Tuesday, 29 August 2017

Berserk and the Band of the Hawk ★★★★☆


Wyciągnij formułę z Dynasty Warriors, delikatnie rozcieńcz trzema kropelkami przystępności, dodaj łyżkę mangi i anime, wymieszaj w garnku wypełnionym fabułą, następnie wsadź całość do pieca z elementami tortur i wypiekaj aż się zarumieni! Ta-da! Właśnie otrzymałeś ee, ciasto o znamienitej nazwie... Berserk and the Band of the Hawk.


Fabuły w grach na licencji zazwyczaj są mocno pocięte. Twórcy gier wyciągają zaledwie garstkę historii i przedstawiają ją często w mało zrozumiałej formie dla nowicjuszy, a przy okazji nie do końca satysfakcjonując fanów. Jednak w tym przypadku wybrano zaskakująco przyjemne, inne podejście. Choć naniesiono pewne zmiany to jednak fabuła trzyma się blisko tej znanej z kart mangi. Całość jednak nie porusza istotnych kwestii podczas samej rozgrywki, jedynie w scenkach przed i wieńczących daną misję. Na potrzeby gry twórcy przygotowali sporo dobrze dobranych przerywników filmowych prosto z anime - prezentując fabułę w ten sposób w jakiejś jednej trzeciej z wszystkich fabularnych scenek.

Zaprezentowana historia posiada fajną głębię, którą ciężką odczuć na samym początku przygody. Rozpoczyna się w formie dramatu historycznego (choć nieopartego na żadnych faktach historycznych) aby na końcu stać się nadprzyrodzonym horrorem. Miłość, zdrada, lojalność, żal, humor zarówno umyślny, jak i niezamierzony, chciwość, demony, opętane zwierzęta... Ta gra ma to wszystko, serio.

Sam gameplay opiera się głównie na zabijaniu. Na zabijaniu wielu istot. Sercem gry jest tak naprawdę seria Dynasty Warriors, dlatego tutaj wszystkie poziomy będą wypełnione ogromną armią przeciwników. Przelejesz w tej grze tyle krwi, że mógłbyś w niej utopić stado słoni. Z biegiem rozwoju fabuły będziesz odblokowywał nowe kombosy oraz umiejętności. Najistotniejsze jest to, że podstawowe ataki ograniczają się zaledwie do dwóch przycisków (z trzecim działającym jako broń dodatkowa o ograniczonym użyciu i często wątpliwej jakości). Nie ma też jakiś wyszukanych broni, ale te które są okazują się dziwnie przyciągające do ich użycia.

Ostatnim elementem wyróżniającym się w tej grze jest tryb Frenzy. Podczas wycinania w pień armii ludzi i potworów nabijasz wskaźnik, dzięki któremu po czasie może wejść na jeszcze większy poziom bohatera, posiadając potężniejszą moc. Będąc w tym trybie nabijasz kolejny wskaźnik po którego odpaleniu postać wykonuje potężny atak obszarowy (za wyjątkiem niektórych postaci, które zamiast tego przemieniają się w jeszcze mocniejsze machiny do zabijania). Takie rozwiązanie dodaje grze nieco taktyki, szczególnie na większych zakapiorów, z którymi nie chciałabyś się mierzyć nie posiadając tych super-mocy.

Będziesz miał możliwość odblokowania różnorodnych bohaterów (i kilka nowych kostiumów oraz umiejętności) podczas przechodzenia wątku fabularnego, jednak praktycznie każdy poziom najpierw będziesz musiał ukończyć w skórze głównego bohatera aby dopiero później móc sprawdzić pozostałe postacie. Adekwatnie każda nowo-odblokowana postać może zostać użyta w trybie "Endless Eclipse". Ten tryb nie opowiada żadnych historii z mangi, przypomina taki "survival", gdzie pokonujesz coraz to więcej przeciwników, starasz się nie zginąć i za to otrzymujesz nagrody. Ponieważ każda z postaci posiada swój własny poziom, który jest połączony z trybem fabularnym, a także dedykowany ekwipunek - powinieneś się zastanowić jaką postać warto podbić w statystykach (ja akurat nie używałem tego w ogóle aby nie miało to wpływu na główny wątek fabularny). 


Nie ma tutaj żadnej kontroli nad zmiennymi statystykami po podbiciu poziomu bohatera, dlatego przedmioty które masz wyekwipowane powinieneś co jakiś czas zmieniać aby wybrać faktycznie najlepsze. Często ciężko przewiedzieć jaki dany przedmiot będzie miał wpływ na statystyki postaci, ale tutaj faktycznie to co używasz ma spore znaczenie, możliwe że nie miałeś z czymś takim do czynienia w innych grach. A powinieneś z nich korzystać szczególnie jeżeli jesteś na tyle pozytywnie szurnięty, że zdecydujesz się mierzyć z tymi falami-Tsunami przeciwników na wyższych poziomach trudności. Z zaskakująco mroczną i dobrze opowiedzianą fabułą, z nieco rozciągniętą rozgrywką, Berserk and the Band of the Hawk mimo wszystko dobrze przywita fanów jak i nowicjuszy w temacie serii.

Z pewnością nie załączy Ci się tryb "Berserk" z niezadowolenia, jeżeli zdecydujesz się na zakup tej gry.

★★★★☆
Luke Kemp


Berserk and the Band of the Hawk at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 23 August 2017

Samsung Galaxy A5 & A7 (2017) ★★★☆☆


Po zeszłorocznym sukcesie modeli Galaxy A5 i A7, Samsung zdecydował się na wypuszczenie ich edycji na rok 2017. Oba urządzenia posiadają metalową ramkę i szklany panel 3D, co zbliża je do flagowca jakim jest Galaxy S7. Są również dostępne w dwóch wariantach kolorystycznych - Black Sky oraz Gold Sand. Podczas gdy A5 posiada 5.2” ekran, waży 159g i dysponuje 3000mAh baterią, Galaxy A7 ma na pokładzie nieco większy, 5.7” ekran, 3600 mAh baterię, a wszystko to zamknięte w opakowaniu o wadze 186g.


Samsung dostarczył nam w obu modelach ekrany Full HD z panelami Super Amoled, zasilane przez procesor graficzny Exynos 7870 SoC, 3GB RAM oraz 32GB pamięci wewnętrznej (z możliwością rozszerzenia o kartę pamięci Micro SD o maksymalnej pojemności 256GB). Oba modele wspierają oczywiście Samsung Play a także są kompatybilne z technologiami NFC i MST.

Na szczęście w tym roku nie ujrzymy już wystających obiektywów w kamerach, kolejną innowacją w tym temacie są 16MP kamery zarówno z przodu jak i z tyłu! Co ciekawe, oba urządzenia posiadają certyfikat IP68, co czyni je odpornymi na wodę i kurz.

Czytnik linii papilarnych znajduje się na przycisku Home, regulacja głośności znajduje się po lewej stronie, przycisk uruchamiania po prawej, a kilka centymetrów pod nim umieszczono głośnik, co stanowi absolutną innowację w tym temacie. Na górze znajdziemy gniazdo kart SIM, a na dole port USB typu C. Oba modele posiadają również możliwość instalacji 2 kart SIM 4G.

Jeżeli chodzi o wydajność, interfejs UI jest zdecydowanie lżejszy i mniej rozbudowany niż w modelu zeszłorocznym, działając na Androidzie 6.0 (trochę to rozczarowuje, jednak Samsung znany jest już z dosyć późnych aktualizacji systemu na swoich nowych urządzeniach, niemniej wszelkie obietnice dotyczące aktualizacji Nougat zostały w końcu spełnione). Niektóre rozwiązania znane z S7, takie jak “Always on Display”, zostały wprowadzone również w A5 i A7.

Aparat posiada sporo filtrów i efektów, które można również dodatkowo pobrać ze sklepu Google Play. Interfejs jest płynny i wolny od bugów. Wielozadaniowość i gry obsługiwane są bez widocznych zacięć, co zostało sprawdzone podczas testów z Asphalt 8, Fifa 16, YouTube oraz 7-8 innych aplikacji odpalonych na raz. Dzięki systemowi szybkiego ładowania, A5 ładuje się od 0 do 100% w niecałą godzinę, a akumulator potrafi wytrzymać do 24h w trybie automatycznej jasności w pomieszczeniu.


Największym minusem obu produktów jest ich koszt, który oscyluje na pułapie cenowym iPhone 6 czy OnePlus 3T, które reprezentują dużo wyższy poziom. Daję tym telefonom niższą ocenę, głównie ze względu na zbyt wygórowaną cenę, przy całkiem jednak niezłych osiągach technicznych.

★★★☆☆


Pritesh Khilnani


Samsung Galaxy at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 22 August 2017

Jack Reacher: Nigdy nie wracaj ★☆☆☆☆


Wróćmy się pamięcią do roku 2012, gdy powstał pierwszy film Jack Reacher. Jego pojawienie się wywołało falę krytyki wśród widzów. Mimo to zarobił mnóstwo pieniędzy, co było wystarczającym powodem dla grubych ryb w Hollywood, oraz prawdopodobnie dla samego Toma Cruise'a, aby rozpocząć tworzenie sequelu. Ponieważ oczywiście my chcemy - nie, my potrzebujemy więcej Jacka Reachera. To było 5 ciężkich lat od kiedy pojawił się już nie taki nowy Jack Reacher. Cierpieliśmy, przeżyliśmy bezsenne noce, aczkolwiek nareszcie możemy odpocząć, ponieważ Cruise wraca z nowymi przygodami Reachera. Hura…


Jack Reacher: Nigdy nie wracaj - brzmi przewidywalnie boleśnie - nasz bohater musi rozwikłać poważny spisek rządowy w celu oczyszczenia swojego imienia, w trakcie której poznaje prawdę o swojej przeszłości - co jest strasznie przewidywalne. Nie podjęto żadnego wysiłku, aby wyróżnić się w poziomie narracji filmu akcji. Rządowy spisek? Bycie w ciągłym biegu? Tajemnicza przeszłość? Wszystko takie oklepane. Czy to Bond, czy to Bourne, czy to Reacher - mógłby to być każdy z nich. Brak jakiegokolwiek "reacheryzmu", który wyróżnił by ten film. Łączy się z masówką i ginie pośród najlepszych filmów. Rotten Tomatoes ujął to pięknie w dwóch słowach - monotonny schemat. Poetycki i dokładny. Jednak wciąż można doszukiwać się jakiś pozytywów... nieprawdaż?

Tom powraca, by zagrać swojego o 30cm wyższego tytułowego bohatera i wyraźnie kocha każdą minutę bycia tym bohaterem w trakcie swojej wczesnej 50-tki. Podobnie jak w kolejnych częściach "Mission: ipossible", "Niepamięci", czy "Na skraju jutra", Jack Reacher jest idelną przygodą dla kanapowców. Nie jest tutaj szczególnie zły, aczkolwiek naprawdę dobry był ostatnio w latach 90tych, więc jest to i tak niewiele jak na Cruise'a. Ale znowu nikt nie jest w tym szczególnie dobry. Teraz wróćmy się do 2012, kiedy to byliśmy... zmuszeni do obejrzenia...  pierwszego filmu. Pierwsza przygoda Reachera miała obsadę w postaci Rosamunda Pike, Richarda Jenkinsa, Wernera Herzoga, Davida Oyelowo oraz Roberta Duvalla. Niezła obsada, nieprawdaż? Zapewne myślicie, że to samo spotka Was w tym sequelu. Nic bardziej mylnego. Na ekranie mażemy zobaczyć Cobie Smuldersa, Aldis Hodge oraz Danike Yarosh. Jeżeli znasz 3 spośród tych "gwiazd" jesteś zdecydowanie sporym entuzjastą kina. Nie są najgorsi, jednak kompletnie nic nie znaczący. Zapewne film tego pokroju nie ma być zależny od poziomu aktorstwa, chodzi przede wszystkim o "przesłodzoną" akcję.

Sceny akcji w filmie zostały dosyć spokojnie nakręcone, nie zabraknie jednak prędkości i uderzeń. To jednak nie wystarczy, tego typu akcje możemy zaobserwować dzisiaj w w wielu filmach. Nawet filmy akcji potrzebują "tego czegoś", a w tym przypadku nawet postać Jacka Reachera jest po prostu słaba. Kolejny film z udziałem Toma Cruise'a, w którym odgrywa on rolę dojnej krowy. Pierwsz film powstał z myślą o powstaniu kolejnych sequeli, jednak nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że nastąpi kontynuacja. Nikomu się nie chce gadać o Jacku Reacherze. Nie czepiając się autora książek Lee Child - zapewne książki są w porządku. Ale na ekranie? Postać Jacka jest po prostu słaba.


Jack Reacher: Nigdy nie wracaj - tytuł pasuje jak ulał. Tom i jego koledzy nie powinni nigdy wypuścić na światło dzienne kolejnej części. Wyprodukowanie sequela było najzwyczajniej stratą czasu, pieniędzy i zasobów - a przede wszystkim stratą czasu dla tych, którzy byli zmuszeni obejrzeć film. Totalny brak motywacji, aby pośmiać się z żartów Ricka Astleya dotyczących filmu (Nigdy nie odpuszczaj, nigdy się nie poddawaj, nigdy nie wracaj). A wiadomo, że gdzie się kończy ochota na żary, to już jest koniec.

★☆☆☆☆

Sam Love


Jack Reacher: Never Go Back at CeX



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 19 August 2017

The Legend of Zelda: Breath of the Wild ★★★★★


Spośród niezliczonych gier wydawanych na różnych platformach każdego roku, tylko jedna, czy dwie są doceniane przez wszystkich graczy jako najlepsza gra jaka kiedykowleik powstała. W większości przypadków są to gry Nintendo. Na przykładzie Ocarina of Time - w dalszym ciągu przyciąga tłumy fanów, pomimo, że  może wydawać się przestarzała. Gra znajduje się w rankingu pięciu najlepszych gier wszechczasów. Możemy do tej listy dodać kolejną część Zeldy: Breath of the Wild, która jest niczym innym jak zakupem, którego koniecznie trzeba dokonać.


Jako że Residen Evil 4 okazał się fantastyczna grą , łamiąc reguły franczyzy na strzępy, BotW kreuje swoje miejsce w historii gier za pośrodenictwem kilku nieoczekiwanych i odważnych decyzji. Nie można już dłużej krytykować Nintendo za ukrywanie się pod płachtą ich wilekich tytułów (krytyka nigdy nie była uczciwa i dokładna). Jest to pierwsza przygoda z Zeldą (i to nie jest ogólna lista) zawierająca sporą ilość akcji, rozbijającej się broni i tarcz, których zresztą jest ogromna różnorodność, brak tradycyjnych lochów, możliwość wspinania się na jakąkolwiek powierzchnie w otwartym świecie, miernik wytrzymałości, na drodze brak instruktażu i przewodnictwa, możliwość (i konieczność) organizowania własnego posiłku i trunku, oraz otwarty świat który jest wszechstronnie dynamiczny.

Na początku gry budzicie się jako Link z czegoś, co wydaje się być głebokim snem lub wstrzymaną animacją. Wyłaniasz się z dziwnego aparatu, która w grze (początkowo) wydaje się nie mieć sensu. W pierwszej kolejności musisz pozbierać Sheikah Slate, potem robisz swoje. W drodzę można pozbierać sobie kilka ubrań, lub rozpocząć przygodę w samej bielinie. Po tym, co okaże się wydłużonym wprowadzeniem / samouczkiem (dopóki go nie ukończysz, nie jest to widoczne), otrzymasz paralotnię oraz możliwość pójścia dokądkolwiek w tym wielkim, otwartym świecie, który tak lubisz. Otrzymujesz podstawowy cel: "idź i dorwij tego drania" i to wszystko.
To co wydarzy się następnie, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie i na tym polega filozofia napędzająca całą grę.

Tak jak Nintendo chętnie wspominał jeszcze przed wydaniem gry, teoretycznie możesz iść bezpośrednio do finału gry, ale na pewno nie jest to wskazane. Początkowo uzbrojenie będzie bardzo słabe, tym samym będziesz łatwym celem do zabicia. Odkrywanie świata oraz wykonywanie różnych zadań przyniesie Ci wiele żyć, większą wytrzymałość, uzbroi w lepszą broń i tarcze, nową i lepszę zbroję, oraz zdolność do jej wzmacniania, zdobywania punktów i znacznie więcej.

Mogłaby być to w istocie kompletna recenzja, która zepsułaby całą historię (co jest dosyć subtelnie i fachowo powiedziane) lub lepiej jest niedopowiedzieć wszystkiego aby samemu sprawdzić, co jeszcze może zostać odryte w tym świecie. BotW pogrąża każdą inną grę z otwartym światem, w jakąkolwiek graliście, demonstrując przy tym jak odpowiednio rozplanować koncepcję gry. Nigdy, przenigdy nie graliście w gre, która tak nagradza ciekawość, odkrywczość oraz eksperymentowanie z taką spójnością i urokiem. Na przykładzie uwielbianego GTA przez każdego po kolei, Rockstar są tak samo winni w wychwalaniu się otwartym światem, który w efektach końcowych zabija cały smak poprzez istnienie pustych przestrzeni, z którymi nic nie da się zrobić. U BotWa zwierzęta które zobaczysz (lub upolujesz) oraz potwory z którymi będziesz walczyć (lub podkradać się w ich pobliżu, a także unikać ich) są najmniej interesującymi stronami gry, które odkryjesz. Jeżeli coś w oddali wygląda dziwnie - sprawdź to, bo naprawdę warto. Jeżeli góry wydają Ci się nie do zdobycia - idź w ich stronę. Możesz się na nie wspiąć i ponownie odkryć ciekawy element podróży. Jeżeli zawuważysz dolinę lub jaskinię, idź w jej stronę, aby przekonać się, że było warto.



To jest zaledwie zarys gry, ale wychodzi to tylko i wyłącznie na plus. To doświadczenie nakłania do odkryć i przemyśleń. Ta gra jest warta zakupu nowej konsoli Wii U, albo Switch. Breath of the Wild Thing - kochamy to.


★★★★★

Luke Kemp


The Legend of Zelda: Breath of the Wild at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 18 August 2017

For Honor ★★★★☆


Do ubiegłego roku Ubisoft był powszechnie uważany za króla gier typu open-world. Seria Assassin's Creed została zawieszona, by dać wydawcy czas, aby ten zdecydował, co z tym zrobić. Far Cry wciąż nawiązywał do klasycznej formuły Ubisoftu, mamy tu na myśli chociażby wspinaczkę na wieżę, tak aby otworzyć bardziej żmudne i zbędne  zadania poboczne. Watch Dogs 2 zdołał zrobić co najmniej krok od swojego poprzednika. Niemniej jednak był to konik Ubisoft; otwarty świat, wieże wspinaczkowe oraz szybkie i interaktywne powtórzenia.


Obecnie publikują mniejsze projekty, oferując nowe i interesujące technologie, z planem zapewnienia trwałego wsparcia dla graczy. Po raz pierwszy pojawiły się Rainbow Six: Siege. Niespotykanie, świeże spojrzenie i zdecydowanie mniejszsa skala, pozwoliła stworzyć nową koncepcję oblężenia, która powstała dzięki rozwojowi nowej technologii niszczenia fizyki. To sprawiło, że Siege stał się niezwykle wszechstronną grą, która odniosła sukces, pomagając w uaktualnianiu zawartości Ubisoftu.

Teraz powstało For Honor, gra na tak małą skalę i intymna, że często trudno skupiać się na czymkolwiek innym niż przeciwnik. Przed rozpoczęciem meczu wyświetlane są mapy, na których będziesz grał, chociaż to bardzo szybko staje się zjawiskiem przypadkowym. Gdy zaczyna się runda, Ty koncentrujesz się na walce, a wszystko wokół krwawi.

Poza niektórymi miejscami, z których można spaść, lub obszarami wpłenionymi z ogniem lub lawą, nic innego się nie liczy. To dużo mówi o formule For Honor. Gra jest tak mocno skoncentrowana na walce, że może ona trwać bez końca lub zakończyć się w przeciągu kilku sekund.

Jednakże chodzi tylko o walkę w For Honor, można o niej dyskutować  długo i względnie obiektywnie, ponieważ wiele ze zdobytych doświadczeń zależy od tego, jak dana osoba i przyjmuje pewne straty. For Honor może i czasami będzie wydawać się frustrujące. Są chwile, kiedy będziesz przekonany, że nie można było zrobić nic, aby się bronić. Chodzi o osoby, które po dwudziestu godzinach gry nie są jeszcze szczególnie dobrew grze. Jeszcze nie.



Jest w tym jednak coś; Coś, co czyni, że zaczynasz dążyć do poprawy, samodoskonalenia i zaczynasz wygrać... i to jest doświadczenie, dla którego warto zagrać.To uczucie, kiedy starasz się wygrać trudny pojedynek, kiedy chcesz zablokować ciężki atak, który w niewłaściwy sposób spowoduje, że cię zabije. Będą chwile, kiedy absolutnie  znienawidzisz For Honor, a zwłaszcza podczas pierwszych kilku godzin rozgrywki. Gra ta wymaga cierpliwości i poświęcenia. Nie można zaprzeczyć, iż fizyka w grze jest na niskim poziomie, nie mniej jednak, nie można zaprzeczyć, że gra daje niesamowitą, surową euforię, po zwycięstwie. 

★★★★☆

Lewis Hill
For Honor at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 17 August 2017

Nioh ★★★★★


Gra taka jak Nioh po prostu musiała się w końcu ukazać. Aczkolwiek nie dlatego że świat czekał na taką grę. Nie, taka gra musiała powstać, ponieważ ktoś musiał wyrwać władzę absolutną From Software, twórcom takich gier jak Dak Souls czy Bloodborne, dotychczas tylko oni mieli monopol na ten styl gier.


No dobra, niby było Lords of the Fallen, ale tak czy owak, uważam że porażka tego tytułu wynika z próby zrobienia Dark Souls jeszcze raz. Niestety było to zrobione od nowa, aczkolwiek nie dodało zupełnie nic nowego do formuły, a rzeczy które żywcem zapożyczali ze znanej serii robili zwyczajnie gorzej.

I w tym momencie wchodzi Nioh, całe na biało. Odświeża on konwencję, dodając do niej wiele nowych możliwości gameplayowych, oraz zupełnie nowy klimat. Świat Dark Souls to typowy zachodni świat fantasy, ale przepuszczony przez azjatycki filtr, kroczyłeś rycerzem w ciężkiej zbroi walczysz dużym mieczem z ogromnym smokiem. Wymusza to specyficzną wolną i ociężałą rozgrywkę (ale to dobrze). Dla kontrastu Nioh to starożytna Japonia. Szybkie przebieranie nogami, machanie lekką kataną i walka z demonami (tutaj zwanymi Oni)

Różnice w rozgrywce są na tyle duże że obydwie gry że od dzisiaj obie gry będą na stałe współistniały na rynku i w świadomości graczy. Dlatego taka gra była potrzebna światu. W końcu coś stanowi konkurencję dla gier From Software, nie poprzez kopiowanie, a adaptację i ewolucję. To właśnie świadczy o sile Nioh, zapożyczenia z serii Souls są widoczne, ale różnice są na tyle duże że gra jest w stanie się obronić  swoją własną mechaniką.

Najciekawszą zmianą jest system zarządzania staminą. Oczywiście że obowiązek kontrolowania jej, nie jest niczym nowym, aczkolwiek cała rozgrywka Nioh kręci się wokół tego. Kiedy zużyjesz całą staminę, nie jesteś w stanie się ruszyć i jest to dokładnie tak okrutna mechanika jak Ci się wydaje. Aczkolwiek, to nie jedyna rzecz na którą cały czas musisz mieć oko. Jeśli zużyjesz całą staminę, pojawi się specjalny wskaźnik, wciśnij R1 w odpowiednim momencie, a pasek ten zapewni się staminą którą pozwoli Ci jeszcze chwilę powalczyć. O dziwo przeciwników dotyczą te same zasady. Ich stamina będzie się zużywała dokładnie tak samo jak twoja, i dokładnie tak samo będą mieli szansę na kontratak.

Poważnie, mechanika staminy, połączona z dynamiczną, intuicyjną walką są wystarczającymi powodami by zarekomendować tę grę. Nawet jeśli to Cię nie przekonuje, naprawdę warto obejrzeć niesamowite projekty poziomów (z masą skrótów i nieoczywistych powiązań do odkrycia). Architektura starożytnej Japonii, oraz jej specyficzna flora i fauna (japońskie kreatury to coś naprawdę niepowtarzalnego), ubrana w stylizowany, pełen kolorów styl graficzny.



Taka gra jak Nioh musiała się ukazać. Rzuca ona wyzwanie grom Souls-like i popycha ich mechanikę do przodu, From Software nie może już dłużej być bierne, a może dzięki temu że Nioh się ukazało i okazało się sukcesem nie potrzebujemy już Dark Souls?

★★★★★

Lewis Hill


Nioh at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 17 July 2017

Halo Wars 2 ★★★☆☆


U niektórych graczy informacja o nowej grze z serii Halo wywołuje szybsze bicie serca. Kiedy okazuje się, że chodzi o RTS-owy spin-off Halo Wars, wielu osobom puls prędko się uspokaja. Halo Wars 2 robi wiele, aby oddać klimat Halo i przekonać konsolowych graczy do zasmakowania w gatunku tradycyjnie kojarzonym z PC. Niestety, skupiając się zbytnio na masowym odbiorcy, twórcy potykają się na podstawowych kwestiach.


Pierwsze wrażenia są niezłe. Cutscenki kosztowały pewnie tyle, że można by wyżywić średniej wielkości państwo przez okrągły rok, a wrażenia artystyczne (grafika i dźwięk) wprowadzają gracza w świat Halo z aksamitną gładkością. Nie ulega wątpliwości, że stworzenie dobrze działającego interfejsu na konsoli to droga przez mękę, ale biorąc pod uwagę pierwszą część, całość wygląda całkiem zgrabnie. Creative Assembly, mające na koncie wiele legendarnych RTS-ów, we współpracy z 343 Industries z pewnością nie mogą zawieźć.

Samouczek daje dobre podstawy, ale dopiero podczas rozgrywania Kampanii nauczysz się mechanizmów rządzących grą. To najlepszy sposób na opanowanie reguł, niezależnie od Twojego doświadczenia z tym gatunkiem, ponieważ zdobędziesz również karty XP i Blitz (więcej o tym wkrótce). Fabuła skupia się wokół organizacji The Banished, zbuntowanego odłamu Covenant, która... no cóż... chodzi o to, żeby uratować wszechświat. Takie tam drobne, codzienne sprawki. Poza kampanią można zagrać The Banished, w końcu kto nie lubi zagrać typem spod ciemnej gwiazdy?

HW2 nie upraszcza formuły RTS w poszczególnych jej składowych (przynajmniej nie na tyle, na ile możnaby się spodziewać). Możesz rozbudowywać bazę, zbierać surowce, zatwierdzać upgrade'y i stale kontrolować swoje jednostki. Najszybsze i najtańsze w produkcji jednostki są również najsłabsze, i choć chciałoby się zagęścić pole bitwy czołgami, to przez takie jednostki ponosimy największe nakłady kosztów i czasu.

Oczywiście nie jest tak, że w grze nie występują żadne uproszczenia. Masz możliwość grania online z lub bez nieograniczonych surowców, zależnie od wybranego trybu, jak i znajdziesz tam same nowe Blitz. Blitz zachęca do zbierania i rozwijania wirtualnych kart. Zagraj kartę, by prędko wezwać jednostkę, zaatakować lub wyczyścić pole bitwy. Każda karta związana jest z kosztami energii; zwiększ swoje generatory energii przez przetrzymanie dwóch czy trzech baz na polu albo niszcząc spadające przedmioty na mapę. Mecze Blitz są bardzo szybkie i dopóki twoja drużyna nie jest zrujnowana, całkiem przyjemne.

Czy będziesz w szoku, kiedy dowiesz się, że paczki z kartami Blitz możesz kupić za prawdziwe pieniądze? Raczej nie. Możesz, jeżeli jesteś na tyle szalony, by wydać odpowiednio dużo pieniędzy w celu zbudowania mocnej talii, wygrywać mecze przede wszystkim dzięki kasie, a nie cierpliwości i umiejętnościom. Niestety nie jest to największa bolączka tej gry.

Przede wszystkim, gra jest stabilna niczym uskok tektoniczny. Nawet grając offline spodziewaj się kilku crashów, zanim zobaczysz zakończenie kampanii. Często występują też rozłączenia z siecią w trybie online, a rozegranie meczu bez żadnych problemów graniczy z cudem. Gdyby tego było mało, każdy przerwany mecz liczony jest jako porażka, nawet jeżeli byłeś sekundy od zwycięstwa.



Rozczarowujące dla gracza jest to, że twórcy sprawiają wrażenie, jakby miał być to prosty flirt z gatunkiem RTS bez możliwości rozwoju. Zapewne da się to jakoś wyjaśnić (niektórzy gracze chyba opuszczają grę z gniewu, a nie przez problemy z siecią), ale główna linia jest taka, że nie jest to pełnoprawny RTS. Zabawa jest niezła w jego najlepszych momentach - szczególnie podczas gry z żywym przeciwnikiem - ale mała ilość rankingowych meczów jest jednym z wielu sygnałów, że jest to zasadniczo niedokończona gra. Halo Wars zawsze oznaczało FPS, a nie RTS.

★★★☆☆

Luke Kemp


Halo Wars 2 at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl