Tuesday, 18 February 2020

The Outer Worlds ★★★★★


„The Outer Worlds” to najnowsza gra studia Obsidian, które zostało niedawno przejęte przez Microsoft i jeśli jest jedna rzecz, którą mogę powiedzieć na podstawie moich blisko 40 godzin w tym świecie, to jest to bardzo dobra inwestycja ze strony Microsoftu.

Akcja gry toczy się w odległej przyszłości, w której ludzkość kolonizuje inne światy w alternatywnych układach słonecznych, w której wcielamy się w postać, która znajdowała się na jednym z kolonizujących statków, który nieco się opóźnił (o 70 lat!). Musimy spróbować uratować zamrożonych towarzyszy i poznać prawdę o tym, co dzieje się w systemie Halcyon. Nie możemy jednak spowodować chaosu, bo w The Outer Worlds piękne jest to, że naprawdę możemy pokierować historię w różnych kierunkach, dokonując wyborów - co tu dużo mówić, możemy też po prostu zabić wszystkich i tyle.


Gra jest duchowym następcą „Fallout: New Vegas”, nad którym studio Obsidian pracowało wcześniej, ale z mniejszym rozmachem. W przeciwieństwie do „New Vegas” gra nie jest tak naprawdę otwartym światem, ale raczej szeregiem sandboxów, w których spotykamy z wieloma różnymi zadaniami do wykonania i łupami do znalezienia. Jest bardziej zbliżona do „Borderlands” i bardzo doceniana, ponieważ wydaje się być bardziej sesyjna, pod względem czasu, który z nią spędzamy - możemy stawiać małe kroki powoli każdego dnia, niezależnie od tego, czy będzie to rozwijanie historii, czy oczyszczanie kolejnego obszaru.

Trzon rozgrywki też jest zupełnie inny. Każdy obszar zaczyna się od głównego zadania, które rozgałęzia się na wiele innych, a te znowu są w jakiś sposób powiązane. Boczne historie w grze są wyjątkowe, a scenariusz jest doskonały. Napotkani towarzysze mają niesamowite historie, których nie sposób pominąć (podobnie jak w „Mass Effect”), a moją jedyną prawdziwą skargą dotyczącą gry jest to, że walka wydaje się nieco nie nadążać za innymi aspektami gry. Jest okej, ale nie zwali Was z nóg. Nie jest tak zabawna jak w „Fallout 4”, czy „Borderlands 3”. Jest trochę kulą u nogi tej świetnej produkcji, chociaż ma ciekawą mechanikę, w postaci zdolności do spowalniania czasu.

Jednym z moich ulubionych aspektów jest to, że nie jest to 100-godzinny moloch, co wprowadza odświeżającą zmianę. Gra jest zbudowana tak, aby była na tyle zróżnicowana w historii, by można go było podchodzić do niej wiele razy i mieć bardzo różne wyniki, jednak samo ogranie jej więcej niż raz zapewnia satysfakcjonujące doświadczenie. Wiele rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w gigantycznych grach RPG, zostało usuniętych, pozostawiając kolekcję naprawdę mięsnych, fabularnych zadań. To powiew świeżości w porównaniu z tyloma innymi grami, które próbują spakować jak najwięcej treści. Wszystko, co robimy w „The Outer Worlds” ma wpływ na otaczający nas świat, czasem w sposób, którego nie będziemy w stanie przewidzieć.


Nie prześpijcie jednej z najlepszych zachodnich gier RPG tej generacji, która nie tylko wydobywa co najlepsze z „Fallouta”, ale jest również tak wyjątkowa, że będziemy cierpieć, po każdym jej zakończeniu.


★★★★★
Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 16 February 2020

MediEvil ★★★☆☆


MediEvil to kolejna pozycja z Sony PlayStation, która została całkowicie przerobiona na konsole obecnej generacji. Jest kontynuacją serii niesamowitych (i dość trudnych) remake’ów „Spyro” i „Crasha Bandicoota”, czyli nowe „Spyro Reignited Trilogy” i „Crash Bandicoot N. Sane Trilogy”.


Pierwszą rzeczą, którą zauważycie, jest zaktualizowana grafika, już na pierwszy rzut oka znacząco różniąca się od oryginału. Ten styl doskonale pasuje do tej gry, a całość jest dobrze zoptymalizowana - nie miałem żadnych problemów z płynnością gry, co obecnie, pod koniec generacji, nie jest już takie oczywiste.


W grze wcielamy się w Sir Daniela Fortesque, który został sprowadzony do krainy żywych, aby pozbyć się z Gallowmere złego Zaroka i jego hord równie złych stworów. Historia naprawdę nie ma o czym opowiadać i jest jedynie tłem dla tego, co będziemy robić w grze. Rozgrywka polega na przechodzeniu przez różne poziomy w Gallowmere, wybierane z mapy świata, w których będziemy korzystać z szerokiej gamy broni, aby zabić każdego demona na swojej drodze. Nie macie broni? Użyjcie ręki. Wyrwijcie i wymachujcie. Działa całkiem nieźle

Głównym problemem, jaki mam z tym tytułem i zarazem wszystkimi tego rodzaju remake'ami, są próby odtworzenia oryginalnych mechanik, które nie pozostawiają wiele miejsca na innowacje. Przykładowo, jeśli graliście w wersję na PS1, to wiecie, że kamera zachowuje się tam okropnie, zwłaszcza kąt z jakiej obserwujemy naszą postać i niestety wciąż jest to bardzo obecne w remake'u. Jest tu nowa opcja, kamera „za ramieniem”, ale frustracja związana z niemożnością dojrzenia tego, co chcemy widzieć, wciąż budzi emocje.

Ten format remake'u prowadzi również do braku nowych treści, co oznacza, że ​​kiedy nostalgia się skończy, gramy już w grę, którą kiedyś już ukończyliśmy(co jest w porządku, ale fajnie jest też mieć kilka niespodzianek). Osobiście mam nadzieję, że w końcu, któraś z odnowionych gier będzie wydawana z nowymi poziomami i dodatkową treścią, aby było to  bardziej opłacalne dla starych fanów.


Być może problemem nie jest gra lub format - być może prawdziwym problemem jest to, jak my, gracze, reagujemy na takie gry. Myślę, że wielu z nas nosi te różowe okulary, jeśli chodzi o gry, które tak bardzo kochaliśmy od dzieciństwa i młodości, co sprawia, że być może nieumyślnie stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko, jeśli chodzi o ich odnowione wersje. Nostalgia nie załatwi całej roboty, a gra taka jak „MediEvil”, która ma słabo rozbudowaną walkę i mechaniki, może nigdy nie wydawać się tak cudowna jak za pierwszym razem - nawet z ulepszoną grafiką.

Jeśli graliście w początkowe wydanie kilkadziesiąt lat temu i chcecie ponownie rozbudzić w sobie pasję do gry, z pewnością poleciłbym Wam odnowione MediEvil. Jeśli kupicie grę, nie spodziewajcie się jednak, że będzie tak zróżnicowana pod względem rozgrywki i mechanik, jak gry obecnej generacji, bo na pewno się rozczarujecie.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 13 February 2020

Dragon Ball Z: Kakarot ★★★★☆


DBZ: Kakarot to dla mnie bardzo interesująca produkcja, głównie ze względu na klasyczne anime, na którym się opiera i było ono ważną częścią mojego dzieciństwa. W każdą sobotę rano bardzo wyczekiwałam kolejnego odcinka i zarazem kolejnej potyczki sił zła z najpotężniejszymi wojownikami. Do tego spędziłam sporo czasu czytając mangę za pośrednictwem Shonen Jumpa.


„Dragon Ball Z: Kakarot” obiecywał, że będzie doskonałym ARPG, jednym z moich ulubionych gatunków gier, więc można śmiało powiedzieć, że moje oczekiwania były wysokie. Problem polega na tym, że zawsze istnieje szansa na rozczarowanie… Niestety, jeśli chodzi o rozgrywkę, to właśnie tak się tutaj stało.

W grze jest naprawdę wiele do zrobienia, walka, wędkarstwo i eksploracja dużych (troszkę pustych) sekcji otwartego świata. Tak naprawdę nic nie wydaje się szczególnie kuszące, szczególnie jeśli chodzi o poboczne zadania, które są w większości najprostszymi opowieściami wykorzystywanymi tylko do zdobywania kolejnych poziomów. Jeśli lubicie grind to nie jest źle, ale jeśli szukacie solidnego budowania historii i postaci, to nie jest kolorowo. Moje ulubione gry zwykle wplatają zadania poboczne w fabułę, uzupełniając wszystko, co dzieje się w zadaniu głównym i budując otaczający ich świat w miarę postępów.

Z drugiej strony główna historia jest tak spektakularna, jak zapewne pamiętacie z anime. Każda saga jest podzielona na sekcje, każda po około 10 godzin, od sagi Saiyan aż do niesławnej sagi Buu. Nie ma potrzeby znać fabuły, jednak jeśli oglądaliście anime lub czytaliście mangę to poczujecie przyjemną nostalgię. Fabuła prezentuje się w tym formacie bardzo dobrze, a walki towarzyszą przerywnikom filmowym, zapewniając fajną równowagę. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że historia ​​jest tak dobra, że rekompensuje braki po stronie ARPG.

Mówiąc szczerze, gra jest bardziej przygodówką grą niż RPG. Większość XP pochodzi z wielkich walk fabularnych i nigdy nie czułam, że potrzebuję grindować misje poboczne lub inne aktywności. Jeśli jednak chcecie odkryć więcej i walczyć z ukrytymi bossami warto się w nie mimo wszystko zagłębić. W trakcie gry wcielamy się w wiele postaci, w zależności od tego, na jakim etapie historii jesteśmy, co pomaga uwzględnić śmierci bohaterów i ich powroty w głównych wątkach fabularnych.

Grafika jest prawdopodobnie najlepszą częścią gry, ponieważ naprawdę przypomina anime. Podobało mi się odkrywanie świata i znajdowanie wszystkich tajemnic, które miał do zaoferowania - zwłaszcza przeczesywanie zakamarków miast - coś, czego nie widać zbyt często w anime. Nawet po napisach końcowych nadal chciałam odkrywać i mam nadzieję na kontynuację obejmującą „Dragon Ball Super”, najnowsze anime z serii „Dragon Ball”.


Jeśli jesteście fanami „Dragon Ball Z”, pokochacie tę grę. Jeśli nie jesteście, ale uwielbiacie dobre historie, będzie równie dobrze, jednak nie spodziewajcie się wiele od rozgrywki, czy elementów RPG, ponieważ tak naprawdę gra nie wnosi nic nowego do tego co już znamy w tym gatunku.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 11 February 2020

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie ★★☆☆☆


Na początku powinienem zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz: nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Nie, że jestem jakimś przeciwnikiem - wręcz przeciwnie, widziałem każdy film w tej sadze i śledziłem ją od dziecka. Jednak nie cenię tej serii na tyle, na ile zapewne wielu z Was. Jestem raczej neutralny. Równie ważne jest też to, że nie zraził mnie Ostatni Jedi. Jak by to nie wyglądało, odhaczyłem wszystkie filmy Star Wars… dla zasady. Wiem, wiem - jestem idiotą…


Mając to na uwadze, w jaki sposób Skywalker Odrodzenie wypadło w moich oczach? Oczywistym jest, że ta recenzja będzie zawierać niewielkie spoilery, więc ostrzegam tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli.

Jako ostatni wpis w „Sadze Skywalker”, Odrodzenie z pewnością ma wiele do naśladowania - a dokładnie ujmując - 8 filmów. Na początek mamy typowo bardzo prostą fabułę z Gwiezdnych Wojen, która przyniesie kilka niespodzianek. Gdy Rey (Daisy Ridley) kończy szkolenie na Jedi, niebezpieczeństwo wstaje z popiołów, gdy zły Emperor Palpatine (Ian McDiarmid) tajemniczo powraca z martwych. Nasza bohaterka ponownie łączy siły z Finnem (Johnem Boyegą) i Poe (Oscarem Izaakiem) i wyrusza w ostatnią przygodę, która może zadecydować o losie galaktyki.

Ta dość nieoczekiwana narracja wiąże się z największą porażką filmu - jest po prostu zbyt przewidywalna i po prostu niezgodna z koncepcją wybuchowej kulminacji, której się spodziewaliśmy. Ostatecznie film jest zbyt bezpieczny, stając się raczej miernym epilogiem niż wielką kulminacją. Nie oznacza to, że film jest całkowicie pozbawiony pozytywów. Sceny Kylo Rena (Adam Driver) i Rey nadal reprezentują trzecią trylogię w sadze, przedstawiając jedne z najlepszych i najbardziej przejmujących scen, podczas gdy nowo przybyły Richard E. Grant oferuje kradnący całą uwagę występ generała pierwszego Pryde'a. Wybuchowa grafika tego filmu oferuje także wiele emocji na dużym ekranie, podczas gdy John Williams oferuje kolejną fenomenalną partyturę, która ugruntowuje go jako prawdziwego MVP Sagi Skywalker.


Jednak w Gwiezdnych wojnach: Skywalker Odrodzenie zło przeważa nad dobrem, czy raczej wady nad zaletami. Przede wszystkim największym problemem filmu jest powrót cesarza Palpatine'a. Określany przez niektórych krytyków jako „leniwe, narracyjne oszustwo”. Dziwny powrót Palpatine'a do sagi jest wymuszony i pozbawiony jakiejkolwiek logiki, poza tym, że daje sadze wielkie zakończenie - przywracając przeciwnika z oryginalnej trylogii jako ostatecznego przeciwnika dla Rey. Chociaż Ostatni Jedi był krytykowany za odejście od formatu całej franczyzy, uważam, że z tego powodu zostanie uznany za jeden z najlepszych. Miał swoje momenty. Skywalker Odrodzenie nie. To wszystko.

Ostatecznie Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie nie ma pasji Przebudzenia Mocy i innowacyjności Ostatniego Jedi, czego zwieńczeniem jest film, który wydaje się niczym więcej niż tylko zakończeniem luźnych wątków. Film jest rozczarowująco nijakim i frustrująco nużącym wpisem do ukochanej sagi, która niestety kończy opowieść Skywalkera smutną nutą.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 10 February 2020

Rambo V ★★☆☆☆


W najnowszej odsłonie długiej serii filmów Sylvester Stallone znów eksploduje na dużym ekranie w rzekomo ostatnim filmie jednej z jego najbardziej znanych serii. 11 lat odkąd Sly posługiwał się nożem, Rambo V podąża za tytułowym bohaterem, który wyrusza w podróż do Meksyku, aby uratować swoją siostrzenicę, która została porwana przez barbarzyński kartel. Kiedy usiłuje pogodzić się z wieloma demonami swojej przeszłości (tj. wszystkim co zrobił w częściach 1-4), Rambo musi ponownie obudzić w sobie maszynę do zabijania, po raz ostatni marnując czas na niekończącą się hordę bezimiennych zbirów.


Po pierwsze - i co najważniejsze dla Was, fanów Rambo - “piątka” to krwawa masakra od deski do deski, która robi więcej niż trzeba, aby dostać klasyfikację 18+ BBFC. Pokazana tutaj rzeź jest makabryczna, wykańczająca i czasami niekomfortowa do oglądania, co sprawia, że ​​oglądanie nie jest ani zabawne ani ekscytujące, a w prawdzie nawet dość niepokojące. Podczas gdy odrobina przesadnej przemocy na ekranie może czasami zapewnić humorystycznie przesadzone i zabawne wrażenia kinowe, tutaj jest to po prostu niepokojąca. Kiedy ton filmu jest tak poważny i ciemny, przemoc na tym poziomie nie wydaje się ani trochę przystępna.

Co więcej, film jest zacofany w swoim stereotypowym przedstawieniu Meksyku - jaki i zarazem w przedstawieniu Latynosów - jako niewiele więcej niż przemoc, przestępczość i narkotyki. Ogromne stereotypy są tutaj czymś, co dawno powinno umrzeć w dziełach kinowych, a trudno jest to przełknąć, kiedy mamy kogoś takiego jak Stallone, który powinien wiedzieć, jak trudny może być to temat. Ksenofobia jest tutaj wyjątkowo przestarzała i denerwująca, a czasami nawet nastręcza się nam pod postacią „białego wybawiciela”.

Na poziomie narracyjnym “piątka” nie wkracza na żadne nowe wody. Pomimo prób wprowadzenia egzystencjalnych motywów do filmu, poprzez ujęcia Rambo żyjącego cicho na swoim ranczu, Stallone nie jest w stanie wynieść tej roli, na poziom, w którym bohater nie wydawałby się płaski jak postacie w Contrze. Podobnie jak w przypadku każdego z jego ostatnich filmów, wiemy, że oglądamy Sylvestra Stallone - to co gra, jest zupełnie nieistotne. Może to być Rambo, Rocky lub Barney Ross - na jedno wychodzi…


Koniec końców to jednak film Rambo, więc nie sądzę, że przeciętni widzowie będą mieć problemu z powodu przekłamań kulturowych i na pewno nie przejmą się nadmierną przemocą. Jak na film o Rambo, zgaduję, że wypada całkiem nieźle. Trudno krytykować go za bycie dokładnie tym, co jest napisane na okładce, bo tak się składa, że już okładka informuje nas, że to “Chłam”.

Wiemy czego się spodziewać po Rambo i chociaż seria nie nadąża za duchem czasu, wieloletni fani uzbrojonego w nóż jednoosobowego wojska z pewnością będą zachwyceni tą niepokojącą rzezią, dla której, mam nadzieję, to już rzeczywiście koniec. Chociaż nie liczyłbym na to. W końcu Sylvester Stallone już wyraził zainteresowanie powrotem do tej roli w najbliższej przyszłości. Boże, dopomóż nam.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 9 February 2020

Na noże ★★★★☆


Biedny Rian Johnson. Pomimo portfolio, które obejmuje kultowe klasyki, takie jak Brick i Looper, oraz trzy najlepsze odcinki Breaking Bad (w tym „Ozymandias”, prawdopodobnie najlepsze co się przydarzyło telewizji), facet jest niemal powszechnie nienawidzony za pracę nad Gwiezdnymi wojnami: Ostatni Jedi. Nie jestem szczególnie dobrze zaznajomiony z uniwersum Gwiezdnych Wojen - nawet nie widziałem Ostatniego Jedi - ale mam szacunek do ludzi, którzy pracują przy produkcjach filmowych z uniwersów o tak agresywnym gronie odbiorców. Wygląda na to, że nie da się wygrać tej wojny. Kiedy więc jego najnowszy film miał swoją premierę na londyńskim festiwalu filmowym w październiku, CeX był pierwszy w kolejce, aby wesprzeć tego wielkiego człowieka.


Film napisany i wyreżyserowany przez Johnsona jest opisywany jako „współczesne podejście” do gatunku morderstwa. Mrocznie przezabawny i gwałtowny jak bójka w bramie, film na którym Agata Christie śmiała się z zachwytu, Na noże podąża za detektywem, który udaje się do bujnej posiadłości, by przeprowadzić wywiad z dziwacznymi krewnymi patriarchy, który zmarł podczas 85. urodzin. Podejrzewając przekręt, nikt z dysfunkcyjnej rodziny nie jest bezpieczny przed jego pytaniami. Oto dwie kręte i pełne emocji dwie godziny pełne tajemnic, dźgnięć w plecy i jednych z najśmieszniejszych dialogów roku.

Z zespołem, za którym można by iść na koniec świata (Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Shannon, Don Johnson i wielu innych), Na noże jest pełne aktorstwa na najwyższym poziomie. Jednak z każdym filmem zorganizowanym wokół takiego zespołu pojawia się odwieczny problem zbyt wielu postaci w zbyt krótkim czasie. Chociaż niektóre z nich są słabo rozwinięte podczas 130-minutowego seansu, nie wystarczy to by odwrócić to uwagę widza od jakości filmu. Genialnie prowadzony przez zabawny i szybki scenariusz Johnsona, pełny histerycznych dialogów i szokujących zwrotów akcji, które sprawiają, że oglądanie jest niczym innym jak świetną rozrywką.

Rian Johnson udowadnia, że ​​jest absolutnym mistrzem Na noże, wywracając motyw morderstw do góry nogami. W rezultacie film jest nieprzewidywalny i zdystansowany, wprowadzając bardzo potrzebną oryginalność w ten wymęczony gatunek. Nie pamiętam ostatniego z takich filmów, ponieważ zazwyczaj nie pozostawiają trwałego wrażenia. To szybki przebój tajemnic i emocji. Na noże może stać się kultowym klasykiem. Niemal na pewno pojawi się na wielu listach „Best of 2019”. To bardzo zabawne, ekscytujące i pokręcone widowisko.


Marketing Na noże nosił slogan „Kryminał Riana Johnsona” i pamiętam, że byłem tym hasłem trochę zakłopotany - jego nazwisko nie jest obecnie brane za dobrą monetę, a na pewno nie ma siły przebicia w tym gatunku - jak dla porównania - „Kryminał Agathy Christie”. Jednak po seansie mogę powiedzieć tylko jedno. To jest kryminał Riana Johnsona i to najpewniej nie ostatni.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 5 February 2020

Playmobil: Film ★☆☆☆☆


W 2014 roku film Lego ukazał się nam zaskarbiając sobie powszechne uznanie krytyków i publiczności - oraz całkiem niezły zwrot z kas w wysokości pół miliarda dolarów. Następnie pojawiły się spin-offy (Lego Batman Movie, Lego Ninjago Movie), a także kontynuacja - Lego Movie 2: The Second Part - w 2019 roku. Seria stała się przemysłem wartym miliardy dolarów, więc naturalnym dla firm na całym świecie było drapanie się po głowie, próbując wymyślić, w jaki sposób mogą ukroić sobie swój kawałek z tego tortu. Pierwsza duża próba przyszła od niemieckiego Playmobil w Playmobil: Film. Ugh…


Aby uratować swojego zaginionego młodszego brata (Gabriel Bateman) z animowanego świata Playmobil, gdzie zaginął, uparta młoda kobieta (Anya Taylor-Joy z The Witch's) musi wyruszyć w ekscytującą przygodę z pomocą sojuszników Playmobil, Dela (Jim Gaffigan), kierowcy ciężarówki z sercem złota, i Rexa Dashera (Daniel Radcliffe), uprzejmego superszpiega.

Dorastałem z Playmobil. Prawdopodobnie nawet bardziej interesowałem się Playmobilami niż Lego. A jednak byłem zły i bardzo sceptyczny, kiedy tylko ogłoszono ten film - sam zwiastun pokazał, że nie ma szans, aby zbliżył się on do jakości filmu Lego, który również nas zaskoczył(nikt nie spodziewał się, że będzie dobry). Playmobil: Film jest tak samo zły, jak wyglądał na zwiastunach i jest obrazą dla kochanych przez dzieciaki zabawki. Nie mogę uwierzyć, że jest tak źle.

Podczas gdy film Lego składa się z rozmaitych żartów, odniesień do popkultury i zgrabnej ironii, Playmobil: film bardziej skupia się na przedszkolnym humorze i… cóż, o to chyba chodziło. Film jest pełnometrażową reklamą zabawek Playmobil i chociaż film Lego był prawdopodobnie pod tym względem podobny, przynajmniej miał serce i humor. Playmobil: Film jest po prostu zbyt skomercjalizowany i bezdusznie niszczy wyobrażenia dzieci.

Oprawa graficzna filmu jest przestarzała, tworząc animowany świat, który nie jest żywy. Podczas gdy postacie z filmu Lego były dopracowane, a film był dynamiczny, Playmobil: film jest zbyt gładką i pozbawioną tekstur wizją, która przypomina telewizję dla dzieci. To nie wygląda to ani trochę kinowo. Wydaje się to po prostu tanie, a animuje to francuskie studio ON Animation Studios - tak, ja też nigdy o nich nie słyszałem. Pomimo przyzwoitej pracy z głosem, szczególnie od zawsze cudownej Anyi Taylor-Joy, film jest wymuszonym, banalnym bałaganem, który wydaje się tak desperacki w celu powtórzenia uroku Lego Movie, że tak naprawdę wcale nie wysila się na jakikolwiek własny styl.


Biorąc to wszystko pod uwagę, nie mogę powiedzieć, że jestem zdumiony. Film do tej pory odnotował stratę w wysokości 60 milionów dolarów i nie wygląda na to, żeby na tym etapie zarobił znacznie więcej. Ten nieudany eksperyment polegający na próbie wkroczenia na filmowe terytorium upadł i na szczęście nie zapowiada się żeby ktoś silił się na dalsze próby.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 3 February 2020

eFootball PES 2020 ★★★☆☆


Nigdy nie byłem fanem piłki nożnej. Jako dziecko nie znosiłem grania w szkole i nienawidziłem jej oglądać. Nienawidziłem chuligaństwa, do którego inspirowała ludzi i doprowadzało mnie to do szaleństwa. Wiem, jestem małostkowy, ale piłka nożna po prostu mnie denerwuje. Jednak nigdy nie miałem nic przeciwko graniu w gry związane z tym sportem. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jest coś pociągającego w ich prostocie.


Z każdym rokiem przynoszącym kilka nowych gier piłkarskich trudno jest recenzować nowe, ponieważ zasadniczo żaden z głównych mechanizmów nie będzie się różnić w nowszych częściach. Jedyne zmiany to lepsza grafika, nowi gracze, drużyny i boiska.


To powiedziawszy muszę stwierdzić, że rozgrywka w PES 2020 różni się od wcześniejszych części. PES 2020, bardziej przypominający grę metodyczną i strategiczną, nagradza powolną i przemyślaną grę, dając więcej czasu na manewry i celne strzały. Chociaż to cięższe i wolniejsze posługiwanie się zawodnikami - a nawet piłką - może początkowo być wstrząsające, po opanowaniu wydaje się całkiem ciekawe. Pokorni, utalentowani gracze będą mieli przewagę dzięki zwiększonemu skupieniu się na dokładniejszych podaniach, czy strzałach i systemie „Finezji”, który daje graczom większą kontrolę podczas zmagań jeden na jednego.

Nowe animacje również wynoszą PES 2020 na wyższą półkę, dzięki czemu sportowcy wyglądają naturalnie i ludzko, bez robotycznych ruchów, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Wizualnie PES 2020 wprowadza znaczne ulepszenia w stosunku do tego, do czego przywykliśmy w tej serii. Wprowadzenie kamery „Stadion” jest pierwszą rzeczą, którą zauważy każdy, kto kiedykolwiek grał w PESa. Detale są wspaniałe, dzięki czemu miejsca i tłumy naprawdę wydają się żywe zamiast tych zwykłych beztwarzowych hord i budynków z wypranymi teksturami, zwykle spotykanymi w grach FIFA i PES.

W PESie zwykle brakowało rozbudowanego trybu kariery - czegoś, w co grach sportowych powinno naprawdę robić wrażenie - PES 2020 wprowadza ulepszenia, dodając tryb Master League. Nie jest on bezbłędny, ale nowy manager jest ciekawym i świeżym dodatkiem. Tryb kariery pozostawia jednak wiele do życzenia. Słabo wypada również granie online, w którym nie ma nic nowego, a na pewno nic, co nie byłoby lepsze w Fifie zaprojektowanej właśnie wokół grania online.


Ogólnie rzecz biorąc, PES 2020 nie jest doskonałą grą piłkarską i jestem pewien, że przyszły rok przyniesie dalsze usprawnienia. Wciąż brakuje atrakcyjnego trybu dla jednego gracza i rozczarowuje tryb online. Więc czym ta gra jest? Wolniejszą i bardziej metodyczną strategią sportową dla tych, którzy naprawdę chcą intensywnie myśleć grając i poświęcą czas na naukę umiejętności, zamiast bezmyślnie naciskać przyciski kontrolera. PES 2020 nie spodoba się nikomu, kto nie lubi gier piłkarskich, ale dla tych, którzy podążają za tym gatunkiem, jest tu wiele do polubienia.

★★★☆☆
Sam Love

PES 2020 w CeX


Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 31 January 2020

Legend of Zelda: Link's Awakening ★★★★☆


Chociaż odnowione wersje filmów zawsze będą źródłem sporów i debat, to możemy się chyba zgodzić że odnowione gry to samo dobro. 9 na 10 razy remake gry zachowa wszystko, co uczyniło kultową produkcję taką, jaką była - jednocześnie aktualizując grafikę i rozgrywkę za pomocą nowoczesnych technologii, aby wprowadzić ją do obecnej generacji. W 1993 roku The Legend of Zelda: Link's Awakening trafiła na konsolę Nintendo Gameboy i była pierwszą z wielu przenośnych przygód Linka. Dziś, ponad 25 lat później gra została całkowicie odnowiona i trafiła na konsolę Nintendo Switch.


Oryginalny Link's Awakening wciąż trzyma się wyjątkowo dobrze, to bujna i dobrze zaprojektowana gra przygodowa - ponowna wizyta w celu przygotowania się do tej recenzji rozgrzała moje serce i napełniła mnie nostalgią - nowa wersja bierze wszystko, co zadziałało i poprawia to, w wyniku czego nam pozostaje czysta rozkosz. Z pewnością to jedna z dziwniejszych gier w uniwersum Zelda, ta przygoda jest wyjątkowa, ponieważ księżniczki Zeldy nawet tu nie ma. Mało tego, cała opowieść nie jest osadzona w Hyrule. Przygodę rozpoczynamy w momencie, w którym Link zostanie wyrzucony na brzeg na wyspie Koholint, dziwnym miejscu z masywnym jajkiem na szczycie góry, które jest głównym punktem orientacyjnym wyspy.

Pomimo tego dziwnego settingu sama rozgrywka wciąż jest bez wątpienia Zeldą. Oczekujcie walki z potworami, eksploracji lochów i rozwiązywania zagadek. Chociaż oryginalna monochromatyczna wersja z Gameboya nie była w stanie nadać wizualnego stylu, którego gra potrzebowała, to Switch zapewnia pięknie kolorową i kreskówkową “warstwę farby”. Zabawkowe wręcz postacie są urocze, a świat gry jest wypełniony świeżymi detalami i urokiem do tego stopnia, że wygląda to jak zupełnie nowa gra. Nadal pozbawiona dialogów, ale za to z partyturą oryginalnej gry, która została wiernie połączona z orkiestrą, aby brzmiała świeżo i nowocześnie.

Jednak najważniejsze w każdej zremasterowanej lub zremakeowanej grze jest - czy to nadal to samo? Na szczęście odpowiedź brzmi tak. Chociaż grafika została oczywiście całkowicie zmieniona, poziomy są bardzo wierne, a rozgrywka jest taka sama, z wyjątkiem kilku bardzo podstawowych zmian sterowania, ponieważ Switch ma znacznie więcej przycisków niż stary GameBoy! Dziwi mnie, ile poziomów pamiętałem z młodości, nawet patrząc na ich odnowioną wersję. Gra jest uroczo nostalgiczna i to cudowne doświadczenie od góry do dołu.


Jest to dość wymowne i na pewno wskazuje na jakość oryginalnej gry, gdy jedyną prawdziwą wadą tej wersji jest dodatek, którego w oryginale nie było. Chamber Dungeons to opcjonalna funkcja, w postaci narzędzia do projektowania lochów, która niestety wydaje się straconą szansą. Opcje są raczej ograniczone, a pokonanie lochów, które sami stworzyliśmy, jest dość nudnym przedsięwzięciem. Inne minigry obejmują powracające z oryginału łowienie ryb i chwytak, a także poboczną misję polegającą na zbieraniu muszli, która zachęca do eksploracji wyspy Koholint.

Na koniec dnia Link's Awakening to dokładnie to, co widać na okładce. Osoby zaznajomione z oryginalną grą z pewnością będą zachwycone świeżym wyglądem kultowej przygody, a nowicjusze tej sagi znajdą w niej cudownie ciepłe wprowadzenie do ukochanej serii. Ten tytuł sprawił, że znów poczułem się jak małe dziecko. Cudownie było wrócić do pierwszej przenośnej przygody Link 25 lat później.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at
Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 28 January 2020

Gemini Man ★☆☆☆☆


Od pierwszych występów w latach 90. i po zachwyceniu świata Bajerem z Bel-Air, Will Smith jest z pewnością jedną z największych gwiazd swoich czasów. W tej chwili przeżywa odrodzenie - jego ostatni występ jako Dżin w Aladynie Disneya wzbudził szczególne kontrowersje. Jednak najnowsza wizja reżysera Anga Lee Lee, Gemini Man, udowadnia, że być może świat ma go już dość. W Gemini Man gra nie jeden, ale dwóch Will Smithów i nadal oczekuje się, że produkcja straci do 60 milionów dolarów. Dlaczego film ma się tak źle?


Oryginalny pomysł z 1997 roku, Gemini Man, przeszedł przez proces twórczy trwający prawie 20 lat. Niestety, dla wszystkich zaangażowanych, nie warto było czekać. Po pierwsze, coś, co mogło być wyjątkową i oryginalną przesłanką w 97 roku, z pewnością nie jest nią dziś. Film wydaje się czymś, co widzieliśmy już sto razy...

Will Smith gra Henry Brogana, elitarnego zabójcę gotowego odłożyć broń i przejść na emeryturę po swoim 72 trafieniu. Jego plany zostają zmienione, gdy staje się celem tajemniczego agenta, który najwyraźniej jest w stanie przewidzieć każdy jego ruch. Ku swojemu przerażeniu dowiaduje się, że ściga go młodsza i szybsza wersja jego samego - grana także przez Willa Smitha, za czym stoi niezbyt udana technologia odmładzania. Tak, jeśli widzieliście Loopera, Logana lub Star Trek: Nemesis, to wiecie dokąd zmierzamy.

Podczas gdy podobna technologia odmładzania została wykorzystana w arcydziele Martina Scorsese'a, Irlandczyku z 2019, to efekty specjalnie stały na drugim planie zaraz za fenomenalną narracją, która pochłonęła mnie do tego stopnia, że ​​nawet nie zauważyłem efektu odmładzania. Jeśli o mnie chodzi, obserwowałem Roberta De Niro w średnim wieku. Tutaj bezsensowna i przewidywalna fabuła oznacza, że ​​wszystko, co zobaczycie, to często nienaturalne ruchy CGI Willa Smitha z gumową twarzą, pogarszane przez innowacyjne, ale rozpraszające 120 klatek na sekundę - niektóre kina były w stanie uruchomić film w tej wersji, co zapewniało nieprzyjemnie płynne wrażenia wizualne. Kevin Maher z The Times określił ten film jako „odstraszający estetycznie”, co z pewnością odzwierciedla dyskomfort związany z tym 120 minutowym seansem. Naprawdę można było źle się poczuć.


Gemini Man jest niestety jednym z tych filmów, w których nic się nie dzieje. Każdy z jego problemów byłby wystarczająco zły sam w sobie, ale za to mogliśmy mieć inne elementy, które by to nadrabiały. Na przykład złe CGI nie byłoby problemem, gdyby fabuła była dobra i odwrotnie. Tutaj nie ma pozytywów. Gemini Man to przesadzone CGI i banalna historia. Film utknął w latach 90. i dziś to niezwykle rozczarowujący, twór 20. lat pracy. Słaby wizualnie, niezbyt dobrze wykonany i źle napisany powinien był zostać w produkcji już na zawsze.


★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 26 January 2020

Blair Witch ★★☆☆☆


20 lat od premiery Blair Witch Project jest nadal powszechnie uważany za jeden z najbardziej wpływowych horrorów naszych czasów. Blair Witch, cieszący się dużą popularnością z popularyzacji rzadko używanej techniki filmowej, był ogromnym hitem - zarobił prawie 250 milionów dolarów przy budżecie zaledwie 60 000 dolarów. Film stworzył markę, w tym kontynuacje, powieści, komiksy, a teraz bardzo wyczekiwaną grę wideo. Blair Witch, stworzona przez zespół Bloober Team (najlepiej znany z cyberpunkowego Observera i serii Layers of Fear) i wydana przez Lionsgate Games.


Gra ma miejsce w tym samym uniwersum co filmy, w 1996 roku (krótko po zniknięciu obozowiczów oryginalnego filmu), razem z Ellisem, głównym bohaterem, podróżujemy do Maryland's Burkittsville Woods - domu Blair Witch. Dołączamy do poszukiwaczy zaginionego dziecka, wraz z wiernym psem Bulletem, szukając wskazówek w naszej wyprawie. Bullet, od pewnego czasu jeden z najlepszych psów w grach, jest dużym atutem. Potrafi wyszukiwać ważne przedmioty i podążać szlakami i reaguje, jeśli z wejdziemy z nim w interakcje. Tak, możemy go pogłaskać. To “good boy” nad “good boy’e” i jeśli jesteście podobni do mnie, prawdopodobnie poświęcicie więcej czasu na głaskanie go niż na postępy w grze. Z innych interesujących mechanik mamy stary dobry telefon komórkowy - który w określonych punktach ma sygnał i może być używany do wywoływania postaci w grze, możemy nawet grać w mini-gry, co z pewnością pozwala na bardzo potrzebną chwilę wytchnienia od upiornych koleżków z lasu.

Prawdopodobnie zastanawiacie się, w jaki sposób działa tu materiał Blair Witch - ponieważ bez niego ta gra równie dobrze mogłaby nie nazywać się Blair Witch. Taśmy, które można znaleźć we wspaniale zaprojektowanym i przerażającym lesie, można odtwarzać, aby zmienić świat gry - przykładowo w filmie mogą się otworzyć zamknięte drzwi i w ten sposób będziemy mogli przejść dalej. To interesująca mechanika, która tworzy innowacyjne i wszechstronne sekwencje zagadek, chociaż nie są one specjalnie trudne.


Gra w znacznym stopniu informuje nas, że jest całkowicie oparta na decyzjach i często ostrzega nas, że obserwuje nasze działania - w tym traktowanie Bulleta - i dostosuje się do naszego stylu gry. Chociaż istnieją pewne bardzo wyraźne momenty oparte na decyzjach, nie jest jasne w jaki sposób wpłyną one na wynik gry, ponieważ większość z nich wydaje się raczej liniowa. Relatywnie krótki czas gry - wydaje się, że ludzie kończą ją w ciągu 5-6 godzin - oznacza, że ​​powtórki są z pewnością opcją i gra zachęca do tego. Jednak przy takim, a nie innym, akcie końcowym i przytłaczającej fabule nie jest to szczególnie zachęcające.

Blair Witch to zwyczajny survival horror, który, choć może pochwalić się ciekawą mechaniką - szczególnie, futrzastym czworonożnym przyjacielem - nie robi nic bardzo innowacyjnego ani nowego w tym dość zmęczonym gatunku. Ogólnie rzecz biorąc, rozczarowuje i wydaje się nieco pochopną inwestycją mierzoną w fanów 20-letniego horroru. Unikać, chyba że jesteście fanami Blair Witch, desperacko wracającymi do Burkittsville Woods.


★★☆☆☆
Sam Love

Blair Witch w CeX


Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 24 January 2020

Joker ★★★★☆


Niewiele jest rzeczy na temat Jokera, o których jeszcze nie powiedziano. To prawdopodobnie jeden z najbardziej kontrowersyjnych i najbardziej podziwianych filmów dekady, który wywołał wielką dyskusję, jeszcze przed premierą, na temat zdrowia psychicznego, przemocy i relacji między nimi. Podczas pokazów na całym świecie było wiele zgłoszeń, a wojsko amerykańskie wydało notę dotyczącą bezpieczeństwa publicznego i prośby o pozostanie niezwykle czujnym po premierze filmu. Teraz, gdy zainteresowanie zaczyna słabnąć, a każdy krytyk stąd do Timbuktu dorzucił już swoje trzy grosze, rzućmy okiem na Jokera.


Personifikacja mema „forever alone”, nieudany komik Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) poszukuje kontaktu, gdy idzie ulicami miasta Gotham. Walcząc z mimowolnym śmiechem, Fleck jest ofiarą niemal ciągłego znęcania się nad mieszkańcami Gotham, a jedyną pociechę znajduje w zaniedbanym mieszkaniu, które dzieli z chorą matką. Wyobcowany, zastraszany i lekceważony przez społeczeństwo, Fleck zaczyna powoli pogrążać się w szaleństwie, stając się kryminalistą, Jokerem.

Po pierwsze, a na pewno najważniejsze, nie ma słów na opisanie pracy Phoenixa. Aktorskie arcydzieło to określenie nie będące nawet blisko oddania tego występu. Oprócz utraty 23 kilogramów wagi dla tej roli, na planie Phoenix daje z siebie absolutnie wszystko. To jest praktycznie jego film, jako że pojawia się w prawie każdej klatce - i przyciąga uwagę publiczności, w każdej sekundzie coraz bardziej pogrążając się w szaleństwie. Od lat jestem fanem Phoenixa i wydaje mi się, że jest to rola, dla której się urodził. Jeśli nie wyjdzie z gali z nagrodą Akademii dla najlepszego aktora, to świat widocznie nie jest go wart.

Film jest absolutnie oszałamiający. Brudne, zimne Gotham jest żywą, oddychającą scenerią dla filmu i postacią tak samo jak Joker. Nigdy wcześniej miasto pełne przestępczości nie było tak żywe i tak niebezpieczne na ekranie, kreowane przez operatora Lawrence'a Shera i fenomenalnie podkreślająca klimat muzykę Hildura Guðnadóttira. Todd Phillips jest równie wspaniały - nieźle jak na faceta, który wyreżyserował trylogię Kac. Tempo jest intensywne i utrzymuje stałe poczucie przerażenia, którego kulminacją jest wstrząsająca sekwencja Murraya Franklina (świetny występ Roberta De Niro).


Jednak Joker nie jest idealny. Mimo że widocznie wzorowany na pracach Martina Scorsese (szczególnie Taxi Driver i The King of Comedy), film często wychodzi poza hołd i wydaje się niemal tworem wtórnym. Niektóre potencjalnie szokujące momenty filmu były zabijane przez fakt, że czułem się tak, jakbym widział je wcześniej w tych wcześniejszych (i lepszych) filmach Marty'ego. Co więcej, niektóre recenzje filmu dotyczące przedstawiania przemocy są uzasadnione. Chociaż film nie pochwala działań morderstwa Flecka, gdy ten zmienia się w super złoczyńcę, to jednak nie potępia ich. Śledzimy jego gwałtowny wzrost i transformację, ale film nigdy nie przestaje pytać, czy jego działania są w porządku (oczywiście nie są). Istnieją też inne problemy, ale różnią się one w zależności od odbiorcy. Gdy oglądałem go po raz drugi, poszedłem z moim przyjacielem, który absolutnie uwielbiał film i nie mógł znaleźć żadnej skazy. To magia kina.

Chociaż Joker nie jest „filmem roku” ani „arcydziełem”, niektórzy go tak opisują, z pewnością znajdzie się w TOP 5. Ten intensywny i niepokojący film jest jednym z najbardziej realistycznych przedstawień szaleństwa i morderstwa, jakiego kiedykolwiek byłem świadkiem i wyszedłem z kina, czując się nie podniecony, ale zaniepokojony. To były wstrząsające i niekomfortowe dwie godziny, z naprawdę mistrzowskim (i przerażającym) trzecim aktem. Pochwalam wszystkich zaangażowanych w to, że film został nakręcony i wydany przez tak ogromne studio - to tak naprawdę studium postaci niezależnych, przebrane za komiksowy przebój. Ale tym lepiej dla niego.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 21 January 2020

Upiorne opowieści po zmroku ★★★☆☆


W latach 1981–1991 autor Alvin Schwartz i ilustrator Stephen Gammell przerażali młodzież serią książek „Upiorne opowieści po zmroku”. Począwszy od 2017 r. książki sprzedano łącznie w liczbie ponad 7 000 000 egzemplarzy i pojawiły się na wielu listach bestsellerów, nie wspominając już o tym, że zostały okrzyknięte „kamieniem węgielnym generacji”. Niektóre grupy rodziców oraz grupy społeczne twierdziły, że są one nieodpowiednie dla dzieci, ponieważ z pewnością są straszniejsze niż na przykład Gęsia Skórka. Koszmarne ilustracje z Gammell oraz tematy morderstwa, kanibalizmu i oszpecenia zostały nazwane „odpychającymi” i „chorymi” - ale nie tu ma czegoś takiego jak zła reklama, ponieważ seria nadal sprzedaje się do dziś - a teraz Hollywood wtopiło swe pazury w…

Adaptację na dużym ekranie, wyreżyserowaną przez André Øvredala Trollhuntera, która jest zaskakująco skutecznym szokerem.

Cień rodziny Bellowsów pojawiał się w małym miasteczku Mill Valley od pokoleń. W zniszczonej rezydencji młoda Sarah Bellows zamienia swoje udręczone życie i okropne sekrety w serię przerażających historii, które działają jak urządzenie do kadrowania, pozwalające przekształcić kilka tytułowych „przerażających historii” w jeden film. Te upiorne opowieści wkrótce staną się zbyt realne dla grupy niczego nie podejrzewających nastolatków, którzy natkną się na straszny dom Sary. Na szczęście film nie jest skonstruowany jako film antologiczny - zamiast tego każda z historii ożywa w trakcie przygody jednej grupy bohaterów. Co zaskakujące, wszystkie role są właściwie dobrze napisane i fajnie wykonane, nadając filmowi dodatkowy poziom jakości podobny do niedawnej adaptacji IT. Horror zawsze jest bardziej skuteczny, jeśli przywiążemy się do postaci.

Producent Guillermo del Toro opowiedział się przeciwko formatowi antologii, stwierdzając na Comic-Conie w 2019 r., że „filmy w antologii są zawsze tak złe, jak najgorszy z nich i nigdy nie są tak dobre jak najlepszy”. Z del Toro działającym w roli producenta wiecie, po co przychodzicie do kina - straszne, gotyckie dreszcze. Z pewnością są dostarczane w obfitości; ta kinowa adaptacja kultowych historii z pewnością ma wstrząsające wizualnie momenty. W opowieściach czai się przerażenie i dyskomfort, ale mam tego jedno zastrzeżenie. Podobnie jak prawie wszystkie współczesne horrory, film zawodzi z nadmiernym poleganiem na jump scare’ach, które szkodzą ogólnemu doświadczeniu i przerażeniu. Na koniec dnia jest to adaptacja książki dla dzieci, więc groza nie będzie tak intensywna, jak w przypadku doroślejszego kina. Upiorne opowieści są bramą do gatunku horroru dla młodszych widzów, tworząc skuteczny horror, który może być łagodny pod względem brutalności i przemocy, ale z pewnością jest pełen strachu.

Upiorne opowieści, znacznie przewyższają, pod względem grozy, Gęsią Skórkę z udziałem Jacka Blacka, które są oczywiście skierowane do jeszcze młodszej publiczności, pokazuje to jednak, że horror może być dostępny dla młodszych odbiorców. Ponownie udowadniając, że skrzypiące deski podłogowe i ciemne korytarze są bardziej przerażające niż bestie z CGI i jump scare’y, ta tradycyjna forma zapewnia przyjemną zabawę - nawet jeśli CGI i jump scare’y tak czy inaczej się pojawiają. Ogólnie rzecz biorąc, jest to naprawdę dobre wprowadzenie do horroru dla młodszych odbiorców, ale wciąż jest tu wystarczająco dużo grozy, aby bawili się również starsi i bardziej wymagający fani horrorów. W upiornych opowieściach każdy ma coś do powiedzenia, a jeśli to dopiero początek nowej serii horrorów, jestem podekscytowany, widząc, co możemy dostać w części 2.


★★★☆☆
Sam Love


Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 20 January 2020

Zombieland: Double Tap ★★★★☆


Późne kontynuacje są zawsze ryzykowne. Jeśli chce się zarobić na sukcesie filmu, trzeba szybko wydać sequel, dopóki zainteresowanie jest nadal wysokie. Taki był cel Zombieland: Double Tap, a o kontynuacji mówiono jeszcze przed premierą pierwszej części, która została wydana około 10 lat temu. Jednak projekt zamarł w rozwoju i wydawało się pewne, że nigdy nie dostaniemy kontynuacji - pomimo recenzenckiego i komercyjnego sukcesu oryginalnego filmu z 2009 roku.

Po 10 latach czterech głównych członków obsady znów zagrało razem w mocno spóźnionej kontynuacji. Od czasu pierwszego filmu Emma Stone została laureatką Oscara, podczas gdy Eisenberg był nominowany w 2010 roku do The Social Network, więc miło jest widzieć, że wrócili do swoich korzeni w Double Tap. Kontynuacja rozpoczyna się dziesięć lat po tym, jak nasza dysfunkcyjna rodzina od zabijania zombie osiedliła się w Białym Domu. Kiedy Little Rock (Abigail Breslin) ucieka z pacyfistą do hipisowskiej osady, gang - Tallahassee (Woody Harrelson), Columbus (Eisenberg) i Wichita (Stone) - wyrusza w podróż, by ją chronić, gdy zombie ewoluują i stają się mądrzejsze, szybsze, i pozornie niezniszczalne.


Zombieland: Double Tap to trudny do zrecenzowania film bez jednoczesnego omawiania pierwszego filmu, ponieważ kontynuacja jest naprawdę bardzo podobna. Jak zawsze samoświadomy z dystansem do siebie - rozpoczyna się lektorem Kolumba, dziękując publiczności za ponowne wybranie Zombieland, pomimo wielu opcji dostępnych obecnie w zatłoczonym gatunku zombie - film jest pełen referencji i gagów skonstruowanych wokół The Walking Dead („całkowicie nierealistyczne”) i Dawn of the Dead, między innymi. Scenografia akcji uległa poprawie, a ostateczne starcie było całkowicie przesadzone i przepompowane. Dystans jaki film ma sam do siebie i zuchwałe podejście do materiału pokazuje jednak, że ​​absurdalne działania wydają się właściwe - podobnie jak ciągła komiczna przemoc. Spodziewajcie się wielu dekapitacji, eksplodujących czaszek i rozczłonkowań.

Podobnie jak w przypadku pierwszego filmu, główną atrakcją nie jest akcja, czy przemoc. Jest nią chemia między czterema głównymi postaciami, która, na szczęście, jest nadal nienaruszona. Podczas gdy Abigail Breslin zmieniła się najbardziej - miała zaledwie 13 lat w pierwszym filmie i ma 23 w drugim. Zachowanie jej z pewnością pozostawia najwięcej do życzenia, ale trudno powiedzieć, czy to dlatego, że dostała właściwie najsłabszy materiał. Jako zakochana Little Rock, jedyne, co naprawdę może zrobić, to ślepo podążać za obiektem swojej miłości (Avan Jogia). Harrelson, Eisenberg i Stone czują się jednak tak, jakby żyli Zombielandem przez cały ten czas, a ich chemia i postacie ożyły na nowo. Double Tap jest znacznie zabawniejszy niż pierwszy film, a Tallahassee Harrelson ponownie udowadnia, że ​​jest jedną z najlepszych, najśmieszniejszych i najgorszych postaci w całym podgatunku zombie. Bardzo chciałbym zobaczyć, jak przeciwstawia się Szeptaczom…


Zombieland: Double Tap nie jest arcydziełem pod żadnym względem, ale świetnie się na nim bawiłem. Nie wiem, czy to z powodu ślepej lojalności i nostalgii, czy też naprawdę podobał mi się film. Tak czy inaczej, robi wszystko, co powinna robić kontynuacja - rozwija i ulepsza to, co sprawiło, że pierwszy film był świetną zabawą, pozostając wiernym swoim korzeniom. Double Tap to świetna zabawa.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 18 January 2020

Contra: Rogue Corps ★☆☆☆☆


„Contra: Rogue Corps” to zdecydowanie to, co nazywamy powiewem przeszłości. Gra jest bezpośrednią kontynuacją „Contry 3” i osadzona jest w miejscu zwanym Damned City, gdzie po raz kolejny zmierzymy się z inwazją kosmitów, strzelając we wszystko, co się rusza. To dość standardowa fabuła dla strzelanek z minionych pokoleń, ale szczerze mówiąc, nie jestem pewna, do kogo ta gra jest tak naprawdę skierowana. Większość młodych graczy prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszała o „Contrze”, a powrót do starszych gier, aby dowiedzieć się więcej, jest dość trudny, chyba że macie dostęp do znacznie starszych konsol.


Jest to gra typu twin-stick shooter, z trybem dla jednego gracza i kooperacją - zarówno w trybie online, jak ‘kanapowym’, co bardzo się ceni, ponieważ obecnie niewiele gier ma taką możliwość. Kanapowy co-op to według mnie znakomita alternatywa dla współpracy online i jest to element, który niestety zanika w obecnej generacji.

Chciałabym wspomnieć tu coś o fabule gry, ale niestety to nic więcej niż tło… Pretekst do zabicia setek kosmitów. Wiele więcej wysiłku mogło zostać włożone w ten aspekt gry, by mimo wszystko bardziej odróżnić się i poprawić względem gier sprzed dziesięcioleci. To prawda, że w oryginalnych grach historia nie była potrzebna (ponieważ często tak właśnie było ze zwykłymi strzelankami), ale obecnie ta wymówka już nie działa - szczególnie w dobie odbiorców, którzy pragną emocji i wciągającej fabuły.

To prowadzi do mojego drugiego problemu z „Contra: Rogue Corps” - bez intrygującej historii, gra musi to nadrobić gdzie indziej, ale tak się nie dzieje. Twin-stickowy charakter pierwowzoru oznacza, że ​​elementy sterujące muszą mieć proste i dopracowane podstawy, jednak przez większość czasu sterowanie wydaje się ślamazarne i dziwne, więc w trakcie 20-godzinnej kampanii gra nie jest zbyt miłą przygodą. Nadużywane wciąż tekstury zaśmiecają ekran i nic tak naprawdę nie wyróżnia się graficznie.


Co ciekawe, w grze nie ma jako takiej amunicji, a jest za to system przegrzania broni. Będziemy mieć czas na strzelanie, a potem chwilę wymuszonej pauzy, podczas, której musimy unikać ataków wrogów i zwabiać ich do siebie, aż broń nie będzie znowu gotowa. Na początku jest okej, ale radzenie sobie z tym przez dłuższą chwilę staje się frustrujące i prowadzi do poczucia, że gracz spędza więcej czasu na czekaniu, niż na zabijaniu adwersarzy.

W uczciwości wobec twórców napiszę, że najwyraźniej próbowali stworzyć i wprowadzić nowe pomysły do gry, aby była to ciekawa opcja w 2019 r., jednak elementy nie łączą się w zgraną całość i ciężko zapewnić doświadczenie warte poświęceniach naszych pieniędzy i czasu. Zmieniając elementy, które nie musiały być zmieniane, „Contra: Rogue Corps” straciła swoją tożsamość „Contry”, co każe mi zapytać - jeśli fanom „Contry” się to nie spodoba, to komu?

★☆☆☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 14 January 2020

Ghost Recon: Breakpoint ★★★☆☆


„Ghost Recon Breakpoint” to kontynuacja udanego „Ghost Recon Wildlands” (seria „Tom Clancy”) opublikowanego kilka lat temu przez Ubisoft. W grze wcielamy się w rolę żołnierza pchanego w otwarty świat pełen ludzi do zastrzelenia i robotów do zniszczenia. Poprzedni wpis miał miejsce w Boliwii, ale tym razem Ubisoft stworzył fikcyjną wyspę. Chcielibyście myśleć, że dzieje się tak, ponieważ mogą mieć więcej przestrzeni do tworzenia zróżnicowanych terenów, ale prawdopodobnie wynika to głównie ze skarg rządu Boliwii na przedstawianie przez Ubisoft ich kraju.


Od momentu gdy „Wildlands” i „Breakpoint” pożyczają wiele różnych mechanik z innych flagowych serii Ubisoftu, takich jak „The Division” i „Assassin's Creed”, nastąpiła wyraźna zmiana. Nie zawsze na lepsze, ponieważ niektóre mechaniki czasem się potykają, podczas gdy inne elementy, takie jak mikrotransakcje, wydają się być ‘wzorowo dopracowane’.

W „Breakpoint” gramy jako agent próbujący przetrwać na wyspie firmy technologicznej, która została przejęta przez firmę wojskową. Zamienili wyspę w fortecę chronioną nie tylko przez żołnierzy, ale także armię dronów, które chcą nas dopaść. Możemy grać w trybie współpracy w taki sam sposób, jak w „Wildlands”, ale tym razem, gdy gramy Solo, nie ma towarzyszy A.I, co całkiem różni się od znanych nam gier „Tom Clancy”.

Punkt zwrotny gry to system łupów, intensywnie inspirujący się tym z „Dywizji”. Znajdziemy wiele przedmiotów do zdobycia, takich jak broń i ekwipunek dla naszej postaci, które oznaczone są punktacją jakości. W poprzednich grach „Tom Clancy” wybieraliśmy swój zestaw i trzymaliśmy się go przez większą część gry, zdobywając dodatki i prawie żeniąc się z wybraną przez nas bronią. Tym razem będziemy wymieniać ją co kilka minut, celując w wielkie liczby i obrażenia.

Nie jest to jednak drugie „The Division”, zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę z liczby dostępnych do kupienia mikrotransakcji - nie tylko kosmetycznych, ale także sprzętu, a nawet punktów umiejętności. Wcześniej widziałam już złe podejście do wdrażania mikrotransakcji, ale to już naprawdę przypadek wybitny. Jest prawie tak zły, jak niektóre gry mobilne rzucające nam co kilka minut reklamą w twarz, a po zapłaceniu ceny AAA brzmi to jak plucie graczom w twarz, zwłaszcza, że ​​ci z nas, którzy mają mniej monet (lub mniej chęci by się ich pozbyć) są automatycznie w niekorzystnej sytuacji. Mikrotransakcje, które wpływają na zdolności postaci są i zawsze będą moim głównym problemem w nowoczesnych grach, więc jest to nowość, na którą nikt nie czekał. Należy zauważyć, że z powodu feedbacku ze strony graczy Early Access, Ubisoft wycofał niektóre mikrotransakcje ze sklepu.


Jedną mile widzianą zmianą w stosunku do „Wildlands” jest nacisk na fabułę. Główny antagonista, były duch, taki jak i my, jest grany przez Jona Berthalla (The Walking Dead) i gra wyśmienitą rolę istnej maszyny do zabijania. Niestety, żaden inny NPC, z którym wchodzimy w interakcję, nie zapewnia tego samego kalibru jakości. Jest zbyt wiele żartów, zwłaszcza tych kiepskich, które wyciągają nas z immersji i wydaje się, że gra sama sobie zaprzecza, nie wiedząc, czy chce być półpoważnym shooterem, czy filmem akcji.

Podobnie jak wiele gier, które ostatnio się pojawiły, „Ghost Recon Breakpoint” próbuje wielu różnych pomysłów, aby znaleźć swoje miejsce na obecnym rynku gier. Jednak nie wszystko działa jak trzeba i widać, że jest to maszyna do robienia pieniędzy, a nie prawdziwa gra. Nie ma wątpliwości, że jest fajna, z doskonałymi scenariuszami akcji i skradaniem, ale jeśli gramy na własną rękę, wydaje się, że jedynym sposobem na dobrą zabawę jest zwrócenie się w stronę mikrotransakcji.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 12 January 2020

The Surge 2 ★★★★☆


„The Surge 2” to kontynuacja pierwszych soulsów w motywach science fiction, czyli „The Surge”, gry, która zyskała sobie wielu fanów dzięki intensywnej walce. Był to naprawdę fajny tytuł, z ciekawym motywem i niezwykłą metodą zdobywania nowej broni i sprzętu - odcinania kończyn przeciwnikom. To była ciekawa koncepcja i coś zdecydowanie innego niż kolejna kopia „Dark Souls”, niestety słaba historia i nijaka oprawa powstrzymały ją od przejścia do historii. „The Surge 2” to skok jakościowy w prawie każdym obszarze, co sprawia, że ten pomysł jest o wiele bardziej kuszący. Oczywiście nie obyło się bez problemów, ale widać tu szczere zaangażowanie twórców.


W sequelu wcielamy się w bezimienną postać, którą kreujemy na samym początku przygody, z dość szerokim wyborem opcji, które pomogą nam wyróżnić się w tłumie. Akcja toczy się głównie w mieście Jerycha poddanym kwarantannie, po wybuchu nano-plagi, a my, jako jedyni ocalali z katastrofy lotniczej, wpadamy w kłopoty w mieście rozdartym między różnymi frakcjami, które próbują przejąć kontrolę nad resztkami społeczeństwa.

Jak już wspomniałam, najważniejsze to odcinać kończyny - ciachamy każdego napotkanego człowieka, czy robota i tak w kółko. Gdy ten błyszczący złoty blask łupów wyleci z ich ciał, możemy ulepszyć swój obecny sprzęt lub znaleźć całkiem nowe zabawki. Oczywiście to nie wszystko, co będziemy robić w grze. Dalej do dyspozycji mamy eksplorację różnorodnych obszarów, rozwiązywanie zagadek oraz mnóstwo zadań pobocznych. Projekty poziomów są o wiele płynniejsze, z wieloma skrótami, które sprawiają, że przemierzanie mapy może być niebezpieczniejsze, ale satysfakcjonujące.

Mój problem z „The Surge 2” to aspekty graficzne. Od czasu poprzedniego wpisu w serii nastąpił nie tylko znaczny spadek jakości (rozumiem, że powodem może być świat znacznie większy niż poprzedni), ale czasami również wydajność jest rozczarowująca. Ładowanie nowych obszarów, a czasem nawet pauzowanie gry może prowadzić do pojawienia się błędów tekstur, które naprawdę odtrącają. Możemy przykładowo rozmawiać z NPC, a dopiero w trakcie rozmowy pojawiają się kolejne tekstury odzieży, co naprawdę rozprasza.

Na szczęście gra jest dość płynna, jeśli chodzi o ilość klatek na sekundę i nie miałam tu zbyt wielu problemów. Kamera może czasem zachowywać się trochę śmiesznie, ponieważ mamy tu wiele ciasnych korytarzy, co prowadzi do tego, że przechodzi za ścianą i nie widzimy właściwie nic - co jest właściwie niedopuszczalne w grach obecnej generacji.


Nawet z problemami, które miałam, „The Surge 2” stanowi ogromny progres w stosunku do tego, co było już dobrym wejściem do serii. Druga część poprawia wiele aspektów gry i zapewnia dużą różnorodność, oferując więcej broni i uzbrojenia do wyboru. Gra zawiera wiele ukrytych elementów, a dla fanów pierwszej części jest tu wiele do kochania. Surge 2 robi to wszystko inaczej i wyróżnia się na tle innych soulsów, co sprawia, że można ją polecić fanom gatunku.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl