co gra, jest zupełnie nieistotne. Może to być Rambo, Rocky lub Barney Ross - na jedno wychodzi…


Koniec końców to jednak film Rambo, więc nie sądzę, że przeciętni widzowie będą mieć problemu z powodu przekłamań kulturowych i na pewno nie przejmą się nadmierną przemocą. Jak na film o Rambo, zgaduję, że wypada całkiem nieźle. Trudno krytykować go za bycie dokładnie tym, co jest napisane na okładce, bo tak się składa, że już okładka informuje nas, że to “Chłam”.

Wiemy czego się spodziewać po Rambo i chociaż seria nie nadąża za duchem czasu, wieloletni fani uzbrojonego w nóż jednoosobowego wojska z pewnością będą zachwyceni tą niepokojącą rzezią, dla której, mam nadzieję, to już rzeczywiście koniec. Chociaż nie liczyłbym na to. W końcu Sylvester Stallone już wyraził zainteresowanie powrotem do tej roli w najbliższej przyszłości. Boże, dopomóż nam.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 9 February 2020

Na noże ★★★★☆


Biedny Rian Johnson. Pomimo portfolio, które obejmuje kultowe klasyki, takie jak Brick i Looper, oraz trzy najlepsze odcinki Breaking Bad (w tym „Ozymandias”, prawdopodobnie najlepsze co się przydarzyło telewizji), facet jest niemal powszechnie nienawidzony za pracę nad Gwiezdnymi wojnami: Ostatni Jedi. Nie jestem szczególnie dobrze zaznajomiony z uniwersum Gwiezdnych Wojen - nawet nie widziałem Ostatniego Jedi - ale mam szacunek do ludzi, którzy pracują przy produkcjach filmowych z uniwersów o tak agresywnym gronie odbiorców. Wygląda na to, że nie da się wygrać tej wojny. Kiedy więc jego najnowszy film miał swoją premierę na londyńskim festiwalu filmowym w październiku, CeX był pierwszy w kolejce, aby wesprzeć tego wielkiego człowieka.


Film napisany i wyreżyserowany przez Johnsona jest opisywany jako „współczesne podejście” do gatunku morderstwa. Mrocznie przezabawny i gwałtowny jak bójka w bramie, film na którym Agata Christie śmiała się z zachwytu, Na noże podąża za detektywem, który udaje się do bujnej posiadłości, by przeprowadzić wywiad z dziwacznymi krewnymi patriarchy, który zmarł podczas 85. urodzin. Podejrzewając przekręt, nikt z dysfunkcyjnej rodziny nie jest bezpieczny przed jego pytaniami. Oto dwie kręte i pełne emocji dwie godziny pełne tajemnic, dźgnięć w plecy i jednych z najśmieszniejszych dialogów roku.

Z zespołem, za którym można by iść na koniec świata (Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Shannon, Don Johnson i wielu innych), Na noże jest pełne aktorstwa na najwyższym poziomie. Jednak z każdym filmem zorganizowanym wokół takiego zespołu pojawia się odwieczny problem zbyt wielu postaci w zbyt krótkim czasie. Chociaż niektóre z nich są słabo rozwinięte podczas 130-minutowego seansu, nie wystarczy to by odwrócić to uwagę widza od jakości filmu. Genialnie prowadzony przez zabawny i szybki scenariusz Johnsona, pełny histerycznych dialogów i szokujących zwrotów akcji, które sprawiają, że oglądanie jest niczym innym jak świetną rozrywką.

Rian Johnson udowadnia, że ​​jest absolutnym mistrzem Na noże, wywracając motyw morderstw do góry nogami. W rezultacie film jest nieprzewidywalny i zdystansowany, wprowadzając bardzo potrzebną oryginalność w ten wymęczony gatunek. Nie pamiętam ostatniego z takich filmów, ponieważ zazwyczaj nie pozostawiają trwałego wrażenia. To szybki przebój tajemnic i emocji. Na noże może stać się kultowym klasykiem. Niemal na pewno pojawi się na wielu listach „Best of 2019”. To bardzo zabawne, ekscytujące i pokręcone widowisko.


Marketing Na noże nosił slogan „Kryminał Riana Johnsona” i pamiętam, że byłem tym hasłem trochę zakłopotany - jego nazwisko nie jest obecnie brane za dobrą monetę, a na pewno nie ma siły przebicia w tym gatunku - jak dla porównania - „Kryminał Agathy Christie”. Jednak po seansie mogę powiedzieć tylko jedno. To jest kryminał Riana Johnsona i to najpewniej nie ostatni.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 5 February 2020

Playmobil: Film ★☆☆☆☆


W 2014 roku film Lego ukazał się nam zaskarbiając sobie powszechne uznanie krytyków i publiczności - oraz całkiem niezły zwrot z kas w wysokości pół miliarda dolarów. Następnie pojawiły się spin-offy (Lego Batman Movie, Lego Ninjago Movie), a także kontynuacja - Lego Movie 2: The Second Part - w 2019 roku. Seria stała się przemysłem wartym miliardy dolarów, więc naturalnym dla firm na całym świecie było drapanie się po głowie, próbując wymyślić, w jaki sposób mogą ukroić sobie swój kawałek z tego tortu. Pierwsza duża próba przyszła od niemieckiego Playmobil w Playmobil: Film. Ugh…


Aby uratować swojego zaginionego młodszego brata (Gabriel Bateman) z animowanego świata Playmobil, gdzie zaginął, uparta młoda kobieta (Anya Taylor-Joy z The Witch's) musi wyruszyć w ekscytującą przygodę z pomocą sojuszników Playmobil, Dela (Jim Gaffigan), kierowcy ciężarówki z sercem złota, i Rexa Dashera (Daniel Radcliffe), uprzejmego superszpiega.

Dorastałem z Playmobil. Prawdopodobnie nawet bardziej interesowałem się Playmobilami niż Lego. A jednak byłem zły i bardzo sceptyczny, kiedy tylko ogłoszono ten film - sam zwiastun pokazał, że nie ma szans, aby zbliżył się on do jakości filmu Lego, który również nas zaskoczył(nikt nie spodziewał się, że będzie dobry). Playmobil: Film jest tak samo zły, jak wyglądał na zwiastunach i jest obrazą dla kochanych przez dzieciaki zabawki. Nie mogę uwierzyć, że jest tak źle.

Podczas gdy film Lego składa się z rozmaitych żartów, odniesień do popkultury i zgrabnej ironii, Playmobil: film bardziej skupia się na przedszkolnym humorze i… cóż, o to chyba chodziło. Film jest pełnometrażową reklamą zabawek Playmobil i chociaż film Lego był prawdopodobnie pod tym względem podobny, przynajmniej miał serce i humor. Playmobil: Film jest po prostu zbyt skomercjalizowany i bezdusznie niszczy wyobrażenia dzieci.

Oprawa graficzna filmu jest przestarzała, tworząc animowany świat, który nie jest żywy. Podczas gdy postacie z filmu Lego były dopracowane, a film był dynamiczny, Playmobil: film jest zbyt gładką i pozbawioną tekstur wizją, która przypomina telewizję dla dzieci. To nie wygląda to ani trochę kinowo. Wydaje się to po prostu tanie, a animuje to francuskie studio ON Animation Studios - tak, ja też nigdy o nich nie słyszałem. Pomimo przyzwoitej pracy z głosem, szczególnie od zawsze cudownej Anyi Taylor-Joy, film jest wymuszonym, banalnym bałaganem, który wydaje się tak desperacki w celu powtórzenia uroku Lego Movie, że tak naprawdę wcale nie wysila się na jakikolwiek własny styl.


Biorąc to wszystko pod uwagę, nie mogę powiedzieć, że jestem zdumiony. Film do tej pory odnotował stratę w wysokości 60 milionów dolarów i nie wygląda na to, żeby na tym etapie zarobił znacznie więcej. Ten nieudany eksperyment polegający na próbie wkroczenia na filmowe terytorium upadł i na szczęście nie zapowiada się żeby ktoś silił się na dalsze próby.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl