Saturday, 29 February 2020

Warhammer: Chaosbane ★★★★☆


Za dzieciaka kolekcjonowałem Warhammera i uwielbiałem malować figurki, mieszać styropian z płynnym cementem, tworząc ściany zamku i samemu prowadzić bitwy. Było tak, ponieważ nawet w świecie wyalienowanych nastolatków byłem odosobniony społecznie i rzadko mogłem znaleźć kogoś, z kim mógłbym się bawić. Warhammer Chaosbane, dość solidny klon Diablo, pozwala mi ponownie doświadczyć tego uczucia, mając fajny tryb dla jednego gracza i albo straszny system dobierania graczy, albo ogromny brak graczy, którzy chcą ze mną grać. Ehh... Czyli tak jak za dawnych czasów.

Wcieliłem się w Chaosbane jako Elessa, niezbyt szykowna, zarozumiała leśna elfka z głodem zemsty, grubym głosem (i z bardzo sztucznym angielskim akcentem), która jest tak biegła w łucznictwie, że mogłaby oglądać świat przez dziurę w głowie Robin Hooda, Legolasa i Hawkeye'a, zanim Ci zdążyliby spróbować swojej ulubionej sztuki ze strzelaniem strzałą w strzałę.


Fabuła Chaosbane nie jest niesamowita, miała takie tempo, że nudziła mnie na śmierć powoli jak zatruty Pippin Coxa. Złapałem się na tym, że słucham podcastów o Historii Francuskiej zamiast zwracać na to uwagę co się dzieje w akcie drugim, a muszę dodać, że historia francuska nie jest czymś, za czym szaleję. Jeśli jednak lubicie izometryczne Diablo ORAZ świat Warhammera, to ta propozycja może podejść Wam bardziej niż mnie.

Grafika jest cudna, a rozgrywka, choć uzależniająca, nie została zaprojektowana by spełniać ten cel na pierwszym miejscu - nie żebym był uzależniony tak jak od Candy Crusha. To była solidna gra i nie miałbym nic przeciwko, by wrócić po więcej. To samo myślę też o pączkach z tłustego czwartku. Głosy, muzyka, fabuła i zwykli wrogowie są bezbłędni, ale to nic niezapomnianego. „Rzadkie” łupy pojawiały się tak często, że dostałem trofeum za pełne uzbrojenie się w rzadką zbroję w ciągu zaledwie kilku godzin, więc byłoby miło mieć tu element wyzwania, ponieważ żadna nagroda nigdy nie wydawała się nagrodą.

Wiele mechanik było dla mnie niedostępnych do późnej fazy gry, a ja bezsensownie zbierałem te rzeczy wyglądające na żelki przez trzy akty (spośród czterech), zanim mogłem je wykorzystać do ulepszenia czegokolwiek. Skończyłem grę (dość szybkim tempem) na poziomie 43, a 50 poziom to max, więc nie zmusza nas do grindowania.


Rozgrywka i bossowie są jednak fantastyczni, bossowie są mieszanką standardowego RPG i walki Bullet-Hell, choć sprowadza się do „Unikania rzeczy i uderzania w coś” , uznałem ją za dokładnie tak trudną, jakbym sobie tego życzył.

Mógłbym pisać przez kilka dni lub co najmniej 545 słów o słabych stronach Warhammer: Chaosbane. Szczerze mówiąc, uważam, że to świetna gra, choć nie jestem do końca pewien dlaczego. Cztery akty składające się na cztery spore mapy po prostu działają, a pokonywanie bossów, wyprawy itp. nie są dla mnie wystarczającym kontentem w końcowej fazie gry. Jednak jako izometryczny dungeon crawler gra była szaloną przygodą, a nie jest nawet w pełnej cenie.

Czas, który jestem gotów poświęcić na grę, która jest poza moim ulubionym gatunkiem, to około 10 godzin. I to wystarczyło. Mam wrażenie, że fani Warhammera z przyjemnością zobaczą pierwszą dobrą grę Warhammer od Shadow of the Horned Rat na PSone, podczas gdy fani Diablo uznają to za tytuł wypełniający lukę przed następnym dobrym Diablo.

Ogólnie rzecz biorąc, jeśli gapicie się na swoje pudełko Diablo 3 umieszczone pomiędzy Sacred 2 i 3, i chcecie czegoś nowego, co jest w zasadzie tą samą grą, ale nie tak dobrą, Warhammer: Chaosbane, jest wart Waszego czasu.


★★★★☆
David Roberts



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 25 February 2020

1917 ★★★★☆


Serce 1917 to okropności wojenne. Ni więcej, ni mniej, jest to zimne spojrzenie na życie podczas I wojny światowej, z dawką akcji i thrilleru utrzymujących puls widzów.

Lance Cpl. Schofield (George MacKay) i Lance Cpl. Blake (Dean-Charles Chapman) mają za zadanie przedrzeć się przez ziemie niczyje, aby powstrzymać 1600 żołnierzy przed wejściem w niemiecką pułapkę. Przed wyruszeniem w samobójczą misję, w której mają raczej małą szansę na sukces, szybko tworzą duet młodszego brata i starszego brata. W rzeczywistości ten pierwszy ma więcej aktorskich osiągnięć i jest wyraźnie starszy. Ten drugi ostatnio był widziany (przeze mnie) gdy rzucał się z Czerwonej Twierdzy w Grze o Tron, ale tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że był to Tommy B, dopóki nie sprawdziłem dokładnie listy aktorskiej, przed napisaniem recenzji.


Główny duet jest wspierany przez obsadę drugoplanową, pod postacią hordy brytyjskich talentów, biorących wolne od zbijania fortuny z BBC, aby wpaść z eleganckim akcentem na kilka minut. Weźmy na przykład Benedicta Cumberbatcha. Jest opisywany jako jeden z głównych bohaterów, ale łatwo przegapić jego scenę, jeśli wysyłacie zbyt długą wiadomość albo zamawiacie drugi popcorn. To samo dotyczy Roba Starka, (Richard Madden) Moriarty z Sherlocka (Andrew Scott) Merlin i Harry z Kingsman, (Mark Strong i Colin Firth) i Danny z Line of Duty (Daniel Mays). Lista jest długa, a wszystkie nazwiska mogły zostać wykorzystane nieco ciekawiej lub wcale.

Piękne długie ujęcia podkreślają wizualny spektakl, pokazujący rzeczywistość strefy wojennej, w której ciała leżą gnijąc w ziemi, szczury rozprzestrzeniają choroby, a nocne niebo jest jasne jak fajerwerki w Sylwestra. Sam Mendes z pewnością udało się uchwycić zamieszanie związane z postrzałami i ciągnęło mnie do krawędzi fotela przez wiele scen, które fachowo podniosły presję.

Film ma dwa proste rytmy. Krótkie chwile wytchnienia, aby umożliwić budowanie postaci i szybkie rozmowy, a następnie napięte, dłuższe sekcje, w których kamera podąża za aktorami przez kilka minut, gdy przedzierają się przez terytorium wroga lub próbują zlokalizować coś wśród chaosu. Wygląda to tak, jakby film został nakręcony w jednym długim ujęciu i jest to widok warty zobaczenia. Jest to technika, która nie jest zbyt często używana i musiało być bardzo trudno zapewnić, że wszystko przebiegnie w odpowiednim momencie. W tym celu 1917 prawie nie traci tempa, kończąc spektakl w niecałe dwie godziny.


Jeśli 1917 ma przesłanie to jest to fakt, że nikomu po drugiej stronie nie można ufać. Chłopcy w są wysyłani na śmierć przez mężczyzn, którzy nigdy nie staną na prawdziwym polu bitwy. Na szczęście publiczność wróci do domów, chociaż na pewno nie taka sama.


★★★★☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 21 February 2020

Just Dance 2020 ★★★☆☆


Kiedy byłem dzieckiem, prawie wszyscy mieli zapakowane w zakurzonym kącie maty do tańca, powoli żółknące, oczywiście bez złącz, które zgubiły się w kronikach czasu. Jeśli mieliście pecha to już dawno ktoś wciągnął je odkurzaczem, zwłaszcza jeśli wiedział, że lubicie „gry”. Nie wiele razy można też słuchać tej samej piosenki, zanim zaczniecie powoli szaleć. Choć nie jest to poziom Metal Gear Solid, nadal mam specjalne miejsce do gier rytmicznych w moim sercu.

Just Dance istnieje już od dekady, poprawiając próby mat z przeszłości, przez wymianę ich na zręczność i szybkość ruchów dłoni. Rozgrywka polega na przesuwaniu ciała w rytm do melodii, z coraz większymi trudnościami, które tylko geniusz rytmiczny ma szansę wyćwiczyć. Gra jest tak uzależniająca, jak nigdy dotąd, a przy tym jest tak samo responsywna, jak pamiętam z dawnych lat. Wasze wrażenia mogą się różnić w zależności od wybranej konsoli, a jeśli używacie Wii U, a nie PS4, możecie znaleźć wiele różnic chociażby w oznaczeniach.

Dodano 40 nowych piosenek od wielu popularnych artystów, więc jest dość różnorodnie. Gra obsługuje używanie smartfona jako kontrolera, a nowe utwory pobierzemy za pośrednictwem Just Dance Unlimited na nowszych platformach. Płatna usługa subskrypcji dodaje ponad 500 utworów, dzięki czemu łatwiej jest znaleźć coś, co odpowiada naszym osobistym gustom. Możemy wybrać pakiety 24-godzinny, 1-miesięczny, 3-miesięczny i 12-miesięczny.


Istnieje tryb ćwiczeń, zaprojektowany do śledzenia spalonych kalorii, co jest przydatne, jeśli kupujecie grę głównie do ćwiczeń. Istnieje również tryb dziecięcy o tym samym celu, ale większość ludzi i tak prawdopodobnie nie będzie go używać. Wreszcie tryb All-Stars zabierze nas do jednych z bardziej niezapomnianych występów ostatniej dekady. Biorąc pod uwagę to wszystko, można śmiało powiedzieć, że niewiele się zmieniło od ostatniej części.

Oczywiście Just Dance ma oddaną, zagorzałą rzeszę fanów, którzy utrzymają ją w dającej się przewidzieć przyszłości, a gry wciąż nie odstają jakością. Szkoda, że ​​musimy korzystać z ich usługi subskrypcji, aby zdobyć dodatkowe utwory, ale łatwo też zapomnieć, że lista jest ograniczona. Czy  jednak naprawdę można usprawiedliwiać tym wydawanie tej samej gry raz za razem, z kilkoma nowymi utworami? Prawdopodobnie lepiej wyglądałoby to jako DLC lub jako gratis do 12-miesięcznej subskrypcji.

Gra wyszła też na oryginalnej wersji Wii, niejako utrzymując konsolę przy życiu przez kolejny rok. W pewnym sensie Just Dance jest też trochę reliktem, ale też grą, która od dekady jest dobrą imprezową opcją.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 18 February 2020

The Outer Worlds ★★★★★


„The Outer Worlds” to najnowsza gra studia Obsidian, które zostało niedawno przejęte przez Microsoft i jeśli jest jedna rzecz, którą mogę powiedzieć na podstawie moich blisko 40 godzin w tym świecie, to jest to bardzo dobra inwestycja ze strony Microsoftu.

Akcja gry toczy się w odległej przyszłości, w której ludzkość kolonizuje inne światy w alternatywnych układach słonecznych, w której wcielamy się w postać, która znajdowała się na jednym z kolonizujących statków, który nieco się opóźnił (o 70 lat!). Musimy spróbować uratować zamrożonych towarzyszy i poznać prawdę o tym, co dzieje się w systemie Halcyon. Nie możemy jednak spowodować chaosu, bo w The Outer Worlds piękne jest to, że naprawdę możemy pokierować historię w różnych kierunkach, dokonując wyborów - co tu dużo mówić, możemy też po prostu zabić wszystkich i tyle.


Gra jest duchowym następcą „Fallout: New Vegas”, nad którym studio Obsidian pracowało wcześniej, ale z mniejszym rozmachem. W przeciwieństwie do „New Vegas” gra nie jest tak naprawdę otwartym światem, ale raczej szeregiem sandboxów, w których spotykamy z wieloma różnymi zadaniami do wykonania i łupami do znalezienia. Jest bardziej zbliżona do „Borderlands” i bardzo doceniana, ponieważ wydaje się być bardziej sesyjna, pod względem czasu, który z nią spędzamy - możemy stawiać małe kroki powoli każdego dnia, niezależnie od tego, czy będzie to rozwijanie historii, czy oczyszczanie kolejnego obszaru.

Trzon rozgrywki też jest zupełnie inny. Każdy obszar zaczyna się od głównego zadania, które rozgałęzia się na wiele innych, a te znowu są w jakiś sposób powiązane. Boczne historie w grze są wyjątkowe, a scenariusz jest doskonały. Napotkani towarzysze mają niesamowite historie, których nie sposób pominąć (podobnie jak w „Mass Effect”), a moją jedyną prawdziwą skargą dotyczącą gry jest to, że walka wydaje się nieco nie nadążać za innymi aspektami gry. Jest okej, ale nie zwali Was z nóg. Nie jest tak zabawna jak w „Fallout 4”, czy „Borderlands 3”. Jest trochę kulą u nogi tej świetnej produkcji, chociaż ma ciekawą mechanikę, w postaci zdolności do spowalniania czasu.

Jednym z moich ulubionych aspektów jest to, że nie jest to 100-godzinny moloch, co wprowadza odświeżającą zmianę. Gra jest zbudowana tak, aby była na tyle zróżnicowana w historii, by można go było podchodzić do niej wiele razy i mieć bardzo różne wyniki, jednak samo ogranie jej więcej niż raz zapewnia satysfakcjonujące doświadczenie. Wiele rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w gigantycznych grach RPG, zostało usuniętych, pozostawiając kolekcję naprawdę mięsnych, fabularnych zadań. To powiew świeżości w porównaniu z tyloma innymi grami, które próbują spakować jak najwięcej treści. Wszystko, co robimy w „The Outer Worlds” ma wpływ na otaczający nas świat, czasem w sposób, którego nie będziemy w stanie przewidzieć.


Nie prześpijcie jednej z najlepszych zachodnich gier RPG tej generacji, która nie tylko wydobywa co najlepsze z „Fallouta”, ale jest również tak wyjątkowa, że będziemy cierpieć, po każdym jej zakończeniu.


★★★★★
Hannah Read



Get your daily CeX at

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 16 February 2020

MediEvil ★★★☆☆


MediEvil to kolejna pozycja z Sony PlayStation, która została całkowicie przerobiona na konsole obecnej generacji. Jest kontynuacją serii niesamowitych (i dość trudnych) remake’ów „Spyro” i „Crasha Bandicoota”, czyli nowe „Spyro Reignited Trilogy” i „Crash Bandicoot N. Sane Trilogy”.


Pierwszą rzeczą, którą zauważycie, jest zaktualizowana grafika, już na pierwszy rzut oka znacząco różniąca się od oryginału. Ten styl doskonale pasuje do tej gry, a całość jest dobrze zoptymalizowana - nie miałem żadnych problemów z płynnością gry, co obecnie, pod koniec generacji, nie jest już takie oczywiste.


W grze wcielamy się w Sir Daniela Fortesque, który został sprowadzony do krainy żywych, aby pozbyć się z Gallowmere złego Zaroka i jego hord równie złych stworów. Historia naprawdę nie ma o czym opowiadać i jest jedynie tłem dla tego, co będziemy robić w grze. Rozgrywka polega na przechodzeniu przez różne poziomy w Gallowmere, wybierane z mapy świata, w których będziemy korzystać z szerokiej gamy broni, aby zabić każdego demona na swojej drodze. Nie macie broni? Użyjcie ręki. Wyrwijcie i wymachujcie. Działa całkiem nieźle

Głównym problemem, jaki mam z tym tytułem i zarazem wszystkimi tego rodzaju remake'ami, są próby odtworzenia oryginalnych mechanik, które nie pozostawiają wiele miejsca na innowacje. Przykładowo, jeśli graliście w wersję na PS1, to wiecie, że kamera zachowuje się tam okropnie, zwłaszcza kąt z jakiej obserwujemy naszą postać i niestety wciąż jest to bardzo obecne w remake'u. Jest tu nowa opcja, kamera „za ramieniem”, ale frustracja związana z niemożnością dojrzenia tego, co chcemy widzieć, wciąż budzi emocje.

Ten format remake'u prowadzi również do braku nowych treści, co oznacza, że ​​kiedy nostalgia się skończy, gramy już w grę, którą kiedyś już ukończyliśmy(co jest w porządku, ale fajnie jest też mieć kilka niespodzianek). Osobiście mam nadzieję, że w końcu, któraś z odnowionych gier będzie wydawana z nowymi poziomami i dodatkową treścią, aby było to  bardziej opłacalne dla starych fanów.


Być może problemem nie jest gra lub format - być może prawdziwym problemem jest to, jak my, gracze, reagujemy na takie gry. Myślę, że wielu z nas nosi te różowe okulary, jeśli chodzi o gry, które tak bardzo kochaliśmy od dzieciństwa i młodości, co sprawia, że być może nieumyślnie stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko, jeśli chodzi o ich odnowione wersje. Nostalgia nie załatwi całej roboty, a gra taka jak „MediEvil”, która ma słabo rozbudowaną walkę i mechaniki, może nigdy nie wydawać się tak cudowna jak za pierwszym razem - nawet z ulepszoną grafiką.

Jeśli graliście w początkowe wydanie kilkadziesiąt lat temu i chcecie ponownie rozbudzić w sobie pasję do gry, z pewnością poleciłbym Wam odnowione MediEvil. Jeśli kupicie grę, nie spodziewajcie się jednak, że będzie tak zróżnicowana pod względem rozgrywki i mechanik, jak gry obecnej generacji, bo na pewno się rozczarujecie.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 13 February 2020

Dragon Ball Z: Kakarot ★★★★☆


DBZ: Kakarot to dla mnie bardzo interesująca produkcja, głównie ze względu na klasyczne anime, na którym się opiera i było ono ważną częścią mojego dzieciństwa. W każdą sobotę rano bardzo wyczekiwałam kolejnego odcinka i zarazem kolejnej potyczki sił zła z najpotężniejszymi wojownikami. Do tego spędziłam sporo czasu czytając mangę za pośrednictwem Shonen Jumpa.


„Dragon Ball Z: Kakarot” obiecywał, że będzie doskonałym ARPG, jednym z moich ulubionych gatunków gier, więc można śmiało powiedzieć, że moje oczekiwania były wysokie. Problem polega na tym, że zawsze istnieje szansa na rozczarowanie… Niestety, jeśli chodzi o rozgrywkę, to właśnie tak się tutaj stało.

W grze jest naprawdę wiele do zrobienia, walka, wędkarstwo i eksploracja dużych (troszkę pustych) sekcji otwartego świata. Tak naprawdę nic nie wydaje się szczególnie kuszące, szczególnie jeśli chodzi o poboczne zadania, które są w większości najprostszymi opowieściami wykorzystywanymi tylko do zdobywania kolejnych poziomów. Jeśli lubicie grind to nie jest źle, ale jeśli szukacie solidnego budowania historii i postaci, to nie jest kolorowo. Moje ulubione gry zwykle wplatają zadania poboczne w fabułę, uzupełniając wszystko, co dzieje się w zadaniu głównym i budując otaczający ich świat w miarę postępów.

Z drugiej strony główna historia jest tak spektakularna, jak zapewne pamiętacie z anime. Każda saga jest podzielona na sekcje, każda po około 10 godzin, od sagi Saiyan aż do niesławnej sagi Buu. Nie ma potrzeby znać fabuły, jednak jeśli oglądaliście anime lub czytaliście mangę to poczujecie przyjemną nostalgię. Fabuła prezentuje się w tym formacie bardzo dobrze, a walki towarzyszą przerywnikom filmowym, zapewniając fajną równowagę. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że historia ​​jest tak dobra, że rekompensuje braki po stronie ARPG.

Mówiąc szczerze, gra jest bardziej przygodówką grą niż RPG. Większość XP pochodzi z wielkich walk fabularnych i nigdy nie czułam, że potrzebuję grindować misje poboczne lub inne aktywności. Jeśli jednak chcecie odkryć więcej i walczyć z ukrytymi bossami warto się w nie mimo wszystko zagłębić. W trakcie gry wcielamy się w wiele postaci, w zależności od tego, na jakim etapie historii jesteśmy, co pomaga uwzględnić śmierci bohaterów i ich powroty w głównych wątkach fabularnych.

Grafika jest prawdopodobnie najlepszą częścią gry, ponieważ naprawdę przypomina anime. Podobało mi się odkrywanie świata i znajdowanie wszystkich tajemnic, które miał do zaoferowania - zwłaszcza przeczesywanie zakamarków miast - coś, czego nie widać zbyt często w anime. Nawet po napisach końcowych nadal chciałam odkrywać i mam nadzieję na kontynuację obejmującą „Dragon Ball Super”, najnowsze anime z serii „Dragon Ball”.


Jeśli jesteście fanami „Dragon Ball Z”, pokochacie tę grę. Jeśli nie jesteście, ale uwielbiacie dobre historie, będzie równie dobrze, jednak nie spodziewajcie się wiele od rozgrywki, czy elementów RPG, ponieważ tak naprawdę gra nie wnosi nic nowego do tego co już znamy w tym gatunku.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 11 February 2020

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie ★★☆☆☆


Na początku powinienem zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz: nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Nie, że jestem jakimś przeciwnikiem - wręcz przeciwnie, widziałem każdy film w tej sadze i śledziłem ją od dziecka. Jednak nie cenię tej serii na tyle, na ile zapewne wielu z Was. Jestem raczej neutralny. Równie ważne jest też to, że nie zraził mnie Ostatni Jedi. Jak by to nie wyglądało, odhaczyłem wszystkie filmy Star Wars… dla zasady. Wiem, wiem - jestem idiotą…


Mając to na uwadze, w jaki sposób Skywalker Odrodzenie wypadło w moich oczach? Oczywistym jest, że ta recenzja będzie zawierać niewielkie spoilery, więc ostrzegam tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli.

Jako ostatni wpis w „Sadze Skywalker”, Odrodzenie z pewnością ma wiele do naśladowania - a dokładnie ujmując - 8 filmów. Na początek mamy typowo bardzo prostą fabułę z Gwiezdnych Wojen, która przyniesie kilka niespodzianek. Gdy Rey (Daisy Ridley) kończy szkolenie na Jedi, niebezpieczeństwo wstaje z popiołów, gdy zły Emperor Palpatine (Ian McDiarmid) tajemniczo powraca z martwych. Nasza bohaterka ponownie łączy siły z Finnem (Johnem Boyegą) i Poe (Oscarem Izaakiem) i wyrusza w ostatnią przygodę, która może zadecydować o losie galaktyki.

Ta dość nieoczekiwana narracja wiąże się z największą porażką filmu - jest po prostu zbyt przewidywalna i po prostu niezgodna z koncepcją wybuchowej kulminacji, której się spodziewaliśmy. Ostatecznie film jest zbyt bezpieczny, stając się raczej miernym epilogiem niż wielką kulminacją. Nie oznacza to, że film jest całkowicie pozbawiony pozytywów. Sceny Kylo Rena (Adam Driver) i Rey nadal reprezentują trzecią trylogię w sadze, przedstawiając jedne z najlepszych i najbardziej przejmujących scen, podczas gdy nowo przybyły Richard E. Grant oferuje kradnący całą uwagę występ generała pierwszego Pryde'a. Wybuchowa grafika tego filmu oferuje także wiele emocji na dużym ekranie, podczas gdy John Williams oferuje kolejną fenomenalną partyturę, która ugruntowuje go jako prawdziwego MVP Sagi Skywalker.


Jednak w Gwiezdnych wojnach: Skywalker Odrodzenie zło przeważa nad dobrem, czy raczej wady nad zaletami. Przede wszystkim największym problemem filmu jest powrót cesarza Palpatine'a. Określany przez niektórych krytyków jako „leniwe, narracyjne oszustwo”. Dziwny powrót Palpatine'a do sagi jest wymuszony i pozbawiony jakiejkolwiek logiki, poza tym, że daje sadze wielkie zakończenie - przywracając przeciwnika z oryginalnej trylogii jako ostatecznego przeciwnika dla Rey. Chociaż Ostatni Jedi był krytykowany za odejście od formatu całej franczyzy, uważam, że z tego powodu zostanie uznany za jeden z najlepszych. Miał swoje momenty. Skywalker Odrodzenie nie. To wszystko.

Ostatecznie Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie nie ma pasji Przebudzenia Mocy i innowacyjności Ostatniego Jedi, czego zwieńczeniem jest film, który wydaje się niczym więcej niż tylko zakończeniem luźnych wątków. Film jest rozczarowująco nijakim i frustrująco nużącym wpisem do ukochanej sagi, która niestety kończy opowieść Skywalkera smutną nutą.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook

And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 10 February 2020

Rambo V ★★☆☆☆


W najnowszej odsłonie długiej serii filmów Sylvester Stallone znów eksploduje na dużym ekranie w rzekomo ostatnim filmie jednej z jego najbardziej znanych serii. 11 lat odkąd Sly posługiwał się nożem, Rambo V podąża za tytułowym bohaterem, który wyrusza w podróż do Meksyku, aby uratować swoją siostrzenicę, która została porwana przez barbarzyński kartel. Kiedy usiłuje pogodzić się z wieloma demonami swojej przeszłości (tj. wszystkim co zrobił w częściach 1-4), Rambo musi ponownie obudzić w sobie maszynę do zabijania, po raz ostatni marnując czas na niekończącą się hordę bezimiennych zbirów.


Po pierwsze - i co najważniejsze dla Was, fanów Rambo - “piątka” to krwawa masakra od deski do deski, która robi więcej niż trzeba, aby dostać klasyfikację 18+ BBFC. Pokazana tutaj rzeź jest makabryczna, wykańczająca i czasami niekomfortowa do oglądania, co sprawia, że ​​oglądanie nie jest ani zabawne ani ekscytujące, a w prawdzie nawet dość niepokojące. Podczas gdy odrobina przesadnej przemocy na ekranie może czasami zapewnić humorystycznie przesadzone i zabawne wrażenia kinowe, tutaj jest to po prostu niepokojąca. Kiedy ton filmu jest tak poważny i ciemny, przemoc na tym poziomie nie wydaje się ani trochę przystępna.

Co więcej, film jest zacofany w swoim stereotypowym przedstawieniu Meksyku - jaki i zarazem w przedstawieniu Latynosów - jako niewiele więcej niż przemoc, przestępczość i narkotyki. Ogromne stereotypy są tutaj czymś, co dawno powinno umrzeć w dziełach kinowych, a trudno jest to przełknąć, kiedy mamy kogoś takiego jak Stallone, który powinien wiedzieć, jak trudny może być to temat. Ksenofobia jest tutaj wyjątkowo przestarzała i denerwująca, a czasami nawet nastręcza się nam pod postacią „białego wybawiciela”.

Na poziomie narracyjnym “piątka” nie wkracza na żadne nowe wody. Pomimo prób wprowadzenia egzystencjalnych motywów do filmu, poprzez ujęcia Rambo żyjącego cicho na swoim ranczu, Stallone nie jest w stanie wynieść tej roli, na poziom, w którym bohater nie wydawałby się płaski jak postacie w Contrze. Podobnie jak w przypadku każdego z jego ostatnich filmów, wiemy, że oglądamy Sylvestra Stallone - to co gra, jest zupełnie nieistotne. Może to być Rambo, Rocky lub Barney Ross - na jedno wychodzi…


Koniec końców to jednak film Rambo, więc nie sądzę, że przeciętni widzowie będą mieć problemu z powodu przekłamań kulturowych i na pewno nie przejmą się nadmierną przemocą. Jak na film o Rambo, zgaduję, że wypada całkiem nieźle. Trudno krytykować go za bycie dokładnie tym, co jest napisane na okładce, bo tak się składa, że już okładka informuje nas, że to “Chłam”.

Wiemy czego się spodziewać po Rambo i chociaż seria nie nadąża za duchem czasu, wieloletni fani uzbrojonego w nóż jednoosobowego wojska z pewnością będą zachwyceni tą niepokojącą rzezią, dla której, mam nadzieję, to już rzeczywiście koniec. Chociaż nie liczyłbym na to. W końcu Sylvester Stallone już wyraził zainteresowanie powrotem do tej roli w najbliższej przyszłości. Boże, dopomóż nam.

★★☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 9 February 2020

Na noże ★★★★☆


Biedny Rian Johnson. Pomimo portfolio, które obejmuje kultowe klasyki, takie jak Brick i Looper, oraz trzy najlepsze odcinki Breaking Bad (w tym „Ozymandias”, prawdopodobnie najlepsze co się przydarzyło telewizji), facet jest niemal powszechnie nienawidzony za pracę nad Gwiezdnymi wojnami: Ostatni Jedi. Nie jestem szczególnie dobrze zaznajomiony z uniwersum Gwiezdnych Wojen - nawet nie widziałem Ostatniego Jedi - ale mam szacunek do ludzi, którzy pracują przy produkcjach filmowych z uniwersów o tak agresywnym gronie odbiorców. Wygląda na to, że nie da się wygrać tej wojny. Kiedy więc jego najnowszy film miał swoją premierę na londyńskim festiwalu filmowym w październiku, CeX był pierwszy w kolejce, aby wesprzeć tego wielkiego człowieka.


Film napisany i wyreżyserowany przez Johnsona jest opisywany jako „współczesne podejście” do gatunku morderstwa. Mrocznie przezabawny i gwałtowny jak bójka w bramie, film na którym Agata Christie śmiała się z zachwytu, Na noże podąża za detektywem, który udaje się do bujnej posiadłości, by przeprowadzić wywiad z dziwacznymi krewnymi patriarchy, który zmarł podczas 85. urodzin. Podejrzewając przekręt, nikt z dysfunkcyjnej rodziny nie jest bezpieczny przed jego pytaniami. Oto dwie kręte i pełne emocji dwie godziny pełne tajemnic, dźgnięć w plecy i jednych z najśmieszniejszych dialogów roku.

Z zespołem, za którym można by iść na koniec świata (Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Shannon, Don Johnson i wielu innych), Na noże jest pełne aktorstwa na najwyższym poziomie. Jednak z każdym filmem zorganizowanym wokół takiego zespołu pojawia się odwieczny problem zbyt wielu postaci w zbyt krótkim czasie. Chociaż niektóre z nich są słabo rozwinięte podczas 130-minutowego seansu, nie wystarczy to by odwrócić to uwagę widza od jakości filmu. Genialnie prowadzony przez zabawny i szybki scenariusz Johnsona, pełny histerycznych dialogów i szokujących zwrotów akcji, które sprawiają, że oglądanie jest niczym innym jak świetną rozrywką.

Rian Johnson udowadnia, że ​​jest absolutnym mistrzem Na noże, wywracając motyw morderstw do góry nogami. W rezultacie film jest nieprzewidywalny i zdystansowany, wprowadzając bardzo potrzebną oryginalność w ten wymęczony gatunek. Nie pamiętam ostatniego z takich filmów, ponieważ zazwyczaj nie pozostawiają trwałego wrażenia. To szybki przebój tajemnic i emocji. Na noże może stać się kultowym klasykiem. Niemal na pewno pojawi się na wielu listach „Best of 2019”. To bardzo zabawne, ekscytujące i pokręcone widowisko.


Marketing Na noże nosił slogan „Kryminał Riana Johnsona” i pamiętam, że byłem tym hasłem trochę zakłopotany - jego nazwisko nie jest obecnie brane za dobrą monetę, a na pewno nie ma siły przebicia w tym gatunku - jak dla porównania - „Kryminał Agathy Christie”. Jednak po seansie mogę powiedzieć tylko jedno. To jest kryminał Riana Johnsona i to najpewniej nie ostatni.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 5 February 2020

Playmobil: Film ★☆☆☆☆


W 2014 roku film Lego ukazał się nam zaskarbiając sobie powszechne uznanie krytyków i publiczności - oraz całkiem niezły zwrot z kas w wysokości pół miliarda dolarów. Następnie pojawiły się spin-offy (Lego Batman Movie, Lego Ninjago Movie), a także kontynuacja - Lego Movie 2: The Second Part - w 2019 roku. Seria stała się przemysłem wartym miliardy dolarów, więc naturalnym dla firm na całym świecie było drapanie się po głowie, próbując wymyślić, w jaki sposób mogą ukroić sobie swój kawałek z tego tortu. Pierwsza duża próba przyszła od niemieckiego Playmobil w Playmobil: Film. Ugh…


Aby uratować swojego zaginionego młodszego brata (Gabriel Bateman) z animowanego świata Playmobil, gdzie zaginął, uparta młoda kobieta (Anya Taylor-Joy z The Witch's) musi wyruszyć w ekscytującą przygodę z pomocą sojuszników Playmobil, Dela (Jim Gaffigan), kierowcy ciężarówki z sercem złota, i Rexa Dashera (Daniel Radcliffe), uprzejmego superszpiega.

Dorastałem z Playmobil. Prawdopodobnie nawet bardziej interesowałem się Playmobilami niż Lego. A jednak byłem zły i bardzo sceptyczny, kiedy tylko ogłoszono ten film - sam zwiastun pokazał, że nie ma szans, aby zbliżył się on do jakości filmu Lego, który również nas zaskoczył(nikt nie spodziewał się, że będzie dobry). Playmobil: Film jest tak samo zły, jak wyglądał na zwiastunach i jest obrazą dla kochanych przez dzieciaki zabawki. Nie mogę uwierzyć, że jest tak źle.

Podczas gdy film Lego składa się z rozmaitych żartów, odniesień do popkultury i zgrabnej ironii, Playmobil: film bardziej skupia się na przedszkolnym humorze i… cóż, o to chyba chodziło. Film jest pełnometrażową reklamą zabawek Playmobil i chociaż film Lego był prawdopodobnie pod tym względem podobny, przynajmniej miał serce i humor. Playmobil: Film jest po prostu zbyt skomercjalizowany i bezdusznie niszczy wyobrażenia dzieci.

Oprawa graficzna filmu jest przestarzała, tworząc animowany świat, który nie jest żywy. Podczas gdy postacie z filmu Lego były dopracowane, a film był dynamiczny, Playmobil: film jest zbyt gładką i pozbawioną tekstur wizją, która przypomina telewizję dla dzieci. To nie wygląda to ani trochę kinowo. Wydaje się to po prostu tanie, a animuje to francuskie studio ON Animation Studios - tak, ja też nigdy o nich nie słyszałem. Pomimo przyzwoitej pracy z głosem, szczególnie od zawsze cudownej Anyi Taylor-Joy, film jest wymuszonym, banalnym bałaganem, który wydaje się tak desperacki w celu powtórzenia uroku Lego Movie, że tak naprawdę wcale nie wysila się na jakikolwiek własny styl.


Biorąc to wszystko pod uwagę, nie mogę powiedzieć, że jestem zdumiony. Film do tej pory odnotował stratę w wysokości 60 milionów dolarów i nie wygląda na to, żeby na tym etapie zarobił znacznie więcej. Ten nieudany eksperyment polegający na próbie wkroczenia na filmowe terytorium upadł i na szczęście nie zapowiada się żeby ktoś silił się na dalsze próby.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 3 February 2020

eFootball PES 2020 ★★★☆☆


Nigdy nie byłem fanem piłki nożnej. Jako dziecko nie znosiłem grania w szkole i nienawidziłem jej oglądać. Nienawidziłem chuligaństwa, do którego inspirowała ludzi i doprowadzało mnie to do szaleństwa. Wiem, jestem małostkowy, ale piłka nożna po prostu mnie denerwuje. Jednak nigdy nie miałem nic przeciwko graniu w gry związane z tym sportem. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jest coś pociągającego w ich prostocie.


Z każdym rokiem przynoszącym kilka nowych gier piłkarskich trudno jest recenzować nowe, ponieważ zasadniczo żaden z głównych mechanizmów nie będzie się różnić w nowszych częściach. Jedyne zmiany to lepsza grafika, nowi gracze, drużyny i boiska.


To powiedziawszy muszę stwierdzić, że rozgrywka w PES 2020 różni się od wcześniejszych części. PES 2020, bardziej przypominający grę metodyczną i strategiczną, nagradza powolną i przemyślaną grę, dając więcej czasu na manewry i celne strzały. Chociaż to cięższe i wolniejsze posługiwanie się zawodnikami - a nawet piłką - może początkowo być wstrząsające, po opanowaniu wydaje się całkiem ciekawe. Pokorni, utalentowani gracze będą mieli przewagę dzięki zwiększonemu skupieniu się na dokładniejszych podaniach, czy strzałach i systemie „Finezji”, który daje graczom większą kontrolę podczas zmagań jeden na jednego.

Nowe animacje również wynoszą PES 2020 na wyższą półkę, dzięki czemu sportowcy wyglądają naturalnie i ludzko, bez robotycznych ruchów, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Wizualnie PES 2020 wprowadza znaczne ulepszenia w stosunku do tego, do czego przywykliśmy w tej serii. Wprowadzenie kamery „Stadion” jest pierwszą rzeczą, którą zauważy każdy, kto kiedykolwiek grał w PESa. Detale są wspaniałe, dzięki czemu miejsca i tłumy naprawdę wydają się żywe zamiast tych zwykłych beztwarzowych hord i budynków z wypranymi teksturami, zwykle spotykanymi w grach FIFA i PES.

W PESie zwykle brakowało rozbudowanego trybu kariery - czegoś, w co grach sportowych powinno naprawdę robić wrażenie - PES 2020 wprowadza ulepszenia, dodając tryb Master League. Nie jest on bezbłędny, ale nowy manager jest ciekawym i świeżym dodatkiem. Tryb kariery pozostawia jednak wiele do życzenia. Słabo wypada również granie online, w którym nie ma nic nowego, a na pewno nic, co nie byłoby lepsze w Fifie zaprojektowanej właśnie wokół grania online.


Ogólnie rzecz biorąc, PES 2020 nie jest doskonałą grą piłkarską i jestem pewien, że przyszły rok przyniesie dalsze usprawnienia. Wciąż brakuje atrakcyjnego trybu dla jednego gracza i rozczarowuje tryb online. Więc czym ta gra jest? Wolniejszą i bardziej metodyczną strategią sportową dla tych, którzy naprawdę chcą intensywnie myśleć grając i poświęcą czas na naukę umiejętności, zamiast bezmyślnie naciskać przyciski kontrolera. PES 2020 nie spodoba się nikomu, kto nie lubi gier piłkarskich, ale dla tych, którzy podążają za tym gatunkiem, jest tu wiele do polubienia.

★★★☆☆
Sam Love

PES 2020 w CeX


Get your daily CeX at

Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl