Tuesday, 30 July 2019

Judgment ★★★☆☆


Judgment jest najnowszą grą opublikowaną przez SEGĘ. Przygodówka w otwartym świecie została osadzona w tym samym uniwersum co Yakuza. Yakuza ma swoich fanów(i słusznie), jest chwalona za historię i niecodzienne aktywności, które można wykonywać. To nie jest pierwszy raz, gdy widzimy spin-off tej franczyzy, mieliśmy Yakuza: Dead Souls i oczywiście Fist of the North Star. Robiły robotę jako poboczne historie, ale nigdy nie osiągnęły tego samego poziomu uznania co główna seria.


Judgment może i jest w tym samym świecie co Yakuza, ale jest to zupełnie inna historia. Zamiast grać jako Kiryu (emerytowany Yakuza próbujący uciec od świata przestępczości) gramy jako były prawnik, który został detektywem i próbuje rozwiązać sprawę seryjnych zabójstw. Jako detektyw przekonamy się, że to zadanie nie będzie się wiele różniło od aktywności, które widujemy w Yakuzie. Zgodnie z oczekiwaniami mamy wiele przerywników filmowych, a sama gra wygląda oszałamiająco w porównaniu z Yakuza 6. Około 50% czasu spędzimy na walce, a 50% na eksploracji i wykonywaniu pracy detektywistycznej.

Jeśli graliście wcześniej w Yakuzę i podobała Wam się walka, bez wątpienia będziecie się dobrze bawić w Judgment. Podobnie mamy kilka dostępnych stylów walki, w tym chociażby bicie agresorów rowerem i muszę przyznać, mi się to nie nudzi!

Początkowo jest to nieco zniechęcające, ponieważ Judgment nie jest bombastyczną i czasami szaloną grą jak Yakuza. Historia jest bardzo intymna i mniej jest pełnych akcji zdarzeń. Mieszanie tego, co jest poważną historią, z zaletami walki z Yakuzy jest zaś nieco niepokojące.

Biorąc to pod uwagę, walka jest tutaj głównym daniem i można trochę się zgubić ciągle poszukując nowych przeciwników i zwiększając swoje umiejętności podczas eksploracji Kamurocho. Oczywiście, z dala od głównej historii, są pewne zabawne i intrygujące misje poboczne, których nie będę spoilerowała. To nie jest tak dziwaczny tytuł jak Yakuza, ale z pewnością są w nim pewne interesujące aspekty.


Druga część gry jest bardziej detektywistyczna, z wieloma elementami skupionymi wokół oskarżeń, sądów i niestety, mini-gry i działania, które wykonujemy, nie są wystarczająco rozwinięte, aby wyglądały poważnie. Żadna z rzeczy, które robimy, nie przyczynia się do ogólnego pozytywnego wrażenia z rozgrywki i przez to brzmi to wszystko trochę jak dodatek do Yakuzy. Judgment jest w całości osadzony w Kamurocho i myślę, że możliwość odwiedzenia innych miejsc znacznie urozmaiciłaby ten tytuł.

Sama gra jest bardzo fajna, zwłaszcza gdy robimy to, co twórcom Yakuzy wychodzi najlepiej, czyli walczymy, prześladując kolejnych to adwersarzy, ale niestety, produkcja wypada płasko w kilku momentach i to właśnie zaważyło na ocenie. Jeśli lubicie Yakuzę, zdecydowanie jest tu dużo do ogrania, ale nijak ma się to oryginalnej gry.

★★★☆☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 27 July 2019

I Spit on Your Grave: Deja Vu ☆☆☆☆☆


W 1978 roku ukazał się jeden z najbardziej kontrowersyjnych filmów wszechczasów. I Spit On Your Grave lub Day of the Woman był tworem napisanym, wyreżyserowanym i wyprodukowanym przez Meira Zarchiego. Fabuła dotyczyła Jennifer Hills (Camille Keaton), młodej kobiety na letnich wakacjach w domku nad jeziorem, którą grupa mężczyzn brutalnie atakuje, gwałci po czym zostawia na śmierć. Hills mści się, zabijając każdego z nich w przerażający sposób. Film został opisany przez krytykę Rogera Eberta jako obraz brutalnej przemocy jako “badziewna przemoc” i pojawił się na liście 10 najpopularniejszych filmów magazynu Time. Film zrodził trylogię remake'ów, ale teraz, 40 lat od jej oryginalnego wydania, powstał sequel. Spit On Your Grave: Déjà Vu. I jest tak badziewny, jak możecie sobie wyobrażać.

Scenarzysta / reżyser Meir Zarchi powraca - wraz z oryginalną gwiazdą Camille Keaton - to nadęty, zbyt długi i ogólnie fatalny chłam. W czasie 148 minut film wyraźnie chce być epicki i żywić nadzieję, że przejdzie do historii - materiały reklamowe nawet określają go jako „najbardziej oczekiwaną kontynuację wszechczasów”. Według kogo? Nikt o to nie prosił. Oczywiście, pierwszy film jest kultowy i jest zdecydowanie ikoniczny - ale głównie ze względu na swoje negatywne strony. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był w stanie bronić tego filmu lub uważać się za jego fana. Jasne, istnieją elementy, które działają choć trochę - oryginalny tytuł ma wyraźne feministyczne ciągoty, a przesłanka ofiary wymagającej brutalnej zemsty na napastnikach jest z pewnością czymś ciekawym, ale wykonanie jest paskudne i przemoc na ekranie jest wstrząsająca. To nie jest przyjemny seans i nie ma w nim absolutnie nic, co warto podziwiać - dlaczego więc ktokolwiek chciałby ponownie zobaczyć te postacie?


Fabuła jest dość prosta. Czterdzieści lat po brutalnym ataku, w którym wypełniła swoją zemstę, Jennifer Hills (Keaton) zostaje sprowadzona z powrotem do tamtego miejsca i staje w obliczu gniewu rodzin tych, których zamordowała. Porwana wraz z córką, zostaje zmuszona do gry na śmierć i życie przeciwko grupie degeneratów dowodzonych przez matkę Marię Olsen, owdowiałą żonę jednej z ofiar. Oczywiście, wiadra fałszywej krwi są rozlewane wszędzie, ponieważ my, publiczność, musimy znosić 2 i pół godziny jatki, współczując sami sobie, na tym okrutnym obrazie niczym z klasy B. Wtórne schematy i podejście z lat 70., nawet wypolerowane, już się nie sprawdzają, a nędzna jakość wychodzi jak słoma z butów.

Ten przerażający obraz nigdy nie wydawała się aż tak zły, kiedy był kręcony na 16 mm, ale teraz, w wersji cyfrowej, po prostu pokazuje, że każdy może zrobić film. Całość wydaje się tania, źle wykonana, napisana i zmontowana, a efekt sumaryczny jest żenujący. Nie śmiałem się ani razu. Byłem po prostu zdegustowany tym brutalnym i tanim filmem, który z namaszczeniem kontynuował oryginalny obrzydliwy film. Zwiastun samego Déjà Vu jest tak pełen podziwu dla oryginalnego „klasyka”, że ciężko go potraktować poważnie.

Jestem tym szczerze zdegustowany. Wszystkim co jest nie tak z tym filmem. Jakby oryginalny film i przeróbki nie były wystarczająco złe, ta 148-minutowa kontynuacja pokazuje desperację i samouwielbienie jednocześnie. To po prostu krwawy i krępujący seans. Efekty specjalne wyglądają tak, jakby kosztowały grosze, całość jest po prostu wymuszona i tania. Absolutnie nienawidzę tego filmu i umieściłbym go tutaj na miejscu nr 1 na liście najgorszych filmów roku. Pobicie tego to nie lada wyzwanie. Unikać za wszelką cenę.

☆☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 25 July 2019

Tell It To The Bees ★★★★☆


„Tell It To The Bees” to najnowszy film Annabel Jankel, najbardziej znanej z „Super Mario Bros” z 1993 roku i nie mógł wiele się od niego różnić (na szczęście). Zaintrygował mnie, akurat ten konkretny film, ponieważ „lesbian period drama”,  to kategoria, której nie mam okazji często oglądać.

Lydia Weekes (Holliday Grainger) mieszka ze swoim 11-letnim synem Charliem (Gregor Selkirk) w szkockim mieście z lat 50. XX wieku - po powrocie z wojny jej mąż Robert (Emun Elliott) zmienił się i postanowił związać się z inną kobietą. Sytuacja jest ciężka, a Lydia jest pod większą presją niż Rob, przede wszystkim Pam (Kate Dickie), siostra Roberta, której trwale kamienna ekspresja z pewnością wystarczy do określenia ilości sympatii wobec naszej  bohaterki.


Wtedy do domu swojego zmarłego ojca wraca dr Jean Markham (Anna Paquin), lekarka i obecnie pszczelarka, która jak wiadomo całowała swoją koleżankę będąc nastolatką wiele lat temu. Po raz kolejny zostaje odrzucona przez społeczność, ale po przypadkowym spotkaniu rozwija związek z Lydią. Oboje muszą zachować tajemnicę zarówno przed wioską, jak Charlim, jednak plotki rozprzestrzeniają się w tych czasach jak pożar i wkrótce bohaterki znajdują się w coraz gorszej sytuacji.

Jeśli chodzi o historię, „Tell It To The Bees” doskonale pokazuje, jak wyglądał ten szczególny czas i otoczenie, skupiając się na przemysłowej stronie wioski i spojrzeniach mieszkańców miasteczka. Kostiumy i scenografia są wiarygodne i osobliwe, przenosząc nas do innych czasów. Ma to również swoją naturalistyczną stronę - niektóre sceny są nieco rozmarzone i magiczne, jakby miały miejsce w czasach kiedy żyło mniej ludzi, a świat należał jeszcze do natury, inne są zaś surowe, a ich emocje wybudzają z naturalistycznej sielanki (szczególnie pod koniec filmu, gdzie seria różnych wątków fabularnych łączy się w wybuchowej harmonii).

Chemia między postaciami jest całkiem dobra - relacje między Lydią i Jean są wiarygodne, a obraz rozwoju ich znajomości od samych podstaw pozostawia uczucie ciepła. Nie mam nic do zarzucenia grze aktorskiej, która była świetna i byłam pod wrażeniem Gregora Selkirka - w wieku 11 lat daje bardzo przekonujący występ w roli 11-letniego chłopca zmagającego ze zrozumieniem bardzo dorosłych koncepcji. Widzimy, jak silny staje się przez związek z pszczołami i jak wykorzystuje to do zwalczania sytuacji mających miejsce wokół niego. Na pewno warto zobaczyć film choćby dla tej roli.


„Tell It To The Bees” zebrało wiele różnych opinii krytyków i choć widzę, że niektóre fragmenty są może trochę za bardzo zaaranżowane i nie podążają za tym samym zakończeniem, co książka, to dzieło dało mi to, czego chciałam - trudną historię miłości, która podważa stare zwyczaje i bada nie tylko kwestie LGBT, ale także dorastanie, prawa kobiet i pojęcie męskości. Obraz jest progresywny, ale nie tym się szczyci na pierwszym miejscu, dokładnie tak powinno to wyglądać.


★★★★☆
Hannah Read

Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 23 July 2019

Dzieciak, który został królem ★★★★☆


Za każdym razem, gdy widziałem plakat lub reklamy Dzieciaka, który został królem, strasznie mnie irytowały. Nie wiem dlaczego, ale coś mi w nich nie pasowało. Tytuł sprawił, że brzmiało to jak fatalny, wstrętny film dla dzieci. Ale powinienem był przyjrzeć się bliżej. Powinienem zobaczyć nazwisko Joe Cornisha - gdybym to wiedział, na pewno byłbym podekscytowany. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, Cornish to połowa komediowego duetu Adam i Joe, reżyserującego Attack the Block i współscenarzysta Ant-Mana. Tak, nie ma powodu do zmartwień jeśli to on stoi na czele.


Fabuła Dzieciaka, który został królem, podąża za młodym Alexem, który natknął się na mityczny miecz Excalibur na placu budowy, ukrywając się przed łobuzami. Mając moc miecza, musi zjednoczyć swoich przyjaciół i wrogów w grupę rycerzy, po czym wraz z legendarnym czarodziejem Merlinem zmierzyć się z nikczemną czarodziejką Morganą, która z każdym dniem staje się silniejsza. W obliczu nadchodzących starć Alex musi stać się wielkim przywódcą. Mimo, że jest porażką box office i traci około 50 milionów dolarów, jest to naprawdę porządny old-schoolowy seans dla wszystkich grup wiekowych.

Ten film ma tak nostalgiczne ciepło, że niemal wróciłem do mojego dzieciństwa. Efekty specjalne zadziwiły, humor sprawił, że chichotałem, akcja trzymała mnie na krawędzi fotela. Byłem bardzo zafascynowany filmem, co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę z góry przyjętą nienawiść. Gdzie więc zaczniemy?

Przede wszystkim świetna młoda obsada. Louis Ashbourne Serkis, syn Andy'ego, gra naszego bohatera dając filmowi serce. Jest genialny i wyraźnie odziedziczył talent swojego ojca. Sprawia, że w film może wczuć się każdy, kto kiedykolwiek był dzieckiem. Wsparcie w postaci - Dean Chaumoo, Tom Taylor i Rhianna Dorris - też jest w porządku. Na szczególną uwagę zasługuje Angus Imrie, który gra Merlina (Merlin młodnieje i ma wygląd nastolatka). Angus jest absolutnie wspaniały w roli dziwacznego i ekscentrycznego czarodzieja i tu przychodzi jedna z najbardziej pamiętnych rzeczy w filmie. Scena kiedy Merlin zmienia się w starca, w roli oczywiście Patrick Stewart. Któż by inny?


Scenografia w filmie też jest oszałamiająca - finałowa scena w szkole jest jedną z najlepszych scen bitewnych, jakie widziałem od lat. Ale ignorując nawet wizualia filmu, grę aktorską, żarty i wszystko inne - przyjemność oglądania wychodzi prosto z serca. Ten film jest pełen dziecięcej radości i ciekawości, trzeba mieć serca kamienia, aby nas nie poruszył i zabawił. Jest urzekający i sprawi, że poczujecie się jakbyście mieli 10 lat - a jeśli nie przypadnie Wam do gustu, to prawdopodobnie pora skonsultować się z kardiologiem. Dzieciak, który został królem to rozrywka, zabawa i doskonały seans na deszczowe niedzielne popołudnie.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 20 July 2019

Lords of Chaos ★★☆☆☆


Oto kościół i tutaj jest jego wieża. Mayhem był zespołem złożonym ze strasznych ludzi. Trudno było to ująć, a Lords of Chaos ilustruje skomplikowany i jednocześnie prosty bałagan. Jeśli w MC’u pytają o dodatkowe frytki, to Lords of Chaos proponuje trochę... śmierci.

W rolach głównych występują Rory Culkin i Emory Cohen, wygląda to na opowieść o pochodzeniu True Norwegian Black Metalu, a konkretnie o zespołach Mayhem i Burzum, ale bardziej dotyka ich psychopatycznego zachowania ... Jestem wielkim fanem heavy metalu, ale nigdy Black Metalu, zawsze uważałem ten wokal i dziecinny agresywny nihilizm za irytujący. Cóż, nie zawsze, kiedy byłem dziecinnym agresywnym nihilistycznym nastolatkiem, uwielbiałem to. Jednak nigdy nie podobała mi się myśl o morderstwach lub wąchaniu zwłok.

W filmie Mayhem został utworzony przez Euronymous, europejską parodię demona pożerającego zwłoki, Eurynomosa, pochodzącego z greckiej mitologii. Minęła ponad dekada od czasu, gdy Black Sabbath, Judas Priest, Iron Maiden i resztę heavy metalowych bogów bez końca oskarżano o każde morderstwo i samobójstwo. Trzeba było więc załatać tę niszę.


Tempo życia Mayhem jest szalone i szybkie, tam gdzie byłby punkt kulminacyjny filmu Nirvana, mamy pierwszy punkt fabuły Lords of Chaos. Dead, wokalista Mayhem był umęczoną duszyczką i często widywano go, robiącego takie rzeczy, jak wąchanie martwej wrony z papierowej torby, by poczuć „zapach śmierci”. Jego obsesja na punkcie śmierci, nienawiść do kotów i jego oczywista choroba psychiczna sprawiły, że w końcu zastrzelił się strzelbą i nadal można znaleźć te zdjęcia w Internecie, ponieważ Euronymous użyło zdjęcia jego ciała jako okładki albumu. Film jest obrazem okropnej choroby psychicznej i zachowań bliskich kultom, co skutkowało coraz bardziej ekstremalnym zachowaniem zespołu. Niektóre sceny są tak prawdziwe i dotkliwe, że niemal czułem ból oglądając to.

Ton filmu konfunduje, a Rory Culkin jest po całości uroczy, ciekawy, groteskowy i przerażający. Nigdy tak naprawdę nie wiemy, jak mamy się czuć, komu współczuć lub jaki jest przekaz. Przykładowo, przez połowę seansu można sympatyzować z zespołem, zobaczyć jak to jest być w zespole, który odniósł sukces, imprezować przez cały czas i wtedy ktoś robi coś odrażającego, a potem od razu film znowu zachęca nas do wczuwania się w bohaterów. To jak współczesny odpowiednik techniki Ludovico z Mechanicznej Pomarańczy, z tą różnicą, że można przypadkiem stać się seryjnym mordercą.

To nie jest idealny film i zdecydowanie buduje nam opinię na temat Mayhem, ale jest to w zasadzie bardzo chaotyczny twór, który nie może się zdecydować, kto jest jego bohaterem, czy jest empatyczny, czy nie, więc gdy ja cieszyłem się historycznymi odniesieniami (z których wiele jest niedokładnych), wielu ludziom się to nie spodoba. Fanom Black Metalu raczej nie przypadnie do gustu, fani Mayhem będą go nienawidzić, a fani horrorów lub kryminałów mogą nie znaleźć tego czego się spodziewali.


★★☆☆☆
David Roberts

Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 18 July 2019

Jak romantycznie! ★★★☆☆


Nie ma nic niezwykłego w tym, że film, który pojawia się raz na jakiś czas, jest nastawiony na wstrząśnięcie gatunkiem, bawiąc się narracją i formą. „Niemożliwe, by [Bond] rzucał żartami po tym, jak zabił wroga”. “Jak romantycznie!”, to pokaz Rebel Wilson, delikatnie, ale stanowczo oddający każdy cal gatunku komedii romantycznej.


Natalie (Wilson) została pokazana jako dziecko, któremu został intensywnie wpojony cynizm romansów i komedii romantycznych, z ręki swojej matki (Jennifer Saunders), podczas oglądania Pretty Woman. Dzisiejsza Natalie nadaje ton filmowi, tworząc listę nierealistycznych wątków w komedii romantycznej, jako sposób na zaczepienie asystentki Whitney o jej niekończące się oglądanie "Od wesela do wesela" w godzinach pracy. (Które samo w sobie wygląda jak kara). Dalej niczym w Czarnoksiężniku z Krainy Oz bohaterka budzi się w kolorowym świecie, z niego innymi zasadami - Świecie Komedii Romantycznej!

Rebel Wilson ma talent do porywających występów w stylu Adama Sandlera, gdzie jeden dwuminutowy żart robi dziewięćdziesiąt minut zabawy, zresztą cokolwiek co można by odnieść do filmów Adama Sandlera i zawiera słowo rozrywka wydaje się wspaniałe. “Jak romantycznie!” ma proste założenia, ale entuzjazm Rebel w tej roli jest zaraźliwy i naprawdę podobała mi się ta przejażdżka, mimo że nie lubię komedii romantycznych, to jednak trzeba przyznać, że najprawdopodobniej będę płakać przy najbardziej przewidywalnym szczęśliwym zakończeniu, a wszyscy moi “twardzi” kumple będą się ze mnie naśmiewać.


Film gra nam na nosie i nie pozostawia wiele miejsca na subtelność, do tego stopnia, że Natalie zdaje się nawet po pewnym czasie zapomnieć o własnych przekonaniach i zostaje porwana nową, nadmiernie stylizowaną fabułą komedii romantycznej ze snów. Jest mniej żartów, niż się spodziewałem, chociaż te, które tam są, są wystarczająco zabawne by nie zapomnieć, że oglądamy parodię.

W żadnym razie nie jest to idealny film, dla mnie nawet nieco śmieciowy, ale ma urocze drobiazgi, które robią robotę. Film mógł wpaść w wiele pułapek stając się tym, co parodiował, a storytelling był cudny i pozostawił na koniec miły optymistyczny posmak.

★★★☆☆
David Roberts



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 16 July 2019

Na ringu z rodziną ★★★★☆


„Na ringu z rodziną” dokumentuje historię rodziny zapaśniczej z Norwich i podróży ich dzieci, które zmierzają do WWE. Ricky (Nick Frost) i Julia (Lena Headey) pasjonują się zapasami, i tę samą smykałkę przekazali też swoim dzieciom, Sarayi (Florence Pugh) i Zak’owi (Jack Lowden). Po tym, jak film promocyjny został pozytywnie przyjęty przez WWE, para rywalizuje o wejście na listę, choć nie wszystko kończy się dobrze, gdy wybrano tylko Sarayę, pseudonim Paige. W Ameryce, Paige znajduje się pod presją potencjalnej sławy, podczas gdy w domu Zak stara się pogodzić ze swoją porażką.


Przyznaję, że nie interesują mnie zapasy (poza moją dziwaczną i krótkotrwałą obsesją WWE w 2009 r., ale nie o tym rozmawiamy), ale naprawdę podobało mi się „Na ringu z rodziną”. To porywająca historia dająca widzowi interesujący wgląd w świat profesjonalnych zapasów, ale także podkreślająca niektóre nierówności i problemy. Trudno nie kochać rodziny Knight pomimo ich bardzo widocznych upadków (jest zabawna scena przy stole, w której rodzina zaprasza raczej eleganckich rodziców dziewczyny Zaka, granych przez Stevena Merchanta i ACTRESS, gdzie różnice w brytyjskich klasach nie mogły być bardziej widoczne), ale dlatego tak właśnie wciąga.

Byłam też pod wrażeniem obsady - są tam bardzo znani aktorzy, tacy jak Nick Frost i Vince Vaughn, który gra trenera Hutch i oczywiście Dwayne Johnson, który gra, no cóż, siebie (prawdopodobnie nie była to jego najtrudniejsza rola, ale wyszło mu nieźle). Prawdziwymi gwiazdami są aktorzy i aktorki, tacy jak Pugh i Lowden, którzy dają niesamowicie wiarygodne występy od początku do końca, w szczególności podczas bardziej emocjonalnych scen filmu. Fim ma w sobie tą groteskę, którą kocham w brytyjskim kinie, ale także znakomite poczucie humoru.

Był tylko jeden problem, który miałam z tym filmem. Był dość uproszczony w porównaniu z rzeczywistą historią całej rodziny - tak wiele brakowało w karierze zapaśniczej Paige przed WWE. Wydaje mi się, że film byłby zbyt długi, gdyby zostało to uwzględnione, ale byłoby fajnie dowiedzieć się o tym więcej.


Generalnie wiadomo, że film „oparty na prawdziwej historii” jest dobry, jeśli po seansie sami szperamy za informacjami o omawianej historii, co właśnie zrobiłam. Norwich nie jest mi aż tak odległe, więc wspaniale było usłyszeć o historii z tak bliskiej okolicy. Sam film był zabawny, mając właściwą równowagę komedii i powagi. Nie powiedziałabym, że zaszczepił we mnie pasję, ale z pewnością to dobrze spędzone dwie godziny i poleciłabym go każdemu fanowi brytyjskiego kina, który lubi historie “od zera do bohatera”.

★★★★☆
Hannah Read



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl