Tuesday, 25 February 2020

1917 ★★★★☆


Serce 1917 to okropności wojenne. Ni więcej, ni mniej, jest to zimne spojrzenie na życie podczas I wojny światowej, z dawką akcji i thrilleru utrzymujących puls widzów.

Lance Cpl. Schofield (George MacKay) i Lance Cpl. Blake (Dean-Charles Chapman) mają za zadanie przedrzeć się przez ziemie niczyje, aby powstrzymać 1600 żołnierzy przed wejściem w niemiecką pułapkę. Przed wyruszeniem w samobójczą misję, w której mają raczej małą szansę na sukces, szybko tworzą duet młodszego brata i starszego brata. W rzeczywistości ten pierwszy ma więcej aktorskich osiągnięć i jest wyraźnie starszy. Ten drugi ostatnio był widziany (przeze mnie) gdy rzucał się z Czerwonej Twierdzy w Grze o Tron, ale tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że był to Tommy B, dopóki nie sprawdziłem dokładnie listy aktorskiej, przed napisaniem recenzji.


Główny duet jest wspierany przez obsadę drugoplanową, pod postacią hordy brytyjskich talentów, biorących wolne od zbijania fortuny z BBC, aby wpaść z eleganckim akcentem na kilka minut. Weźmy na przykład Benedicta Cumberbatcha. Jest opisywany jako jeden z głównych bohaterów, ale łatwo przegapić jego scenę, jeśli wysyłacie zbyt długą wiadomość albo zamawiacie drugi popcorn. To samo dotyczy Roba Starka, (Richard Madden) Moriarty z Sherlocka (Andrew Scott) Merlin i Harry z Kingsman, (Mark Strong i Colin Firth) i Danny z Line of Duty (Daniel Mays). Lista jest długa, a wszystkie nazwiska mogły zostać wykorzystane nieco ciekawiej lub wcale.

Piękne długie ujęcia podkreślają wizualny spektakl, pokazujący rzeczywistość strefy wojennej, w której ciała leżą gnijąc w ziemi, szczury rozprzestrzeniają choroby, a nocne niebo jest jasne jak fajerwerki w Sylwestra. Sam Mendes z pewnością udało się uchwycić zamieszanie związane z postrzałami i ciągnęło mnie do krawędzi fotela przez wiele scen, które fachowo podniosły presję.

Film ma dwa proste rytmy. Krótkie chwile wytchnienia, aby umożliwić budowanie postaci i szybkie rozmowy, a następnie napięte, dłuższe sekcje, w których kamera podąża za aktorami przez kilka minut, gdy przedzierają się przez terytorium wroga lub próbują zlokalizować coś wśród chaosu. Wygląda to tak, jakby film został nakręcony w jednym długim ujęciu i jest to widok warty zobaczenia. Jest to technika, która nie jest zbyt często używana i musiało być bardzo trudno zapewnić, że wszystko przebiegnie w odpowiednim momencie. W tym celu 1917 prawie nie traci tempa, kończąc spektakl w niecałe dwie godziny.


Jeśli 1917 ma przesłanie to jest to fakt, że nikomu po drugiej stronie nie można ufać. Chłopcy w są wysyłani na śmierć przez mężczyzn, którzy nigdy nie staną na prawdziwym polu bitwy. Na szczęście publiczność wróci do domów, chociaż na pewno nie taka sama.


★★★★☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 21 February 2020

Just Dance 2020 ★★★☆☆


Kiedy byłem dzieckiem, prawie wszyscy mieli zapakowane w zakurzonym kącie maty do tańca, powoli żółknące, oczywiście bez złącz, które zgubiły się w kronikach czasu. Jeśli mieliście pecha to już dawno ktoś wciągnął je odkurzaczem, zwłaszcza jeśli wiedział, że lubicie „gry”. Nie wiele razy można też słuchać tej samej piosenki, zanim zaczniecie powoli szaleć. Choć nie jest to poziom Metal Gear Solid, nadal mam specjalne miejsce do gier rytmicznych w moim sercu.

Just Dance istnieje już od dekady, poprawiając próby mat z przeszłości, przez wymianę ich na zręczność i szybkość ruchów dłoni. Rozgrywka polega na przesuwaniu ciała w rytm do melodii, z coraz większymi trudnościami, które tylko geniusz rytmiczny ma szansę wyćwiczyć. Gra jest tak uzależniająca, jak nigdy dotąd, a przy tym jest tak samo responsywna, jak pamiętam z dawnych lat. Wasze wrażenia mogą się różnić w zależności od wybranej konsoli, a jeśli używacie Wii U, a nie PS4, możecie znaleźć wiele różnic chociażby w oznaczeniach.

Dodano 40 nowych piosenek od wielu popularnych artystów, więc jest dość różnorodnie. Gra obsługuje używanie smartfona jako kontrolera, a nowe utwory pobierzemy za pośrednictwem Just Dance Unlimited na nowszych platformach. Płatna usługa subskrypcji dodaje ponad 500 utworów, dzięki czemu łatwiej jest znaleźć coś, co odpowiada naszym osobistym gustom. Możemy wybrać pakiety 24-godzinny, 1-miesięczny, 3-miesięczny i 12-miesięczny.


Istnieje tryb ćwiczeń, zaprojektowany do śledzenia spalonych kalorii, co jest przydatne, jeśli kupujecie grę głównie do ćwiczeń. Istnieje również tryb dziecięcy o tym samym celu, ale większość ludzi i tak prawdopodobnie nie będzie go używać. Wreszcie tryb All-Stars zabierze nas do jednych z bardziej niezapomnianych występów ostatniej dekady. Biorąc pod uwagę to wszystko, można śmiało powiedzieć, że niewiele się zmieniło od ostatniej części.

Oczywiście Just Dance ma oddaną, zagorzałą rzeszę fanów, którzy utrzymają ją w dającej się przewidzieć przyszłości, a gry wciąż nie odstają jakością. Szkoda, że ​​musimy korzystać z ich usługi subskrypcji, aby zdobyć dodatkowe utwory, ale łatwo też zapomnieć, że lista jest ograniczona. Czy  jednak naprawdę można usprawiedliwiać tym wydawanie tej samej gry raz za razem, z kilkoma nowymi utworami? Prawdopodobnie lepiej wyglądałoby to jako DLC lub jako gratis do 12-miesięcznej subskrypcji.

Gra wyszła też na oryginalnej wersji Wii, niejako utrzymując konsolę przy życiu przez kolejny rok. W pewnym sensie Just Dance jest też trochę reliktem, ale też grą, która od dekady jest dobrą imprezową opcją.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 18 February 2020

The Outer Worlds ★★★★★


„The Outer Worlds” to najnowsza gra studia Obsidian, które zostało niedawno przejęte przez Microsoft i jeśli jest jedna rzecz, którą mogę powiedzieć na podstawie moich blisko 40 godzin w tym świecie, to jest to bardzo dobra inwestycja ze strony Microsoftu.

Akcja gry toczy się w odległej przyszłości, w której ludzkość kolonizuje inne światy w alternatywnych układach słonecznych, w której wcielamy się w postać, która znajdowała się na jednym z kolonizujących statków, który nieco się opóźnił (o 70 lat!). Musimy spróbować uratować zamrożonych towarzyszy i poznać prawdę o tym, co dzieje się w systemie Halcyon. Nie możemy jednak spowodować chaosu, bo w The Outer Worlds piękne jest to, że naprawdę możemy pokierować historię w różnych kierunkach, dokonując wyborów - co tu dużo mówić, możemy też po prostu zabić wszystkich i tyle.


Gra jest duchowym następcą „Fallout: New Vegas”, nad którym studio Obsidian pracowało wcześniej, ale z mniejszym rozmachem. W przeciwieństwie do „New Vegas” gra nie jest tak naprawdę otwartym światem, ale raczej szeregiem sandboxów, w których spotykamy z wieloma różnymi zadaniami do wykonania i łupami do znalezienia. Jest bardziej zbliżona do „Borderlands” i bardzo doceniana, ponieważ wydaje się być bardziej sesyjna, pod względem czasu, który z nią spędzamy - możemy stawiać małe kroki powoli każdego dnia, niezależnie od tego, czy będzie to rozwijanie historii, czy oczyszczanie kolejnego obszaru.

Trzon rozgrywki też jest zupełnie inny. Każdy obszar zaczyna się od głównego zadania, które rozgałęzia się na wiele innych, a te znowu są w jakiś sposób powiązane. Boczne historie w grze są wyjątkowe, a scenariusz jest doskonały. Napotkani towarzysze mają niesamowite historie, których nie sposób pominąć (podobnie jak w „Mass Effect”), a moją jedyną prawdziwą skargą dotyczącą gry jest to, że walka wydaje się nieco nie nadążać za innymi aspektami gry. Jest okej, ale nie zwali Was z nóg. Nie jest tak zabawna jak w „Fallout 4”, czy „Borderlands 3”. Jest trochę kulą u nogi tej świetnej produkcji, chociaż ma ciekawą mechanikę, w postaci zdolności do spowalniania czasu.

Jednym z moich ulubionych aspektów jest to, że nie jest to 100-godzinny moloch, co wprowadza odświeżającą zmianę. Gra jest zbudowana tak, aby była na tyle zróżnicowana w historii, by można go było podchodzić do niej wiele razy i mieć bardzo różne wyniki, jednak samo ogranie jej więcej niż raz zapewnia satysfakcjonujące doświadczenie. Wiele rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w gigantycznych grach RPG, zostało usuniętych, pozostawiając kolekcję naprawdę mięsnych, fabularnych zadań. To powiew świeżości w porównaniu z tyloma innymi grami, które próbują spakować jak najwięcej treści. Wszystko, co robimy w „The Outer Worlds” ma wpływ na otaczający nas świat, czasem w sposób, którego nie będziemy w stanie przewidzieć.


Nie prześpijcie jednej z najlepszych zachodnich gier RPG tej generacji, która nie tylko wydobywa co najlepsze z „Fallouta”, ale jest również tak wyjątkowa, że będziemy cierpieć, po każdym jej zakończeniu.


★★★★★
Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 16 February 2020

MediEvil ★★★☆☆


MediEvil to kolejna pozycja z Sony PlayStation, która została całkowicie przerobiona na konsole obecnej generacji. Jest kontynuacją serii niesamowitych (i dość trudnych) remake’ów „Spyro” i „Crasha Bandicoota”, czyli nowe „Spyro Reignited Trilogy” i „Crash Bandicoot N. Sane Trilogy”.


Pierwszą rzeczą, którą zauważycie, jest zaktualizowana grafika, już na pierwszy rzut oka znacząco różniąca się od oryginału. Ten styl doskonale pasuje do tej gry, a całość jest dobrze zoptymalizowana - nie miałem żadnych problemów z płynnością gry, co obecnie, pod koniec generacji, nie jest już takie oczywiste.


W grze wcielamy się w Sir Daniela Fortesque, który został sprowadzony do krainy żywych, aby pozbyć się z Gallowmere złego Zaroka i jego hord równie złych stworów. Historia naprawdę nie ma o czym opowiadać i jest jedynie tłem dla tego, co będziemy robić w grze. Rozgrywka polega na przechodzeniu przez różne poziomy w Gallowmere, wybierane z mapy świata, w których będziemy korzystać z szerokiej gamy broni, aby zabić każdego demona na swojej drodze. Nie macie broni? Użyjcie ręki. Wyrwijcie i wymachujcie. Działa całkiem nieźle

Głównym problemem, jaki mam z tym tytułem i zarazem wszystkimi tego rodzaju remake'ami, są próby odtworzenia oryginalnych mechanik, które nie pozostawiają wiele miejsca na innowacje. Przykładowo, jeśli graliście w wersję na PS1, to wiecie, że kamera zachowuje się tam okropnie, zwłaszcza kąt z jakiej obserwujemy naszą postać i niestety wciąż jest to bardzo obecne w remake'u. Jest tu nowa opcja, kamera „za ramieniem”, ale frustracja związana z niemożnością dojrzenia tego, co chcemy widzieć, wciąż budzi emocje.

Ten format remake'u prowadzi również do braku nowych treści, co oznacza, że ​​kiedy nostalgia się skończy, gramy już w grę, którą kiedyś już ukończyliśmy(co jest w porządku, ale fajnie jest też mieć kilka niespodzianek). Osobiście mam nadzieję, że w końcu, któraś z odnowionych gier będzie wydawana z nowymi poziomami i dodatkową treścią, aby było to  bardziej opłacalne dla starych fanów.


Być może problemem nie jest gra lub format - być może prawdziwym problemem jest to, jak my, gracze, reagujemy na takie gry. Myślę, że wielu z nas nosi te różowe okulary, jeśli chodzi o gry, które tak bardzo kochaliśmy od dzieciństwa i młodości, co sprawia, że być może nieumyślnie stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko, jeśli chodzi o ich odnowione wersje. Nostalgia nie załatwi całej roboty, a gra taka jak „MediEvil”, która ma słabo rozbudowaną walkę i mechaniki, może nigdy nie wydawać się tak cudowna jak za pierwszym razem - nawet z ulepszoną grafiką.

Jeśli graliście w początkowe wydanie kilkadziesiąt lat temu i chcecie ponownie rozbudzić w sobie pasję do gry, z pewnością poleciłbym Wam odnowione MediEvil. Jeśli kupicie grę, nie spodziewajcie się jednak, że będzie tak zróżnicowana pod względem rozgrywki i mechanik, jak gry obecnej generacji, bo na pewno się rozczarujecie.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 13 February 2020

Dragon Ball Z: Kakarot ★★★★☆


DBZ: Kakarot to dla mnie bardzo interesująca produkcja, głównie ze względu na klasyczne anime, na którym się opiera i było ono ważną częścią mojego dzieciństwa. W każdą sobotę rano bardzo wyczekiwałam kolejnego odcinka i zarazem kolejnej potyczki sił zła z najpotężniejszymi wojownikami. Do tego spędziłam sporo czasu czytając mangę za pośrednictwem Shonen Jumpa.


„Dragon Ball Z: Kakarot” obiecywał, że będzie doskonałym ARPG, jednym z moich ulubionych gatunków gier, więc można śmiało powiedzieć, że moje oczekiwania były wysokie. Problem polega na tym, że zawsze istnieje szansa na rozczarowanie… Niestety, jeśli chodzi o rozgrywkę, to właśnie tak się tutaj stało.

W grze jest naprawdę wiele do zrobienia, walka, wędkarstwo i eksploracja dużych (troszkę pustych) sekcji otwartego świata. Tak naprawdę nic nie wydaje się szczególnie kuszące, szczególnie jeśli chodzi o poboczne zadania, które są w większości najprostszymi opowieściami wykorzystywanymi tylko do zdobywania kolejnych poziomów. Jeśli lubicie grind to nie jest źle, ale jeśli szukacie solidnego budowania historii i postaci, to nie jest kolorowo. Moje ulubione gry zwykle wplatają zadania poboczne w fabułę, uzupełniając wszystko, co dzieje się w zadaniu głównym i budując otaczający ich świat w miarę postępów.

Z drugiej strony główna historia jest tak spektakularna, jak zapewne pamiętacie z anime. Każda saga jest podzielona na sekcje, każda po około 10 godzin, od sagi Saiyan aż do niesławnej sagi Buu. Nie ma potrzeby znać fabuły, jednak jeśli oglądaliście anime lub czytaliście mangę to poczujecie przyjemną nostalgię. Fabuła prezentuje się w tym formacie bardzo dobrze, a walki towarzyszą przerywnikom filmowym, zapewniając fajną równowagę. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że historia ​​jest tak dobra, że rekompensuje braki po stronie ARPG.

Mówiąc szczerze, gra jest bardziej przygodówką grą niż RPG. Większość XP pochodzi z wielkich walk fabularnych i nigdy nie czułam, że potrzebuję grindować misje poboczne lub inne aktywności. Jeśli jednak chcecie odkryć więcej i walczyć z ukrytymi bossami warto się w nie mimo wszystko zagłębić. W trakcie gry wcielamy się w wiele postaci, w zależności od tego, na jakim etapie historii jesteśmy, co pomaga uwzględnić śmierci bohaterów i ich powroty w głównych wątkach fabularnych.

Grafika jest prawdopodobnie najlepszą częścią gry, ponieważ naprawdę przypomina anime. Podobało mi się odkrywanie świata i znajdowanie wszystkich tajemnic, które miał do zaoferowania - zwłaszcza przeczesywanie zakamarków miast - coś, czego nie widać zbyt często w anime. Nawet po napisach końcowych nadal chciałam odkrywać i mam nadzieję na kontynuację obejmującą „Dragon Ball Super”, najnowsze anime z serii „Dragon Ball”.


Jeśli jesteście fanami „Dragon Ball Z”, pokochacie tę grę. Jeśli nie jesteście, ale uwielbiacie dobre historie, będzie równie dobrze, jednak nie spodziewajcie się wiele od rozgrywki, czy elementów RPG, ponieważ tak naprawdę gra nie wnosi nic nowego do tego co już znamy w tym gatunku.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 11 February 2020

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie ★★☆☆☆


Na początku powinienem zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz: nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Nie, że jestem jakimś przeciwnikiem - wręcz przeciwnie, widziałem każdy film w tej sadze i śledziłem ją od dziecka. Jednak nie cenię tej serii na tyle, na ile zapewne wielu z Was. Jestem raczej neutralny. Równie ważne jest też to, że nie zraził mnie Ostatni Jedi. Jak by to nie wyglądało, odhaczyłem wszystkie filmy Star Wars… dla zasady. Wiem, wiem - jestem idiotą…


Mając to na uwadze, w jaki sposób Skywalker Odrodzenie wypadło w moich oczach? Oczywistym jest, że ta recenzja będzie zawierać niewielkie spoilery, więc ostrzegam tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli.

Jako ostatni wpis w „Sadze Skywalker”, Odrodzenie z pewnością ma wiele do naśladowania - a dokładnie ujmując - 8 filmów. Na początek mamy typowo bardzo prostą fabułę z Gwiezdnych Wojen, która przyniesie kilka niespodzianek. Gdy Rey (Daisy Ridley) kończy szkolenie na Jedi, niebezpieczeństwo wstaje z popiołów, gdy zły Emperor Palpatine (Ian McDiarmid) tajemniczo powraca z martwych. Nasza bohaterka ponownie łączy siły z Finnem (Johnem Boyegą) i Poe (Oscarem Izaakiem) i wyrusza w ostatnią przygodę, która może zadecydować o losie galaktyki.

Ta dość nieoczekiwana narracja wiąże się z największą porażką filmu - jest po prostu zbyt przewidywalna i po prostu niezgodna z koncepcją wybuchowej kulminacji, której się spodziewaliśmy. Ostatecznie film jest zbyt bezpieczny, stając się raczej miernym epilogiem niż wielką kulminacją. Nie oznacza to, że film jest całkowicie pozbawiony pozytywów. Sceny Kylo Rena (Adam Driver) i Rey nadal reprezentują trzecią trylogię w sadze, przedstawiając jedne z najlepszych i najbardziej przejmujących scen, podczas gdy nowo przybyły Richard E. Grant oferuje kradnący całą uwagę występ generała pierwszego Pryde'a. Wybuchowa grafika tego filmu oferuje także wiele emocji na dużym ekranie, podczas gdy John Williams oferuje kolejną fenomenalną partyturę, która ugruntowuje go jako prawdziwego MVP Sagi Skywalker.


Jednak w Gwiezdnych wojnach: Skywalker Odrodzenie zło przeważa nad dobrem, czy raczej wady nad zaletami. Przede wszystkim największym problemem filmu jest powrót cesarza Palpatine'a. Określany przez niektórych krytyków jako „leniwe, narracyjne oszustwo”. Dziwny powrót Palpatine'a do sagi jest wymuszony i pozbawiony jakiejkolwiek logiki, poza tym, że daje sadze wielkie zakończenie - przywracając przeciwnika z oryginalnej trylogii jako ostatecznego przeciwnika dla Rey. Chociaż Ostatni Jedi był krytykowany za odejście od formatu całej franczyzy, uważam, że z tego powodu zostanie uznany za jeden z najlepszych. Miał swoje momenty. Skywalker Odrodzenie nie. To wszystko.

Ostatecznie Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie nie ma pasji Przebudzenia Mocy i innowacyjności Ostatniego Jedi, czego zwieńczeniem jest film, który wydaje się niczym więcej niż tylko zakończeniem luźnych wątków. Film jest rozczarowująco nijakim i frustrująco nużącym wpisem do ukochanej sagi, która niestety kończy opowieść Skywalkera smutną nutą.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 10 February 2020

Rambo V ★★☆☆☆


W najnowszej odsłonie długiej serii filmów Sylvester Stallone znów eksploduje na dużym ekranie w rzekomo ostatnim filmie jednej z jego najbardziej znanych serii. 11 lat odkąd Sly posługiwał się nożem, Rambo V podąża za tytułowym bohaterem, który wyrusza w podróż do Meksyku, aby uratować swoją siostrzenicę, która została porwana przez barbarzyński kartel. Kiedy usiłuje pogodzić się z wieloma demonami swojej przeszłości (tj. wszystkim co zrobił w częściach 1-4), Rambo musi ponownie obudzić w sobie maszynę do zabijania, po raz ostatni marnując czas na niekończącą się hordę bezimiennych zbirów.


Po pierwsze - i co najważniejsze dla Was, fanów Rambo - “piątka” to krwawa masakra od deski do deski, która robi więcej niż trzeba, aby dostać klasyfikację 18+ BBFC. Pokazana tutaj rzeź jest makabryczna, wykańczająca i czasami niekomfortowa do oglądania, co sprawia, że ​​oglądanie nie jest ani zabawne ani ekscytujące, a w prawdzie nawet dość niepokojące. Podczas gdy odrobina przesadnej przemocy na ekranie może czasami zapewnić humorystycznie przesadzone i zabawne wrażenia kinowe, tutaj jest to po prostu niepokojąca. Kiedy ton filmu jest tak poważny i ciemny, przemoc na tym poziomie nie wydaje się ani trochę przystępna.

Co więcej, film jest zacofany w swoim stereotypowym przedstawieniu Meksyku - jaki i zarazem w przedstawieniu Latynosów - jako niewiele więcej niż przemoc, przestępczość i narkotyki. Ogromne stereotypy są tutaj czymś, co dawno powinno umrzeć w dziełach kinowych, a trudno jest to przełknąć, kiedy mamy kogoś takiego jak Stallone, który powinien wiedzieć, jak trudny może być to temat. Ksenofobia jest tutaj wyjątkowo przestarzała i denerwująca, a czasami nawet nastręcza się nam pod postacią „białego wybawiciela”.

Na poziomie narracyjnym “piątka” nie wkracza na żadne nowe wody. Pomimo prób wprowadzenia egzystencjalnych motywów do filmu, poprzez ujęcia Rambo żyjącego cicho na swoim ranczu, Stallone nie jest w stanie wynieść tej roli, na poziom, w którym bohater nie wydawałby się płaski jak postacie w Contrze. Podobnie jak w przypadku każdego z jego ostatnich filmów, wiemy, że oglądamy Sylvestra Stallone - to co gra, jest zupełnie nieistotne. Może to być Rambo, Rocky lub Barney Ross - na jedno wychodzi…


Koniec końców to jednak film Rambo, więc nie sądzę, że przeciętni widzowie będą mieć problemu z powodu przekłamań kulturowych i na pewno nie przejmą się nadmierną przemocą. Jak na film o Rambo, zgaduję, że wypada całkiem nieźle. Trudno krytykować go za bycie dokładnie tym, co jest napisane na okładce, bo tak się składa, że już okładka informuje nas, że to “Chłam”.

Wiemy czego się spodziewać po Rambo i chociaż seria nie nadąża za duchem czasu, wieloletni fani uzbrojonego w nóż jednoosobowego wojska z pewnością będą zachwyceni tą niepokojącą rzezią, dla której, mam nadzieję, to już rzeczywiście koniec. Chociaż nie liczyłbym na to. W końcu Sylvester Stallone już wyraził zainteresowanie powrotem do tej roli w najbliższej przyszłości. Boże, dopomóż nam.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl