Monday, 18 November 2019

Cricket 19 ★★★☆☆


Nie jestem fanem sportu.  Nie oglądam, nie uprawiam i nie tykam gier wideo.  Po prostu nigdy nie miałem sportu we krwi.  Pamiętam, że w szkole budziłem w sobie wewnętrznego aktora i niczym Robert De Niro fingowałem dolegliwości, byle nie ćwiczyć na WFie. Mogłem co tydzień cierpieć na co innego. Patrząc wstecz, podejrzewam, że każdy widział, jak byłem leniwy, ale hej, myślałem, że po prostu jestem w tym dobry…


Tak czy inaczej! Przypuszczam, że po to właśnie są sportowe gry wideo!  Żebyśmy my leniwi ludzie mogli skosztować sportu, bez konieczności wychodzenia z domu - a nawet posiadania kolegów! W świecie symulatorów sportowych istnieje jednak jeden sport, który zawsze był trochę na uboczu, robiąc miejsce dla niekończącej się parady FIF i PESów.  Krykiet! Nie wiem absolutnie nic na temat krykieta (kiedyś jednak piłem kawę z Henry'm Blofeldem i uznałem go za jedną z najmilszych osób jakie kiedykolwiek spotkałem), ale wskoczyłem po szyję w Cricket 19 na PS4 - dla was!


2019 to całkiem niezły rok dla krykieta w Wielkiej Brytanii, a po Pucharze Świata przychodzi seria Ashes, nic więc dziwnego, że Big Ant Studios (kimkolwiek do diabła są) tworzy prosty, ale sprawny symulator. Cricket 19 nie ma wiele do zaoferowania i jeśli graliście w jakikolwiek symulator sportowy, a to na pewno, to szybko się o tym przekonacie. Po pierwsze i najbardziej oczywiste - tryb kariery, który pozwala nam przejść od krykieta klubowego do wielkich zawodów, lub z pominięciem marnych początków, zacząć od profesjonalnych rozgrywek, jeśli nie chcemy trudnić się w żmudnej wspinaczce na szczyt.  Możemy kontrolować jednego gracza lub całą drużynę - podobnie jak w wielu symulatorach sportowych.

Wizualnie gra jest niezwykle prosta.  To nie jest tytuł, który kładzie szczególny nacisk na grafikę, a to nadaje całości nieco przestarzały charakter. Niezależnie od rozgrywki, nie można pominąć faktu, że niektóre części gry wyglądają trochę jak na PS3.  Nie oznacza to, że są obrzydliwie złe, ale nie są dobre.  Oficjalna licencja Ashes oznacza, że ​​wszyscy gracze reprezentujący Anglię i Australię są dokładnie oddani i wyglądają dość wiernie w stosunku do swoich prawdziwych odpowiedników - jednak zawodnicy wszystkich innych krajów są oczywiście zmyśleni i dziwaczni. Na plus jednak mamy to, że bez względu na to, jak niezwykłe mogą wyglądać, zaskakuje nas ich sztuczna inteligencja i oznacza to przynajmniej, że mogą być godnymi adwersarzami, a nie bezmyślnymi zombie.


Na poziomie rozgrywki sytuacja wygląda nieco lepiej. System kontroli spełnia swoje zadanie i pozwala umiejętnościom wnieść pewien wkład w wyniki (w przeciwieństwie do niektórych gier sportowych polegających na waleniu w przyciski), z dużą ilością opcji kontroli i nastaw, co daje graczowi szansę naprawdę się wykazać. Podobnie jak w wielu innych grach tego typu, ma ona dwie opcje sterowania - sterowanie za pomocą przycisków lub sterowanie analogowe, z których obie mają swoje zalety. Istnieje kilka ciekawych opcji dostosowywania z kijami i terenami. Możemy też tworzyć własne turnieje, a nawet odgrywać znane scenariusze z historycznych gier.

Ogólnie rzecz biorąc, może to i nowa jakość krykieta na konsolach, ale w żadnym wypadku nie jest to arcydzieło symulatorów. Są do zrobienia pewne poprawki, zwłaszcza jeśli chcemy wprowadzić grę w XXI wiek - grafika wymaga szczególnej modyfikacji. Jeśli lubicie krykieta, przynajmniej teraz możecie grać w zaciszu własnego domu w najlepszej jak dotąd odsłonie.

★★★☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 15 November 2019

Burning Rubber ☆☆☆☆☆


Na Boga. Właśnie wtedy, kiedy myśleliście, że jeśli chodzi o kino, czy nawet karierę Johna Travolty - nie może być już gorzej. Panie i panowie! Przedstawiam wam Burning Rubber (aka Trading Paint, aka Na Zakręcie), kolejny w długiej linii niewygodnych pokazów ego Travolty w desperackiej próbie ponownego poczucia się młodym. Trochę jak filmowa fontanna młodości. Tyle tylko, że to nigdy nie działa i sprawia, że ​​wygląda on jeszcze starzej. Jest to jeden z najśmieszniejszych wpisów w późnej karierze Travolty - tak, nawet licząc Gotti - i taki, o którym ciężko mi się mówi, bo nie ma tu za wiele do powiedzenia…

Nagradzany filmowiec Karzan Kader debiutuje w języku angielskim w opowieści o legendarnym duecie wyścigowym ojca i syna Sam (John Travolta) i Cam (Toby Sebastian), którzy podłamują się, gdy ich zwycięska passa zaczyna zawodzić. Rywal wyścigowy korzysta z okazji i oferuje Camowi okazję do ścigania się z przeciwnikiem (Michael Madsen). Cam na to przystaje, a różnica między ojcem i synem staje się jeszcze większa. Silniki idą w ruch, sypią się iskry, gdy oba auta w ostatecznym wyścigu o wysokie stawki i najbardziej niebezpiecznej rywalizacji między ojcem i synem. W zeszłym roku Travolta wręczył nam wspaniały prezent przypadkowo zabawnego Speed ​​Kills - historii weterana wyścigów motorówek. I tak, teraz to on jest weteranem wyścigów samochodowych…


Kończąc dygresję. Burning Rubber jest tak przewidywalne, jak się wydaje. Przede wszystkim romans boleśnie wręcz soczysty, nazbyt sentymentalny i dość agresywnie zatłoczony - rozgrywany między Travoltą, a postacią graną przez Shanię Twain. Tak, dobrze czytacie. Próby przedstawienia historii miłosnej są zabawne i znacznie bardziej pasują chyba do innego filmu. Jakiegokolwiek. Po prostu nie do tego. To ma być intensywny, szybki film wyścigowy - a prawdziwych scen wyścigowych jest jak na lekarstwo, jest więc nudno. Częściowo ze względu na kiepski montaż - szalone cięcia i źle scalone sceny sprawiają, że ogląda się to ciężko i trudno się wczuć, a przez to marnują się na wpół przyzwoite praktyczne efekty na torze wyścigowym. Sekwencja, w której samochód jest podzielony na pół, została całkiem zrujnowana przez straszną edycję i brak zbudowanego napięcia.

Burning Rubber nie daje powodów do polecania. John Travolta jedzie po najniższej linii oporu, a próby odzyskania publiki przez Michaela Madsena nie wychodzą wiele lepiej. Montaż to bałagan, fabuła jest poplątana, scenariusz to żart. Nienawidziłem każdej sekundy. Chciałem, wyjść od momentu, gdy się to zaczęło. Tego właśnie oczekujemy od Travolty pod każdym względem, jednak chyba zasługujemy na coś lepszego. Jest wiele lepszych sposobów spędzenia 90 minut niż Burning Rubber. Jest też Kevin Dunn. Absolutnie cudowny we wszystkim co robi, więc jeśli okaże się, że musicie przez to przejść, nie martwcie się. Kevin Dunn robi robotę.

☆☆☆☆☆
Sam Love

Burning Rubber at CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 13 November 2019

Little Friends - Dogs and Cats ★★☆☆☆


Gotowi by poczuć się staro? Nintendogs zostało wydane 14 lat temu. Pamiętam wszystko co do joty - po wybraniu wirtualnego zwierzaka nadal słyszę tutorial sugerujący nazwy psów: „Lucky! Maxwell! Daisy!". To były proste czasy. 14 lat później oczekiwałbym czegoś nowego w gatunku symulacji zwierząt domowych. Czegoś przełomowego, takiego jak Nintendogs przed laty. Wygląda na to, że Little Friends: Dogs & Cats próbują powtórzyć ten sukces na konsoli Nintendo Switch, ale szczerze mówiąc, nie ma tu nic nowego.


Od momentu, gdy wejdziemy do gry i wybierzemy jedną z sześciu ras psów (Shiba Inu, Chihuahua, Toy Poodle, Labrador Retriever, Buldog francuski i Owczarek niemiecki), nostalgia i déjà vu uderzą jak grom. Jednak kiedy wrócimy do swojego cyfrowego domu, natychmiast zdamy sobie sprawę z ograniczeń Switcha.Na DSach mogliśmy łaskotać swojego psa, gwizdać na niego, rozmawiać z nim przez mikrofon i ogólnie mieć bliskie rzeczywistemu doświadczenie, Little Friends pozostawiają na tym polu wiele do życzenia. Jasne, są tutaj funkcje ekranu dotykowego, ale nie działają szczególnie dobrze - chociaż zapewniają bardziej wciągające wrażenia niż alternatywa z Joy-Conami.

Nie ma nic dziwnego w tym, że Little Friends to coś nowego pod względem grafiki. Nasi futrzani przyjaciele są jak żywi dzięki niesamowitemu (jak na Switcha) renderowaniu futra i mimiki w animacjach. Dawno minęły czasy martwych i płaskich Nintendogs, ale tam, gdzie same zwierzęta odnoszą sukces - i na pewno są w centrum uwagi - cierpią tła. Gra toczy się przede wszystkim w jednym pokoju, w którym będziemy monitorować potrzeby swoich zwierzaków (za pomocą wskaźników ekranowych) i wykonywać wszystkie swoje pieszczoty, zabawy i pielęgnację. Sam pokój jest jednak dość wypłowiały i pozbawiony charakteru, tak jak w czasach Nintendogów (chociaż można go edytować). Co więcej, zabranie psa na spacer pokazuje też całkiem pozbawiony życia świat zewnętrzny.

Gra w niewytłumaczalny sposób opiera się na czymś w rodzaju systemu poziomów; lepsze zapoznanie się z małym przyjacielem podczas spacerów i zabawy rozwija poziom przyjaźni, który zapewnia dostęp do nowych treści i zadań. Ponad 600 akcesoriów można kupić dla swojego zwierzaka za pieniądze zarobione na konkursach z latającymi dyskami, co sprawia mnóstwo zabawy - dzięki różnorodnym czapkom i ubraniom możemy też sprawić, że nasz pies będzie wyglądał jak absolutny kozak.


Jak sugeruje tytuł, koty również są dostępne - ale ta strona gry została potraktowana po macoszemu, z bardzo niewielką ilością interakcji i zabaw. Uznałbym to za grę o psach, ze szczyptą kotów, raczej jako dodatek. Ogólnie rzecz biorąc idea Little Friends: Dogs & Cats's jest we właściwym miejscu. Stara się być nowym Nintendogsem i wypełnić pustkę w niszy symulacji zwierząt domowych, która nęka ostatnią generację konsol, jednak cała ta sprawa cuchnie desperacją, a gra nie robi absolutnie nic nowego z tym gatunkiem, sprawiając jedynie, że chcemy odkopać nasze stare DSy i uruchomić Nintendogs.

★★☆☆☆
Sam Love

Little Friends - Dogs and Cats w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 11 November 2019

Monster Jam: Steel Titans ★★★☆☆


W Anglii nie szalejemy zbytnio za monster truckami. Trudno zrozumieć te emocje - wszystko wydaje się bardzo amerykańskie, prawda? Niezadowoleni z normalnych ciężarówek, ludzie w starej dobrej Ameryce musieli po prostu sprawić, że będą większe. Bo czemu nie. Ten nowy typ ciężarówki zrodził Monster Jam, amerykański event sportowy. Zaczynając w 1992 roku, zaledwie 10 lat później wydali swoją pierwszą licencjonowaną grę wideo, Monster Jam: Maximum Destruction. 17 lat później wciąż dostajemy nowe tytuły - i raczej wiele się w tym czasie nie rozwinęły.

Najnowsza odsłona, Monster Jam: Steel Titans, kontynuuje ideę chaosu monster trucków i przenosi ją na kolejny poziom dzięki nowym mapom, wyzwaniom, modelom i szaleństwu. Wszystko to niedorzecznie przesadzone naprawdę działa jak miękki restart, wprowadzając nowych graczy do serii i miejmy nadzieję, przekonując ich, że jazda ogromną ciężarówką rozbijającą skrzynie na kawałki, to dobry sposób na spędzenie czasu. Zaczynając w centrum Monster Jam University nauczymy się podstaw sterowania ciężarówką i sposobów gry w różnych trybach. Następnie zostajemy wrzuceni za kierownicę i jedziemy w świat szaleństwa monster trucków.


Radziłbym, abyście zwrócili szczególną uwagę na samouczki, ponieważ sterowanie jest trochę nietypowe, zwłaszcza jeśli jesteście nowi w serii, czego się spodziewam, ponieważ macie jakikolwiek gust i nigdy nie marnowaliście czasu na Monster Jam. Trudne sterowanie jest dodatkowo ciekawsze przez niedorzeczny silnik fizyki w grze, który sprawia, że ​​pojazdy są bardzo nieprzewidywalne i czasami wręcz niemożliwe do kontrolowania.

Graficznie, Monster Jam: Steel Titans nie jest najładniej wyglądającą grą na rynku. Chociaż nikt nie spodziewał się, że tytuł z monster truckami będzie ucztą dla oka, spodziewałem się więcej po grze wydanej w 2019 roku. Konstrukcje pojazdów nie są złe - co zrozumiałe, tutaj skupiona była uwaga twórców. Jednak widać, jak dużo wysiłku włożono w pojazdy, a jak mało we wszystko inne. Świat wydaje się martwy, do tego brakuje mu detali, cały w blokowych teksturach i poważnymi problemami z perspektywą, które sprawiają, że wrażenia są bardzo niepokojące.

Przynajmniej jest wiele do zrobienia - obfite tryby gry, w tym standardowe wyścigi, swobodne przejażdżki, tryby kaskaderskie i zniszczenia sprawiają, że jeśli jesteście fanami monster tracków, prawdopodobnie szybko się nie znudzicie. Za kierownicą ciężarówki można się dobrze bawić, jeśli lubicie takie rzeczy. Powtarzalność jest dodatkowo maskowana przez liczne skórki do odblokowania i części do pojazdów, które sprawią, że wasza ciężarówka będzie siłą, z którą trzeba się liczyć.

Ogólnie rzecz biorąc, Monster Jam: Steel Titans zapewnia mnóstwo zabawy i szaleństwa z monster truckami, ale gra nie jest jeszcze wystarczająco dopracowana, aby wypuścić ją w 2019 roku. Grafika pozostawia wiele do życzenia, a abstrakcyjne sterowanie i fizyka składają się na frustrującą rozgrywkę, jednak jeśli lubicie Monster Jam, prawdopodobnie znajdziecie tutaj naprawdę dużo zabawy.

★★★☆☆
Sam Love

Monster Jam: Steel Titans w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 8 November 2019

Do zgarnięcia 1000 złotych co tydzień przez 4 tygodnie!

Tak, dobrze przeczytałeś!

Chciałbyś raz na tydzień przez cztery tygodnie otrzymywać szanse na wygranie vouchera o wartości 1000 PLN do wykorzystania w CeX?

Napisz recenzję dowolnego produktu na webuy.com między środą 13 listopada, a poniedziałkiem 9 grudnia. Co tydzień ze wszystkich opublikowanych recenzji zostanie wybrany jeden zwycięzca, z którym skontaktujemy się w celu dostarczenia w postaci kuponu CeX o wartości 1000 zł, który można wykorzystać online lub w dowolnym sklepie stacjonarnym.
Aby napisać recenzję, przejdź na stronę webuy.com i wyszukaj produkt, który chcesz zrecenzować, po czym kliknij przycisk „napisz recenzję”, który znajduje się tuż pod nazwą produktu lub na dole strony.


WARUNKI

Udział w zabawie możesz wziąć tylko, jeśli mieszkasz w Polsce i napiszesz recenzję na pl.webuy.com. Twoja recenzja musi zostać zatwierdzona przez zespół moderacyjny BazaarVoice*. Co tydzień zwycięzcą zostaje osoba, która nie wygrała w żadnym z poprzednich tygodni.

Recenzja produktu nie zostanie zatwierdzona, jeśli:
• Nie będzie to recenzja tego produktu
• Będzie zawierać wulgarny język, groźby lub jakiekolwiek nielegalne treści
• Będzie zawierać linki do innych stron

Ważne jest, aby twoja recenzja dotyczyła danego produktu, a nie usługi lub stanu produktu (do tego służą inne kanały komunikacji). Jeśli na przykład chcesz zrecenzować film, powiedzmy „Historia Ameryki X”, powinieneś omówić ten film (np. „Film jest zbyt wolny”, „film jest zbyt gwałtowny”, „film ma świetny scenariusz, któremu towarzyszy świetny kierunek i znakomity występ Edwarda Nortona, gorąco polecam ”itp.). Jeśli w recenzji nie odnosisz się do danego produktu, ale do stanu, w którym przyszedł przedmiot lub czasu, jaki upłynął, recenzja nie zostanie uwzględniona w losowaniu.

I jak zawsze decyzja CeX jest ostateczna we wszystkich sprawach dotyczących zabawy i tego, czy recenzja zostanie opublikowana.

Regulamin znajdziesz tutaj: bit.ly/cexplbv

Powodzenia! *BazaarVoice to firma obsługująca proces przesyłania recenzji.

Get your daily CeX at


Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

What Men Want ★☆☆☆☆


Pamiętacie komedię romantyczną z Nancy Meyers 2000 What Women Want, z Melem Gibsonem? Nie? Nie martwcie się. To był kompletny niewypał. Cóż, 19 lat później, ktoś zdecydował, że to dzieło powinno dostać wersję godną nowych czasów więc pora na remake / reboot / sequel - chociaż tym razem zmieniono płeć (jak oryginalnie). What Men Want to jeden z tych filmów, o które nikt nie prosił, nikt nie chciał, kilka osób obejrzało - w dużej mierze nie polubiło - i koniec końców - nigdy więcej go nie obejrzy. Zapewne zapadnie się w otchłań przeciętnego nowoczesnego rom-comu (i prawdopodobnie wyląduje gdzieś w pobliżu What Women Want, które zatonęło w 00).


Taraji P. Henson, cudowna aktorka, jednak tutaj to całkowicie zmarnowany potencjał pomimo jej najlepszych starań, grając Ali Davis, zastanawia się, co musi zrobić, aby odnieść sukces w męskim świecie. Mając nadzieję na znalezienie odpowiedzi zwracając się do medium, Ali pije dziwną miksturę, która pozwala jej słyszeć, co myślą mężczyźni. Korzystając ze swojej nowej umiejętności, Ali zaczyna przeganiać męskich kolegów w wyścigu, o podpisanie następnej gwiazdy koszykówki. Odwrócenie płci powinno pozwolić na bardzo aktualne spojrzenie na politykę dotyczącą pozycji obu płci w miejscu pracy. Komedia jako gatunek z pewnością ma taką możliwość - ostatni film Mindy Kaling Late Niht zrobił to bardzo dobrze.

Pomimo ciekawej przesłanki, która naprawdę ma potencjał, What Men Want jest po raz drugi całkowicie zrujnowanym filmem. Przede wszystkim Henson - absolutnie niesamowita aktorka, która dała nam jeden z najlepszych występów w Hidden Figures z 2016 - tutaj ciężko ją oglądać. To prawda, że ​​częścią problemu jest sposób, w jaki napisana jest jej postać. Jest „jednym z chłopców”, głośnym zwierzęciem imprezowym. Henson po prostu przesadza z występem tak tandetnym, że ciężko się to ogląda. Wszystko w filmie wydaje się nietrafione - żarty, fabuła, setting; wszystko tutaj cuchnie zacofaną komedią o pracy.


Kolejny dowód na to że remake ze zmianą płci nie czyni cudów. What Men Want to bolesny i  żmudny spektakl. Czasami wpada bystry seksistowski komentarz i już wydaje się, że w kontrze zgłębimy jakiś ważny temat, jednak zaraz jest to porzucane na rzecz sprośnych, prymitywnych żartów ( nietrafionych ). OK, więc to sex komedia. Ale nie, gatunek znów się zmienia! Teraz mamy dramat pracy. Więc gdzie w końcu jesteśmy? Niewiadomo. Praktycznie wszędzie gdzie się da, zapewniając niezapomniane wrażenia. A przy tym wszystkim jeszcze przeciągające się 2 godziny seansu. Dzięki Bogu, reżyser Adam Shankman nie wydał swojej oryginalnej wersji, która, jak twierdzi, trwała ponad 3 godziny…

Problem to niewykorzystany potencjał. Film mógł mieć silny przekaz, ale zamiast tego nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Żarty są słabe, występy kiepskie, przesłanie pogmatwane, a całość jest za długa. Podsumowując, nie polecam. Unikać jak się da.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 7 November 2019

Oszustki ★★★☆☆


Do seansu Oszustek usiadłem z kilkoma uprzedzeniami. Recenzje nie były zbyt dobre, a remake to temat rzadko trafnie oddający sedno pierwowzoru. Jak się jednak okazuje, nie było tak źle, ale też nic w tym porywającego.

Anne Hathaway i Rebel Wilson razem decydują się na komediowy remake “The Hustle”. Ta pierwsza gra doświadczoną, wyrafinowaną profesjonalistkę, która próbuje wyszkolić swój bezczelny australijski odpowiednik w sztuce oszustwa. Koniec końców rywalizują w tym kto oszuka potentata technologicznego (Alex Sharp), który akurat przebywa w ich fikcyjnym mieście na południu Francji. Przegrany musi odejść, ale nie myślcie, że na długo.


Jako postawę wykorzystano Dirty Rotten Scoundrels, choć brakuje mu ciepła z wykonania Michaela Caine'a / Steve'a Martina z 1988 rok. Sam film podąża za obecnym trendem zamiany płci głównych bohaterów, jako alternatywnego sposobu na opowiedzenie historii, choć tak naprawdę jest to tylko zabieg dla Wilson, aby dać jej większą swobodę na scenie.

Jest mnóstwo prostych żartów, które są uderzają do szerokiej widowni i większość z nich to zabiegi wykorzystywane już w dziesiątkach, jak nie setkach, scen w innych komediowych remake’ach. Nie oznacza to, że nie będzie się z czego pośmiać, ale wiele zależy od tego, czy jesteście w stanie przełknąć wiele żartów, które jednak do Was nie trafią. Hathaway jest wystarczająco przekonująca jako wyniosła oszustka z wątpliwym angielskim akcentem i okazuje się być dobrą podstawą do humoru budowanego przez swoja wspólniczkę, ale sama nie bawi nas zbyt wiele.

Angielski komik Chris Addison otrzymał swoją pierwszą główną rolę reżyserską w tym filmie, a jego ciągoty do angielskiego humoru można zobaczyć w kilku miejscach. Jest tu choćby trio dziewczyn z Essex, które zostają wciągnięte w pułapkę, ale nic nie wskazuje na zasługi mężczyzny odpowiedzialnego. Generalnie flaki z olejem, marnujące talenty głównego duetu, który dokłada wszelkich starań, aby wycisnąć z tego coś, co dałoby się oglądać.


Hustle na pewno przekroczył moje zaniżone oczekiwania, biorąc pod uwagę powszechne mierne recenzje około-premierowe. Mimo to nie jest zbyt dobry i mam nadzieję, że zniknie z mojej pamięci za około miesiąc. To film stworzony pod Wilson, więc prawdopodobnie spodoba Wam się, jeśli jesteście fanami jej poprzednich filmów lub ogólnie komedii slapstickowych. Jeśli nie chcecie zabijać czasu podczas długiego lotu, to prawdopodobnie znajdziecie lepszy film, który wypełni te 94 minuty Waszego życia. Osobiście poleciłbym Dirty Rotten Scoundrels, nadal działa jak trzeba.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl