Monday, 11 November 2019

Monster Jam: Steel Titans ★★★☆☆


W Anglii nie szalejemy zbytnio za monster truckami. Trudno zrozumieć te emocje - wszystko wydaje się bardzo amerykańskie, prawda? Niezadowoleni z normalnych ciężarówek, ludzie w starej dobrej Ameryce musieli po prostu sprawić, że będą większe. Bo czemu nie. Ten nowy typ ciężarówki zrodził Monster Jam, amerykański event sportowy. Zaczynając w 1992 roku, zaledwie 10 lat później wydali swoją pierwszą licencjonowaną grę wideo, Monster Jam: Maximum Destruction. 17 lat później wciąż dostajemy nowe tytuły - i raczej wiele się w tym czasie nie rozwinęły.

Najnowsza odsłona, Monster Jam: Steel Titans, kontynuuje ideę chaosu monster trucków i przenosi ją na kolejny poziom dzięki nowym mapom, wyzwaniom, modelom i szaleństwu. Wszystko to niedorzecznie przesadzone naprawdę działa jak miękki restart, wprowadzając nowych graczy do serii i miejmy nadzieję, przekonując ich, że jazda ogromną ciężarówką rozbijającą skrzynie na kawałki, to dobry sposób na spędzenie czasu. Zaczynając w centrum Monster Jam University nauczymy się podstaw sterowania ciężarówką i sposobów gry w różnych trybach. Następnie zostajemy wrzuceni za kierownicę i jedziemy w świat szaleństwa monster trucków.


Radziłbym, abyście zwrócili szczególną uwagę na samouczki, ponieważ sterowanie jest trochę nietypowe, zwłaszcza jeśli jesteście nowi w serii, czego się spodziewam, ponieważ macie jakikolwiek gust i nigdy nie marnowaliście czasu na Monster Jam. Trudne sterowanie jest dodatkowo ciekawsze przez niedorzeczny silnik fizyki w grze, który sprawia, że ​​pojazdy są bardzo nieprzewidywalne i czasami wręcz niemożliwe do kontrolowania.

Graficznie, Monster Jam: Steel Titans nie jest najładniej wyglądającą grą na rynku. Chociaż nikt nie spodziewał się, że tytuł z monster truckami będzie ucztą dla oka, spodziewałem się więcej po grze wydanej w 2019 roku. Konstrukcje pojazdów nie są złe - co zrozumiałe, tutaj skupiona była uwaga twórców. Jednak widać, jak dużo wysiłku włożono w pojazdy, a jak mało we wszystko inne. Świat wydaje się martwy, do tego brakuje mu detali, cały w blokowych teksturach i poważnymi problemami z perspektywą, które sprawiają, że wrażenia są bardzo niepokojące.

Przynajmniej jest wiele do zrobienia - obfite tryby gry, w tym standardowe wyścigi, swobodne przejażdżki, tryby kaskaderskie i zniszczenia sprawiają, że jeśli jesteście fanami monster tracków, prawdopodobnie szybko się nie znudzicie. Za kierownicą ciężarówki można się dobrze bawić, jeśli lubicie takie rzeczy. Powtarzalność jest dodatkowo maskowana przez liczne skórki do odblokowania i części do pojazdów, które sprawią, że wasza ciężarówka będzie siłą, z którą trzeba się liczyć.

Ogólnie rzecz biorąc, Monster Jam: Steel Titans zapewnia mnóstwo zabawy i szaleństwa z monster truckami, ale gra nie jest jeszcze wystarczająco dopracowana, aby wypuścić ją w 2019 roku. Grafika pozostawia wiele do życzenia, a abstrakcyjne sterowanie i fizyka składają się na frustrującą rozgrywkę, jednak jeśli lubicie Monster Jam, prawdopodobnie znajdziecie tutaj naprawdę dużo zabawy.

★★★☆☆
Sam Love

Monster Jam: Steel Titans w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 8 November 2019

What Men Want ★☆☆☆☆


Pamiętacie komedię romantyczną z Nancy Meyers 2000 What Women Want, z Melem Gibsonem? Nie? Nie martwcie się. To był kompletny niewypał. Cóż, 19 lat później, ktoś zdecydował, że to dzieło powinno dostać wersję godną nowych czasów więc pora na remake / reboot / sequel - chociaż tym razem zmieniono płeć (jak oryginalnie). What Men Want to jeden z tych filmów, o które nikt nie prosił, nikt nie chciał, kilka osób obejrzało - w dużej mierze nie polubiło - i koniec końców - nigdy więcej go nie obejrzy. Zapewne zapadnie się w otchłań przeciętnego nowoczesnego rom-comu (i prawdopodobnie wyląduje gdzieś w pobliżu What Women Want, które zatonęło w 00).


Taraji P. Henson, cudowna aktorka, jednak tutaj to całkowicie zmarnowany potencjał pomimo jej najlepszych starań, grając Ali Davis, zastanawia się, co musi zrobić, aby odnieść sukces w męskim świecie. Mając nadzieję na znalezienie odpowiedzi zwracając się do medium, Ali pije dziwną miksturę, która pozwala jej słyszeć, co myślą mężczyźni. Korzystając ze swojej nowej umiejętności, Ali zaczyna przeganiać męskich kolegów w wyścigu, o podpisanie następnej gwiazdy koszykówki. Odwrócenie płci powinno pozwolić na bardzo aktualne spojrzenie na politykę dotyczącą pozycji obu płci w miejscu pracy. Komedia jako gatunek z pewnością ma taką możliwość - ostatni film Mindy Kaling Late Niht zrobił to bardzo dobrze.

Pomimo ciekawej przesłanki, która naprawdę ma potencjał, What Men Want jest po raz drugi całkowicie zrujnowanym filmem. Przede wszystkim Henson - absolutnie niesamowita aktorka, która dała nam jeden z najlepszych występów w Hidden Figures z 2016 - tutaj ciężko ją oglądać. To prawda, że ​​częścią problemu jest sposób, w jaki napisana jest jej postać. Jest „jednym z chłopców”, głośnym zwierzęciem imprezowym. Henson po prostu przesadza z występem tak tandetnym, że ciężko się to ogląda. Wszystko w filmie wydaje się nietrafione - żarty, fabuła, setting; wszystko tutaj cuchnie zacofaną komedią o pracy.


Kolejny dowód na to że remake ze zmianą płci nie czyni cudów. What Men Want to bolesny i  żmudny spektakl. Czasami wpada bystry seksistowski komentarz i już wydaje się, że w kontrze zgłębimy jakiś ważny temat, jednak zaraz jest to porzucane na rzecz sprośnych, prymitywnych żartów ( nietrafionych ). OK, więc to sex komedia. Ale nie, gatunek znów się zmienia! Teraz mamy dramat pracy. Więc gdzie w końcu jesteśmy? Niewiadomo. Praktycznie wszędzie gdzie się da, zapewniając niezapomniane wrażenia. A przy tym wszystkim jeszcze przeciągające się 2 godziny seansu. Dzięki Bogu, reżyser Adam Shankman nie wydał swojej oryginalnej wersji, która, jak twierdzi, trwała ponad 3 godziny…

Problem to niewykorzystany potencjał. Film mógł mieć silny przekaz, ale zamiast tego nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Żarty są słabe, występy kiepskie, przesłanie pogmatwane, a całość jest za długa. Podsumowując, nie polecam. Unikać jak się da.

★☆☆☆☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 7 November 2019

Oszustki ★★★☆☆


Do seansu Oszustek usiadłem z kilkoma uprzedzeniami. Recenzje nie były zbyt dobre, a remake to temat rzadko trafnie oddający sedno pierwowzoru. Jak się jednak okazuje, nie było tak źle, ale też nic w tym porywającego.

Anne Hathaway i Rebel Wilson razem decydują się na komediowy remake “The Hustle”. Ta pierwsza gra doświadczoną, wyrafinowaną profesjonalistkę, która próbuje wyszkolić swój bezczelny australijski odpowiednik w sztuce oszustwa. Koniec końców rywalizują w tym kto oszuka potentata technologicznego (Alex Sharp), który akurat przebywa w ich fikcyjnym mieście na południu Francji. Przegrany musi odejść, ale nie myślcie, że na długo.


Jako postawę wykorzystano Dirty Rotten Scoundrels, choć brakuje mu ciepła z wykonania Michaela Caine'a / Steve'a Martina z 1988 rok. Sam film podąża za obecnym trendem zamiany płci głównych bohaterów, jako alternatywnego sposobu na opowiedzenie historii, choć tak naprawdę jest to tylko zabieg dla Wilson, aby dać jej większą swobodę na scenie.

Jest mnóstwo prostych żartów, które są uderzają do szerokiej widowni i większość z nich to zabiegi wykorzystywane już w dziesiątkach, jak nie setkach, scen w innych komediowych remake’ach. Nie oznacza to, że nie będzie się z czego pośmiać, ale wiele zależy od tego, czy jesteście w stanie przełknąć wiele żartów, które jednak do Was nie trafią. Hathaway jest wystarczająco przekonująca jako wyniosła oszustka z wątpliwym angielskim akcentem i okazuje się być dobrą podstawą do humoru budowanego przez swoja wspólniczkę, ale sama nie bawi nas zbyt wiele.

Angielski komik Chris Addison otrzymał swoją pierwszą główną rolę reżyserską w tym filmie, a jego ciągoty do angielskiego humoru można zobaczyć w kilku miejscach. Jest tu choćby trio dziewczyn z Essex, które zostają wciągnięte w pułapkę, ale nic nie wskazuje na zasługi mężczyzny odpowiedzialnego. Generalnie flaki z olejem, marnujące talenty głównego duetu, który dokłada wszelkich starań, aby wycisnąć z tego coś, co dałoby się oglądać.


Hustle na pewno przekroczył moje zaniżone oczekiwania, biorąc pod uwagę powszechne mierne recenzje około-premierowe. Mimo to nie jest zbyt dobry i mam nadzieję, że zniknie z mojej pamięci za około miesiąc. To film stworzony pod Wilson, więc prawdopodobnie spodoba Wam się, jeśli jesteście fanami jej poprzednich filmów lub ogólnie komedii slapstickowych. Jeśli nie chcecie zabijać czasu podczas długiego lotu, to prawdopodobnie znajdziecie lepszy film, który wypełni te 94 minuty Waszego życia. Osobiście poleciłbym Dirty Rotten Scoundrels, nadal działa jak trzeba.

★★★☆☆
James Millin-Ashmore



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Monday, 4 November 2019

Wolfenstein: Youngblood ★★☆☆☆


„Wolfenstein: Youngblood” to najnowsza odsłona historii o zabijaniu nazistów, spod skrzydeł Machine Games, tym razem we współpracy z Arcane, które znamy choćby z serii „Dishonored”. Gra to niekoniecznie kolejny Wolfenstein, a raczej samodzielne rozszerzenie do najnowszej części, które, nawiasem mówiąc, wydaje się sporym eksperymentem, w porównaniu do pozostałych odsłon. To zdecydowanie mniejszy kaliber, a dodatkowo gra próbuje tylu różnych nowych rzeczy, że ciężko powiedzieć, czym tak naprawdę się przez to staje.


W Wolfenstein: Youngblood gramy jako jedna z dwóch córek Blaskovitza, które próbują odnaleźć ojca zaginionego na misji w okupowanej Francji. W trakcie przygody, podobnie jak w poprzednich grach, mamy mnóstwo zabawy z tępieniem nazistów, tym razem jednak położono nacisk na więcej otwartych misji, co oznacza, że możemy atakować swoje cele w dowolnej kolejności.

Gra jest w pełni kooperacyjna i właśnie pod tym względem naprawdę błyszczy. Jest to niefortunna sytuacja dla graczy solo, ponieważ zabawa w trybie dla pojedynczego gracza, nijak ma się do rozgrywki we dwójkę, a sztuczna inteligencja drugiej siostry jest przez większość czasu okropna i w najlepszym razie ogólnie mierna. Polecam granie w kooperacji, nawet z nieznajomymi, jeśli to możliwe - to naprawdę większa radość z bicia niemilców, co swoją drogą można zrobić przy pomocy szerokiego wachlarza fajnych broni.

Problemem dla mnie jest dość powtarzalna struktura misji w grze. Pół-otwarty charakter gry prowadzi nas do wielu misji dla mieszkańców Paryża i francuskiego ruchu oporu, które nie zawsze mają sens i rzadko się wyróżniają. Przekonacie się o tym ratując obywateli i zabijając mechy raz po raz, aż do momentu, w którym uznacie to za deja vu. Mam wrażenie, że świat został zaprojektowany tak, aby zawierał możliwie jak najwięcej treści, jednak tutaj wypadło to niekoniecznie dobrze.

Przez całą grę chodziło mi po głowie, o ile lepsza byłaby trzymając się swoich starych zalet. Chociaż w pierwszych dwóch odsłonach każdy poziom był częściowo otwarty, zawsze towarzyszyło temu poczucie ciągłości, które prowadziło nas do następnego etapu. Otwarte światy są teraz popularne, ale czasami nie kłanianie się nowym trendom, naprawdę może sprawić, że gra będzie się wyróżniać, a gracze dostaną odświeżającą i oryginalną  rozgrywkę, a nie coś, co męczy, bo większość czasu spędzamy na zwiedzaniu kolejnego powtarzalnego otwartego świata.


Grafika jest bardzo dobra, podobnie jak sam projekt świata, chociaż nie miałam motywacji, aby to wszystko poznawać, bo nie czułam, że jest tam wystarczająca ilość treści aby uznać to za sensowne. Walka jest ekscytująca, jak we wszystkich Wolfensteinach, z porywającą akcją trzymającą w napięciu w każdej minucie, co przynajmniej w części zrównoważyło mniej ekscytującą eksplorację świata.

Z moich doświadczeń jasno wynikało, że twórcy chcą, byśmy grali w tę grę w trybie współpracy, więc mogę ją polecić tylko tym, którzy mają taką opcję - jako gracz solo poczułam się zawiedziona takim stanem rzeczy, ponieważ kooperacja była jedynym sposobem, aby naprawdę cieszyć się grą i nie zwracać uwagi na powtarzalny charakter misji. W niektórych momentach jest fajnie, ale nie wystarczająco jak na „Wolfensteina”, którego znamy.

★★☆☆☆
Hannah Read

Wolfenstein: Youngblood w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Friday, 25 October 2019

Angry Birds Movie 2 ★★★★☆


2016 rok przyniósł jedną z największych niespodzianek ostatnich lat w świecie filmu animowanego. Angry Birds miało być mierne. Nie trzeba było wiele - w końcu jest to film oparty na grze. Mobilnej. Dodajmy do tego Sony Pictures Animation - firmę stojącą za hotelem Transylvania i przerażającymi Smerfami - niewypał murowany. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zabawny, uroczy i kolorowy seans. Teraz przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu - kontynuacji filmu opartego na grze mobilnej…


King Mudbeard (Bill Hader), władca Bad Piggies, planuje zemstę przeciwko Redowi (Jasonowi Sudeikis), Chuckowi (Josh Gad), Bombowi (Danny McBride) i reszcie Angry Birds po tym, jak zdewastowali jego ojczyznę w poprzedniej bitwie, prowadząc do komicznej wojny, która najwyraźniej jeszcze się nie kończy - przynajmniej dopóki tajemniczy fioletowy ptak o imieniu Zeta (Leslie Jones) nie zagrozi im wszystkim własnymi planami po tym, jak ma dość życia na odległej arktycznej wyspie. Aby uniknąć mroźnego losu, Ptaki i Świnie zawierają niełatwy sojusz i razem stają przeciwko Zecie i rozpoczynają nową przygodę.

Niewiele nowego można powiedzieć o Angry Birds Movie 2, jeśli komuś podobała się odsłona z 2016 roku to powinien ów skłonić się do kontynuacji. Dziwaczny humor, ciągłe gagi i ogólne podejście do opowiadania historii jest takie samo, jak w części pierwszej - więc jeśli tak jak ja, pokochaliście pierwszy film, to będziecie się świetnie bawić na Angry Birds Movie 2 . To nie jest kontynuacja, która robi coś innowacyjnego. Jest to kontynuacja typu „jeśli coś nie jest zepsute, nie to tego nie naprawiaj” - i według mnie to dobry ruch.

Tym, co oferuje Angry Birds Movie 2, to jednak nowe postacie. Leslie Jones z SNL kradnie show jako antagonistka Zeta, podczas gdy jej prawica, Debbie, grana przez zabawną Tiffany Haddish, również robi fantastyczną robotę. Klasyczna obsada, czyli Sudeikis, Gad, McBride, Hader, Maya Rudolph i Peter of Dronlage z Gry o Tron wchodzą z powrotem w swoje postacie i tworzą jedną z najśmieszniejszych obsad głosowych na jakie można liczyć.


Oczywiście jest to film skierowany do dzieci - ale jeśli chcecie oderwać się na chwilę od szarego świata, Angry Birds 2 jest idealnym sposobem. Szalony, surrealistyczny humor filmu i uroczo uproszczona narracja to wspaniała filmowa ucieczka i jeden z najśmieszniejszych filmów animowanych ostatnich lat. Jasne, to nie poziom Disneya, ale nie o to tu chodzi. Film nie bierze się na serio ani nie stara się opowiadać wielkiej historii. Niech żyje kinowe uniwersum Angry Birds!

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 17 October 2019

Dora i Miasto Złota ★★★★☆


Oto jedna z największych niespodzianek tego roku. W chwili pisania tej recenzji Dora i Miasto Złota na Rotten Tomatoes ma około 84% - pokonując Disneyowskiego Króla Lwa, Dumbo i Aladyna z 2019 roku. Tak, Dora pokonała nie jeden, nie dwa, ale trzy filmy Disneya - przynajmniej jeśli chodzi o oceny. Nie wyobrażam sobie, żeby konkurowała pod względem wyników finansowych, ale Dora, w reżyserii Jamesa Bobina, zwiastowała, że będzie absolutnym badziewiem - a jednak, wbrew wszystkiemu, stała się jednym z najlepiej ocenianych filmów rodzinnych tego roku.


Spędzając większość swojego życia na eksploracji dżungli, Dora (Isabela Moner) jest doskonale przygotowana na jej nową najbardziej niebezpieczną przygodę - szkołę średnią. W towarzystwie obdartej grupy nastolatków i małpy Boots (Danny Trejo) Dora wyrusza ratować swoich rodziców (Eva Longoria i Michael Peña), próbując rozwiązać tajemnicę zaginionej cywilizacji Inków.

Przede wszystkim Dora i Miasto Złota szczyci się absolutnie fantastycznym występem Isabeli Mone. Wschodząca gwiazda, którą możemy pamiętać z Transformers: The Last Knight, Sicario 2 i Instant Family, daje głęboki i rozgrzewający serce występ jako otwarta  młoda odkrywczyni. W filmie skierowanym głównie do dorosłej publiczności, która dorastała na serialu telewizyjnym dla najmłodszych, kultowa bohaterka również dorosła. Choć wciąż jest to film absolutnie skierowany do młodszej publiczności, jest o wiele bardziej wyrafinowany niż oryginalna seria - a postać Dory stała się nieco bardziej złożona, cudownie odgrywana przez Moner.

Film wyreżyserowany przez Jamesa Bobina i napisany wspólnie przez Nicholasa Stollera (zespół, który pracował nad The Muppets z 2011 roku) kontynuuje zamiłowanie do samoświadomego, ironicznego humoru i tworzy to zaskakująco zabawną adaptację dość prostego serialu telewizyjnego. Łamanie czwartej ściany w serialu telewizyjnym jest tutaj wspaniale i humorystycznie odwzorowane, a szczególnie dodatkowy smaczek w postaci sceny, w której nasze postacie napotykają halucynogenne kwiaty. Tak, to z pewnością jest bardziej dojrzałe niż materiał źródłowy.


To zabawna, świeża i porywająca historia i nic nie zapowiadało jak dobry będzie to film. Oczywiście nie jest to arcydzieło, ale dzięki włożonemu sercu i ogromnej charyzmie oraz cudownej pracy wschodzącej gwiazdy Isabeli Moner, która z łatwością mogłaby odegrać całą serię, jest to jedna z największych niespodzianek filmowych tego roku. Jeśli mi nie wierzycie, obejrzyjcie - z otwartą głową - i obiecuję, że będziecie się dobrze bawić. JEŚLI nie, to nie macie duszy i nie możecie zostać zbawieni...

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Wednesday, 9 October 2019

Fire Emblem: Three Houses ★★★☆☆


„Fire Emblem” to jeden z flagowych tytułów Nintendo, jednak przy tym prawdopodobnie najmniej doceniany. Mimo to seria zawsze cieszyła się pewną popularnością w świecie gier ze względu na niesamowitą strategiczną rozgrywkę i cudownie wymagającą funkcję permadeath. Najnowsza odsłona, „Fire Emblem: Three Houses”, wzbudziła o wiele większe zainteresowanie wśród odbiorców z głównego nurtu i naprawdę wydaje się być szansą na sukces Nintendo w głównym nurcie.

Od razu mówię, że nie jest to typowa gra „Fire Emblem”. Dodano bardzo wiele, aby uczynić ją bardziej atrakcyjną dla fanów RPG, i powiedziałabym, że jest to w większości zmiana na dobre. W poprzednich odsłonach prawie 80% gry koncentrowało się na walce, a pozostałą część stanowiły elementy opowieści, ulepszanie postaci i tak dalej. W „Fire Emblem: Three Houses” to około stosunek tych treści to praktycznie pół na pół.


Drugą połowę gry najlepiej opisać jako system a’la Persona 5. W fabule mają miejsca wydarzenia, które stawiają nas w roli profesora w Akademii Oficerskiej dla obiecujących jednostek wojskowych z trzech różnych krajów na kontynencie. Możemy wybrać dom, którego chcemy uczyć mając do wyboru Złotego Jelenia, Czarne Orły i Niebieskie Lwy, następnie stamtąd wchodzimy w interakcje i prowadzimy określone postacie w domu, w bitwie i życiu społecznym.

Dużo pracy włożono w społeczny i dydaktyczny aspekt gry, przykładowo każda linia dialogu jest wyrażana zarówno w języku japońskim, jak i angielskim. To naprawdę ułatwia wczucie się w grę, a jest to szczególnie ważne, jeśli gramy w trybie klasycznym, w którym permadeath jest aktywny. Oznacza to, że jeśli postać zostanie pokonana w bitwie, zniknie na zawsze ze wszystkich aspektach gry. Oczywiście, jeśli nie macie ochoty na ciągłe zmartwienia i niepokój związane z życiem waszych postaci (osobiście uważam to za bardzo stresujące), można grać w trybie normalnym, w którym jeśli postać zostanie pokonana, będzie ona dostępna w następnej bitwie.

Sam system bitew w grze jest bardzo dobrze wykonany, tak jak w poprzednich częściach. Rozwijamy swoje postacie poprzez walkę, a następnie możemy je ulepszać i zmieniać ich klasy.


Moim głównym zarzutem dotyczącym gry jest narracja, ponieważ próbuje ona odzwierciedlać tą z „Persony 5”, ale tak naprawdę nigdy nie osiąga takiego poziomu. Historia jest dobra i ma kilka doskonałych zwrotów akcji, ale wiele postaci irytowało mnie w miarę jej trwania, przez co nie dbałam tak bardzo o wynik każdej opowieści.

Ostatecznie „Fire Emblem: Three Houses” wydaje się być eksperymentem twórców, który zadziałał na większości frontów. Jest to cudowna gra strategiczna, która czasami cierpi na problemy z narracją, ale jest uratowana przez naprawdę epickie momenty w historii. Jeśli szukacie gry strategicznej z systemem społecznościowym rodem z „Persony”, to naprawdę nie możecie pominąć tego tytułu, a dzięki potencjałowi na setki godzin rozgrywki ogrywając historię wszystkich trzech domów, będzie to zajęcie na dłuższy czas.

★★★☆☆
Hannah Read

Fire Emblem: Three Houses w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl