Wednesday, 18 April 2018

Huawei Honor View 10 ★★★★★


Huawei dorzucił do rynkowej puli solidną propozycję klasy średniej - 7X - kilka tygodni temu, po czym teraz wypuścił w światową dystrybucję View 10, czyli nieco tańszy wariant Mate 10 Pro. Uderzając tym samym w OnePlus 5T, z dodatkowymi funkcjami AI, świetnie zapowiadającym się aparatem i kilkoma innymi zastosowaniami ma naprawdę długą listę obietnic do spełnienia. Zobaczmy więc!

Pierwsze wrażenia z View 10. Z przodu wygląda świetnie, małe ramki i matowe wykończenie z tyłu, ale za to wystające obiektywy. Gdyby tył dać żółty, można by go w sumie pomylić z minionkiem. Ma nieco grubsze krawędzie na górze i na dole, głównie za przyczyną czytnika linii papilarnych, nadal ustawionego z przodu zamiast z tyłu. Kolory dostępne dla tego metalowego unibody to Nocna Czerń i Marynarski Błękit. Telefon jest komfortowy w obyciu, lecz nieco śliski. Jeśl masz akurat nieco mniejsze dłonie, dosięgniecie do przycisku głośności w prawym górnym roku można określić wyzwaniem. Port ładowania typu C i 3.5mm wejście jack mamy na spodnie urządzenia, zaś IR i drugi mikrofon na górze.


Wyświetlacz o wielkości 5.99”  ma rozdzielczość FHD, wykonany w technologi IPS wygląda przyzwoicie, ale jednak nie jestem Samsungowym OLEDem.  Czytnik linii papilarnych działa zaskakująco szybko, a rozpoznawanie twarzy działa na dobrym poziomie.

View 10 operuje na EMUI 8, które wspiera motywy i gesty użytkownika, takie jak screenshotujące kunkle tap. Oczywiście wszystko w ramach Androida Oreo. Na-ekranowe klawisze nawigacji są wyświetlane na życzenie użytkownika, a po czytniku linii papilarnych można przesuwać w lewo lub prawo by poruszać się po menu. Ten pomysł lepiej udało się zrealizować Motoroli i ogólnie nie jest to najlepsze rozwiązanie, przynajmniej moim zdaniem. Z innych rozwiązań otrzymujemy Dual Apps, który umożliwia nam dwukrotne uruchomienie tej samej aplikacji, chociażby takich jak Whatsapp czy Facebook. I z ważniejszych jeszcze App Lock ograniczający dostęp do wskazanych aplikacji, plików etc.. Aby zaprezentować zdolności AI zawarte w View 10 producent podjął współpracę z Microsoftem, która zaowocowała aplikacją realizującą udźwiękowioną translacje tekstu.

Kirin 970 Huawei’a, ten sam co w Mate 10 Pro jest wspierany przez 6GB Ramu i 128GB pamięci wewnętrznej, ze slotem na dalsze rozszerzanie. Dostajemy też Dual SIM VoLTE będące w stanie realizować oczekujące połączenia z drugiej karty sim, nawet kiedy obecnie mamy aktywne połączenie na pierwszej karcie. Podwójna tylna kamera View 10 składa się z 16 megapikselowego sensora RGB i 20 megapikselowego sensora  monochromatycznego. Z przodu 13 megapikseli jako maszynka do selfie, odpowiedzialna również za odblokowywanie telefonu twarzą. Aplikacja aparat jest podobna co w innych modelach serii Honor, jednak asystowana AI detekcja otoczenia zmienia obraz pracy. Interpretując obraz uchwycony przez obiektyw dostosowuje kolorystykę i ustawienia jeszcze zanim wciśniemy spust migawki!  Oczywiście poza tym jest jeszcze Tryb Profesjonalny, który umożliwia nam ręczne dopieszczenie ustawień zgodnie z naszym widzimisię. Kamera jest szybka w ostrzeniu i zbiera zbliżenia dobrze wraz z Efektem Głębi, jeśli akurat ujęcie tego wymaga. Obiekty nieco oddalone czasami zdają się być ubogie w detale, jednak nocne ujęcia są imponujące, z małą ilością szumów. Tylna kamera wspiera nagrywanie w 4K, a przednia 1080p.


Wytrzymałość baterii jest wystarczająca do działania na niej przez cały dzień dzięki pojemności 3750 mAh, a do tego telefon wspiera technologię szybkiego ładowania. Po stres teście w postaci Asphalt Airborne przez 30 minut, paru godzinach odtwarzania wideo, kilku minutach nagrywania w 4K i translacji telefon nieco się zagrzał, ale nadal można było komfortowo trzymać go w ręku. Ultra Power Saving może przedłużyć działanie baterii do kilku dni, jednak zostajemy bez jakiejkolwiek synchronizacji.

W sumie więc świetny telefon - uwzględniając cenę i praktycznie brak dostrzegalnych wad jest to naprawdę trudny orzech do zgryzienia! W tym przedziale cenowym alternatywy to jedynie OnePlus 5T lub dwuletni Samsung S7. Huawei rzucił nam tym razem prawdziwego asa skrywanego w rękawie!

★★★★★
Pritesh Khilnani

Honor View 10 at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 13 April 2018

Star Wars: Battlefront II ★★★☆☆


Dawno dawno temu, na dalekim E3, galaktyczny konglomerat znany jako Extortion Acathexia prezentował chlubnie swoją raczkującą produkcję, Battlefront 2. Tym razem, zapewniając o swoim baczeniu na opinie i krytykę wznoszącą się wokół poprzedniego dzieła z serii, które to zostało wydane pod czasową presją premiery kinowego Przebudzenia Mocy.

“Słyszymy Was”, cicho łkali Ewidentni Aroganci, ukazując nowe fragmenty kampanii dla pojedynczego gracza z możliwie interesującą perspektywą Imperium… teraz drobny spoiler… trwającą przez większość misji, dla mnie, oczekiwana zmiana przynależności nagle sprawia, że Komander Iden Versio staje się zaufanym sprzymierzeńcem i prawą ręką Leii na przestrzeni zaledwie kilku cut-scenek. ...koniec spoilerów.


Od tego momentu historia skupia się na naszym Idenie prezentując poziomy podczas których w rączki dostajemy największe hity z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Większość misji jest dość przyziemna - przejdź do punktu, złap, broń czegoś lub uderz w jakiś przełącznik i wytrzymaj chwilę natarcia wrogów… w sumie trochę jak w Destiny.

Ta niezwykle krótka kampania nagle kończy się ni stąd ni zowąd nie pozostawiając nam żadnych konkluzji. Nie ma wielkiej finałowej bitwy, czy potyczki z bossem. Wygląda to zupełnie jakby wszyscy adwersarze uznali, że pora zmienić kolejny scenariusz w zgliszcza podobne tym z Dead Space 3 i to w dodatku dopiero w DLC. Było to chyba najbardziej niespodziewane zakończenie od czasu Fable 3, które to zdołało zepsuć zabawę nam wszystkim niespójnymi zmianami w czasie, czy tak jak to kiedy Bungie opuściło pokład projektantów trzeciego aktu Halo 2.

Finałowym daniem gry wciąż jest więc tryb wieloosobowy. Wyrżnąć sobie drogę do zwycięstwa, zdobywać i bronić punkty jako jedyny Storm Trooper który cokolwiek trafił. Oczekiwanie szumne mechaniki latania zostały odnowione przez kolegów z Criterion (najbardziej znanych chyba z serii Burnout).

Graficznie jest zdumiewająca, podobnie zresztą jak Battlefield 1, jednak w stosunku do niej Battlefront 2 nie otrzymał możliwości niszczenia otoczenia na planszach. Często zdarzało mi się zatrzymywał by podziwiać detale liści… może jakieś ptaki, które zdają się pojawiać wychodząc z podłogi. Nie jest to jednak najlepszy plan podczas grania w multiplayerze. Ludzie zwykle nie uszanują Twojego zainterowania lokalna architekruą.

Z pomocą Ortolana E.A.kceptacja łączy siły z Imperatorem Palpatinem i przechodzi na ciemną stronę mocy. A tak trochę jaśniej - w grze zdobywamy skrzynki, z których dostajemy dostałem nowy sprzęt, specjalne postacie, bronie i bonusy do następnej rundy online. Można je oczywiście dokupić za prawdziwe pieniądze. Dają one nieuczciwą przewagę dzieciakowi, który gwizdnął kartę kredytową matki( NHL 18? ) i dzięki temu ma mocniejszy karabin, Drath Maula i staty, a biedny xXgoodshot420Xx, który dopiero dołączył do zabawy szans nie ma raczej żadnych i dopiero po spędzeniu kilku godzin na grze, zdobędzie kilka skrzynek i ochoczo weźmie się do ich otwierania.. co prowadzi nas do kolejnego problemu. Bóg jeden wie co w nich znajdzie. Można grindować godzinami, czy wydać swoje oszczędności z najbardziej poukrywanych skarpet, ale i tak możemy wylosować sam badziew.


Na szczęście, zupełnie jak w kinach, plany Elusive Acathexia zostały udaremnione. Gracze bojkotowali ze swoimi portfelami niczym sztandarami i zalali grę krytycznymi opiniami już w dniu premiery. Belgia była pierwszym krajem, który uznał, że skrzynki w grach to nic innego niż hazard, a wartość akcji EA spadła o 8.7% (szacowane na 3.1 miliarda dolarów) ze względu na reakcje społeczności. Jednak dobro wygrywa.. Przynajmniej na razie. Ekonomicznie Abstrakcyjni “tymczasowo” usunęli z możliwość kupowania skrzynek za prawdziwe pieniądze. Jakie są ich plany na przyszłość, tego nie wiemy, ale z pewnością będą miały duży wpływ na to jak w przyszłości będzie wyglądać długość życia gier komputerowych.

Zawartość gry jest niepodważalnie znakomita, szkoda tylko, że to chciwość Eviltroników Atencjuszy musiała stanąć na drodze i wszystko zrujnować. “It’s in the game”, ta jasne.

★★★☆☆
Bry Wyatt

Star Wars: Battlefront 2 at CeX

Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 10 April 2018

Kingdom Come: Deliverance ★★★☆☆


Mamy miecze i sandały, a jednak to zbyt dużo?

Można szczerze powiedzieć, ze Kingdom Come: Deliverance było wydane na pokładzie rozpędzonego hype-train’u. Z milionem funtów zebranym na Kickstarterze przez fanów głodnych średniowiecznej przygody na miarę Skyrim’a, nie powtarzającej błędów For Honor. Gra obiecywała dużo: system walki oparty o szermierkę, żywy, oddychający wręcz świat, niezależnie od tego czy w pobliżu znajduje się główny bohater, oparta więc na realizmie rozgrywka, z chorobami, zmęczeniem, a nawet potrzebą dbania o higienę osobistą(wiem, nie jest to powszechnie znany koncept).

Ale czy realistyczne ujęcie średniowiecznych klimatów wypali? No cóż. Wszyscy razem dajmy z siebie wszystko sprawdzając,czy damy radę uniknąć Czarnej Śmierci.. lub, umrzyjmy próbując.

The Good

Pierwsza rzecz jaka rzuci nam się w oczy w Kingdom Come: Deliverance to to iż deweloperzy z Warhorse stworzyli przemyślany jak i dobre zrealizowany obraz średniowiecznej Europy. Dane nam dzieło wydaje się rzeczywiste, często brutalne i nader wszystko jest właśnie takim jakim oczekiwalibyśmy zastać w grze RPG. Niezrównana dbałość o szczegóły, drobiazgowa w takim stopniu, że po dniu spędzonym w lesie skończymy z umorusanymi ubraniami, a NPC będą ze względu na to mniej przychylni. W końcu to szata zdobi człowieka.

Co więcej, dalsze dążenie do realizmu to jeszcze więcej dolanej do ognia oliwy, w pozytywnym sensie. Świetnie zaprojektowany system walki rzuca nas dość szybko ma głęboką wodę, lecz jeśli podołamy nagroda jest niezwykle satysfakcjonująca. Kiedy zaczynamy prędzej sami siebie poranimy, niż cokolwiek zwojujemy, a ciężka praca czeka nas nim staniemy w szranki z najsilniejszymi rycerzami królestwa. Co wyjątkowe i świeże w temacie odbywa się to bez parcia na podwyższanie  statystyk, używanie eliksirów czy zaklęć, a za to w większej części gra skłania nas do korzystania ze znajomości świata i dostosowywania się do niego. Oczywiście nie spodziewajcie się łatwej przejażdżki.

The Bad 

Mówiąc o tym, zdecydowanie mniej dopracowane są już grafika i sam silnik gry. Dane jest Wam to zaznać gdy tylko w złą stronę bujniecie jeden z systemów, do tego dokładamy błędy teksturowania i ot co całą immesję trafia szlak. Jakby tego było mało, cierpi też oczywiście grywalność. Bez autosave’ów utknięcie w zbugowanej teksturze wystarczy, by przynieść na świat kolejny złamany w pół kontroler.

Na koniec warto zauważyć, też niepokojący brak różnorodności wśród modeli postaci w grze. Argument, że decyzja ta została podjęta w imię dokładności historycznej, jest wręcz podejrzany, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że azjatyccy kupcy byli częstymi gośćmi Europejskich traktów już w tamtych czasach. Na cóż więc zrzucić rzekome wybielanie przy projektowaniu postaci jeśli nie na lenistwo, czy w najgorszym wypadku - rasizm. Nawet jeśli pozostawia to pole do dywagacji, nadal jest to dość duży zarzut przeciwko temu tytułowi i zarazem na pewno trudny do zignorowania.

Werdykt

Kingdom Come: Deliverance to na pewno nie Skyrim 2.0 i jeżeli tego oczekujecie to niestety, ale tak się nie stanie. Nie ma porządnego silnika, czy grafiki, ale to nadal jest okej. Jednak jedno trzeba Warhorse przyznać, chcieli oni dostarczyć nam produkt, którego rzeczywiście jeszcze nie było - oparta na wydarzeniach historycznych przygoda wypełniona akcją.

Wyszczerbione arcydzieło, które, miejmy nadzieję, poprawi się, zarówno jeśli chodzi o błędy w działaniu  jak i pewne mechaniki, wraz z przyszłymi aktualizacjami.

★★★☆☆
Sir Thomas Baker

Kingdom Come: Deliverance at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 28 March 2018

Monster Hunter World ★★★★☆


Monster Hunter: World, najnowszy tytuł CapComu dostępny na konsole Playstation 4 i Xbox One, z wersją na komputery osobiste zapowiedzianą na dalszą połowę roku. Tytuł dawniej skupiający się na handheldach, z głównie Japońską grupą odbiorców, atakuje światowy rynek z dość dużym ryzykiem ze strony CapComu.


Zamysłem gry jest wcielenie gracza w rolę badacza, który poluje na różnorodne potwory w Nowym Świecie i zbiera o nich wszelkie informacje. Gameplay skonstruowany dość formalnie - polujemy na potwory, pozyskujemy z nich materiały łapiąc je lub zabijając, ze zebranych składników tworzymy ekwipunek, który pozwala podejmować coraz to większe wyzwania. Z czasem rozgrywka staje się trudniejsza i dane jest nam stawiać czoła bardziej skomplikowanym w obejściu monstrom. Poza tym oczywiście fabuła, ale ta akurat nie jest zbyt silnym punktem gry, przyjmuje formę rozszerzonego tutorialu i raczej wskazuje nam co będziemy robić po jej ukończeniu.

Możemy grać sami, lub z towarzystwem w trybie kooperacji(kilka patchy zajęło deweloperom doprowadzenie tego do sprawnego działania). Jeśli gracie solo dostajecie do towarzystwa Kotostwora(czyli w sumie kota w ubraniach) i pomaga on Wam w toczonych walkach. W trybie wieloosobowym można grupować się w 4. osobowe drużyny, czasami również z kotem w pakiecie. Dodatkowo możecie też ulepszać kotka uzbrojenie by zyskać lepsze wsparcie(lub kozacki look, zależy na czym bardziej Wam zależy).

Rozgrywka i walka jest definitywnie najmocniejszą stroną gry. Animacje skoskruowane są w taki sposób, że z każdym zadanym uderzeniem można poczuć jego wagę. To samo dotyczy oczywiście przeciwników, których wachlarz rozciąga się od dinozaurów do starszych smoków. Ze względu na to nie dziwną jest śmierć od jednego ciosu z winy źle obliczonego uniku, co po kilku takich doświadczeniach jest dość frustrujące(co w takich grach nie jest aż tak często spotykane). Można tutaj mieć podobne odczucia co w znanym wszystkim "Dark Souls", kiedy wzmaga się irytacja, lecz mimo to nadal chcemy próbować dalej i stawać się lepszymi. Porównując do wcześniej wydawanych edycji na konsole przenośne, tym razem otrzymaliśmy uproszczone jak i usprawnione mechaniki, które przekładają się na mniej potworów, mniej broni i mniej specyficznego wyposażenia. Tutaj perspektywy rodzi zapowiadane "G rank" DLC, które powinno ukazać się za kilka miesięcy.

Pod względem grafiki gra jest po prostu piękna, co jest niesamowite uwzględniając jedynie 16GB instalacji. Każda z lokacji, przez gęste lasy do koralowych raf jest istną piaskownicą z całą gamą znajdziek i potworów do upolowania. Mamy też obszar obozu, w którym to otrzymujemy zadania, ulepszamy ekwipunek i zajadamy się rozmaitymi posiłkami, które to znowu dają nam różnorakie tymczasowe wzmocnienia. Dostajemy do dyspozycji również swój własny kąt, który jeżeli mamy ochotę możemy zapełnić zbieranymi małymi kreaturkami.



Jeśli chodzi o zadania to nie są one zbyć różnorodne, jednak trzon całej zabawy jest wystarczająco satysfakcjonujący. Każda misja jest ograniczona czasowo, ale tworzy to wcale dodatkowej presji. Kiedy ukończymy główny wątek, gra dopiero się zaczyna, a naszym celem stają się wysoko-poziomowi przeciwnicy. Grind jest podobny do "Destiny", więc nie trafi do każdego, a także kompletne jego ukończenie zajmie nam setki godzin. Jeśli wszystko przypasuje nam dość dobrze i znajdziemy pasujący nam styl walki, to naprawdę łatwo zagubić się w tym tytułe na zdecydowanie zbyt długo.

Monster Hunter: World ma swoje problemy, jednak nadal jest to fantastyczny wpis do całej serii. Z niszowego tytułu wyrasta na uznawaną przez recenzentów grę na światowym poziomie. Może brzmieć powtarzalnie, ale jeśli dać temu szansę przekonacie się jak wciągająca i satysfakcjonująca może być.


★★★★☆
Hannah Read

Monster Hunter World at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 22 March 2018

Skyrim (Nintendo Switch) ★★★☆☆


Najnowsze wcielenie gry, która nie godzi się ze śmiercią. Skyrim w wersji na konsolę Nintendo Switch, tak samo frustrujący i satysfakcjonujący jednocześnie. Większość gier z tego handhelda ogrywam teraz w trybie przenośnym i ta właśnie różnica w stosunku do innych edycji skłoniła mnie by kolejny raz zmierzyć się z tą skutą lodem krainą. (Oczywiście jeśli wolisz rozgrywkę na większym ekranie lepiej rozejrzeć się za tańszą alternatywą, choćby na komputery stacjonarne.)


Jeśli chodzi o wydanie tego tytułu na tą mniej wydajną konsolkę, to zobaczymy tu podobne mezalianse jak podczas reedycji na PS4 czy XboxOne. Widać to zdecydowanie w wizualiach przez stonowane oświetlenie i efekty wizualne. Dla powracających do tego tytułu to ciekawa szansa by ponownie zatopić ząbki w tym niesamowicie ekspansywnym RPGu, chociaż nie zmienia to faktu, że równie dobrze będą bawić się tutaj Skyrimowi nowicjusze.

Tak czy inaczej jeśli spędzicie tu dłuższą chwilę to szybko okazuje się, że poza mobilnością wersja ta nie ma nic nowego do zaoferowania. Skyrim na Switcha nadal ma te same stare błędy, które frustrowały graczy przez całą dekadę, brak skutecznego wsparcia, czy łatek, które to niedoróbki są cechą charakterystyczną gier Bethesdy już od czasów Morrowinda.

Teraz, kiedy każdy już zna historię Dovahkiina, a memiczne dialogi są lekko męczące już przy pierwszym podejściu, to za piątym razem może być ciężko. Od Jarla zakochanego w brzmieniu własnego głosu, do przeciwników powtarzających bitewne okrzyki po pięć razy. Wszystko słyszane już nie wiadomo który raz rozkłada na łopatki co mniej cierpliwych. Z drugiej zaś strony, gra nadal ma swoje świetne momenty zapadające na długo w pamięć.

To uczucie kiedy swoim potężnym głosem zrzucacie smoka na ziemię i sieczecie go toporem kończąc jego żywot, czy choćby to kiedy stawiacie całe miasto na baczność przez przypadkowe uderzenie kurczaka. Oczywiście jeśli preferujecie mniej brutalne postępowanie możecie pogrywać zgodnie z zasadami roleplay niczym NPC zbierać sobie grzecznie grzybki, czy spędzać czas spacerując i poławiając sobie. Świat jest nadal przesycony tym niepowtarzalnym klimatem, zaś mechanika walki starzeje się z dnia na dzień. Nie zmienia to faktu, że nadal można bawić się napuszczając giganty na kurczaki, czy przedzierać się przez niezdobyte dungeony by nazbierać nieco złota.


Wszystkie DLC są w pakiecie, więc jeśli nie mieliście z nimi styczności to kolejny powód zakupić wersję na switcha. Bądź co bądź gra nadal jest bardzo grywalna, na co na pewno nie wskazuje już data premiery. Jednak nie ma też konkretnego powodu do żądania za nią pełnej ceny, zwłaszcza porównując do ostatnio ponownie wydawanych dla Switcha tytułów takich jak choćby LA Noire. Port Skyrim’a na Nintendo Switch bez wątpienia pochłonął dużo pracy i wysiłków, oraz jest zdecydowanie daleko od bycia najeżoną błędami fuszerką jak ostatni port WWE.

Z całym szacunkiem, najlepiej mimo wszystko poczekać aż cena nieco spadnie, chyba, że jesteś pewien, że nie przyprawi Cię to o chrypkę. Finalny werdykt: Tym razem strzała nie trafia w kolano.



★★★☆☆
James Millin-Ashmore

Skyrim at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 19 March 2018

Assassin's Creed: Origins ★★★★☆


Dwa lata, co w tym przypadku to całkiem sporo czasu, minęło od premiery ostatniej gry z serii "Assassin's Creed". Ubisoft ostatnio popadł w nawyk częstego prezentowania nowych odsłon swoich serii. Mimo towarzyszącej temu ekscytacji chyba wszyscy zgadzamy się co do jednego - twórcom zaczęło brakować pomysłowości. 'Assassin's Creed: Origins' jest najnowszym dzieckiem serii, które pokazuje, że tym razem projektanci spędzili czas rzeczywiście produktywnie, wprowadzając do 'asasyna' trochę od dawna wyczekiwanej świeżości.

Tym razem Ubisoft na powrót przysiadł do szkicownika i rozpisał wszystko zupełnie od nowa, co oczywiście znacznie odbiło się we wszystkich aspektach gry. Jeśli mowa o fabule to przedstawiono nam początki Zakonu Asasynów i ich walki z Templariuszami. Dane jest nam kierować losami niejakiego Bayek'a, Egipcjanina, który uznawany jest za ostatniego Medjay i dąży do zemsty za wyrządzone mu krzywdy.


Historia sama w sobie jest bardzo dobra i  do tego oprawiona w świetny voice-acting, który niestety w cutscenkach zostaje przygnieciony przez zbyt głośną muzykę i efekty dźwiękowe(nie obyło się bez napisów). Same przerywniki też niezłe, jednak to tylko tło dla zastanego świata - prawdopodobnie bylibyście w stanie cieszyć się grą nawet bez głównego wątku fabularnego.

Świat Assassin's Creed'a zawsze był oszamiałaniący(pamiętam jak powalił mnie pierwszy 'asasyn' , ze swoim światem innym niż jakikolwiek, który dotąd widziałam), a ten naprawdę stawia wysoką poprzeczkę innym produkcjom. Przywykłam już do tętniących życiem ulic z tej serii, więc suche, zwichrowane pustynie, które wydają ciągnąć się w nieskończoność, są naprawdę dobrą odmianą. Można w sumie powiedzieć, że Ubi jest dumne ze swojej najnowszej kreacji(i słusznie), również ze względu na to, że wspiera teraz Tryb Zdjęciowy, zresztą tak jak inne nowe duże tytuły.  Wizualnia to dla mnie w grach sprawa bardzo ważna, więc bardzo doceniam tę opcję(nawet jeśli oznacza to, że spędzam 90% czasu gry na robieniu screenshotów, zamiast na ukończenu fabuły).

Ta odsłona jest dużo bardziej RPG'owa i znacznie odchodzi od typowego stylu gry przygodowej. Mapa jest ogromna i podzielona na kilka obszarów wypełnionych misjami pobocznymi i opcjonalnymi aktywnościami.  No i właśnie. Możliwe, że nawet zbyt ogromna - jako całość wydaje się dość przytłaczająca(jak z resztą wiele innych 'asasynów' ), przydałoby się trochę lepiej prowadzić gracza. Wszystko jest zrealizowane w oparciu o poziomy postaci, więc nie najlepszym pomysłem jest pakować się tam gdzie nie trzeba.

Dodano też system łupów(yay!), ukłon w stronę Wiedźmina 3. Czekają tam na nas kolorowe przedmioty uszyte w spójny system rzadkości, od zwykłych do legendarnych. Samo w sobie rozwiązanie działa znakomicie, ale niestety jeśli chodzi o elementy ubioru to otrzymamy w ten sposób jedynie tarczę - stroje można kupić, ale to jedynie kwestia kosmetyczna, z tej strony uważam, że Ubi mogło pójść dalej i skomplikować to nieco bardziej. Od poprzednich części nowego asasyna odróżnia również system walki, zupełnie inny niż dotychczas i według mnie też lepszy. Nieco przypomina Ubisoftowe For Honor i jest o wiele bardziej taktyczny, składający się z parad, defensywy, uników i oczywiście ataków. Kluczowe jest idealne wyczucie czasu, a ogół wydaje się naprawdę sporo lepszy niż w poprzednich odsłonach. Mamy też tutaj małe odniesienie do Black Flag'a (mojego osobistego faworyta serii), a mianowicie umiejętności polowania, których używamy do ulepszania naszego ekwipunku. Jedyne co, to można mieć lekkie odczucie, że cały system jest w grze trochę 'na doczepkę'.



Szczęśliwie uraczono nas naprawdę nikłą ilością usterek. Ubisoft naprawdę dobrze zmierzył się ze swoim zadaniem i wykorzystując dłuższy niż zwykle dla nich czas, pokazał jakościową rozgrywkę na poziomie, prawie że wolną od glitchy, czy błędów. Jeśli mam być szczera to seria naprawdę potrzebowała tej dwuletniej przerwy, jednak Origins powrócił ze zdwojoną siłą dołączając do najlepszych tytułów od Ubisoftu. Jestem podekscytowana myślą o przyszłości i nie mogę się doczekać co pokażą nam dalej.


★★★★☆

Hannah Read

Assassin's Creed Origins at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 13 March 2018

Super Mario Odyssey ★★★★★


Jeśli jest jakaś postać, której nie muszę Wam przestawiać to jest to właśnie Mario.  Gry z nim zredefiniowały gatunek platformówek, i to nie raz. Super Mario Bros. jako prosta gra typu 'side scroll'. Super Mario World i Mario 3 nadal uznawane przez niektórych za najlepsze gry wszechczasów. Oraz oczywiście Mario 64, które przeciera szlak dla wszystkich platformówek 3D. Poza tym hydraulikowi całkiem nieźle wychodzi też tenis, golf i gokarty, jak jedne z wielu oczywiście.


Po raz kolejny księżniczka Peach została porwana przez Bowsera. Który, o zgrozo, planuje zmusić ją do ślubu. Pewnie zgodzicie się,  że powinna sobie załatwić lepszych strażników. Toad spisuje się w sumie podobnie co Bananowi Strażnicy Balonowej Królewny.  Mario próbuje zatrzymać Bowsera, ale zostaje zrzucony z latającego statku przez królikowych pomocników, zwanych Broodalsami. Niesławna czapka Mario zostaje zniszczona, lecz szczęśliwie bohater budzi się w Królestwie Czapek, krainie zamieszkałej przez zaczarowane czapki! (Nintendo musiało coś palić..). Protagonista szybko zaprzyjaźnia się z Cappy, której siostra, Tiara, również została uprowadzona prze Bowsera. Razem ruszają do pobliskiego Królestwa Cascade po "Odyseję", tytułowy latający statek i rozpoczynają pogoń za Bowserem i Broodalsami przez cały świat.

Nintendo wróciło do koncepcji bardziej otwartych poziomów, takich jak w Mario 64, czy Mario Sunshine, stawiając na eksplorację i eksperymenty z nowymi mechanikami. Każdy poziom jest wypełniony znajdźkami w postaci Księżyców, często możliwymi do zdobycia przez realizacje konkretnych celów  poziomu, trochę jak w Mario 64, jednak rozsianymi trochę szczodrzej. Poziomy w większości są świetnie zaprojektowane i przyjemne w eksploracji, może poza tymi kilkoma strefami, które wydają się nie mieć większego celu niż sprawianie by dany poziom wydawał się niepotrzebnie większy. Zapewne jest wymuszone potrzebną tak zwanego punktu ładowania, przestrzeni mającej na cel umożliwić grze załadowanie następnej sekcji bez spowalniania tempa rozgrywki, ale jeśli to rzeczywiście prawda, to tak czy inaczej nie do końca im to wyszło. Nie zdarza się to co prawda często, więc może za bardzo się czepiam.

Kocham to uczucie pędu oddawane przez Mario w czasie biegania. Przyśpieszanie podczas zbiegania i widok Mario rozkładającego ręce jak  samolot jest naprawdę całkiem zabawne. Cappy(cudowna zaczarowana czapeczka) staje się naszym 'przedłużeniem', używamy go do przedłużania naszych skoków, podkręconych ataków, czy uderzania i zbierania przedmiotów na odległość. Nie ma żadnych "power up'ów", do lamusa odchodzą grzybki i ogniste kwiatki. Nie ma też znanych piórek, czy listków. Zamiast tego rzucając zaprzyjaźnioną czapką w przeciwników, lub zwierzęta, gracz zyskuje nad nimi kontrolę. Sam bohater wnika w przejęte cele i tutaj zaczyna się zabawa. Mario otrzymuje w ten sposób mnóstwo nowych ruchów  i umiejętności, pozwalających mu dotrzeć tam gdzie nie dało się dostać wcześniej i oczywiście odnaleźć więcej księżyców by zasilić Odyseję.



Przejmij kontrolę nad żabą, a Mario jednym susem znajdzie się na najwyższym budynku, weź głowę Wysp Wielkanocnych, a Mario zobaczy to  czego nie dostrzegają inni, albo po prostu zczapkuj Dinozaura. Każdy chce być dinozaurem. To podsuwa pytane, czy w takim razie Mario jest pod kontrolą czapki, czy może to on kontroluje czapkę? Kiedy ja stawiam pytania, na które nie ma odpowiedzi... Jak niby Bowser  zakłada swój strój, może zdejmować te skorupę czy jak?

Odkładając na chwilę na bok swoje wątpliwości jestem w stanie zaakceptować również to, że Mario z powodzeniem dogaduje się z fokami i pingwinami, czy tą dziwną rywalizację z punkowym żółwiem, który ma własne królestwo, a za plecami swój 30 letni kryminał ... ale. Ludzie z miasta New Donk wyglądają naprawdę dziwnie i jeszcze dziwniejszym czynią cały zastany świat. Co ciekawe Mario Odyssey oficjalnie przedstawia Mario  jako nieludzia zdolnego kontrolować istoty ludziom podobne.

★★★★★
Bry Wyatt

Mario Odyssey at CeX


Get your daily CeX at


Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl