Saturday, 31 August 2019

Pewny kandydat. Jak nie zostać prezydentem ★★★★☆


Żyjemy w świecie, w którym na każdym kroku jesteśmy bombardowani tak zwanymi „newsami” o tym, co jakaś sławna osoba, o której nigdy nie słyszeliśmy, powiedziała, zrobiła lub nosiła na nieokreślonej gali. Stało się tak powszechne w naszej codzienności, że jesteśmy tego całkowicie nieświadomi. Po prostu bierzemy za pewnik, że życie polityka, aktora lub pisarza po prostu nie jest ich prywatną sprawą. Wszystko zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy tabloidy zmieniły swoje pazury w narzędzia wyborcze i wywróciły do góry nogami związek między prasą, a polityką. Wpływ tych zmian widzimy do dziś i portret tego zjawiska możemy oglądać na dużym ekranie.


Dla tych, którzy nie są zaznajomieni ze skandalem w sercu “Pewnego kandydata”, film zaczyna się, gdy Gary Hart (Hugh Jackman) zostaje liderem demokratycznej nominacji na prezydenta w 1987 roku. Inteligencja, charyzma i idealizm Harta sprawiają, że jest popularny wśród młodych wyborców, tworząc mu pozornie prostą ścieżkę do Białego Domu. Wszystko to burzy się, gdy w mediach pojawiają się zarzuty o pozamałżeński romans, zmuszając kandydata do zajęcia się skandalem, który może skutkować klęską jego kampanii i życia osobistego. Następstwem jest chaotyczny koniec czegoś, co mogło być bardzo świetlaną przyszłością polityczną, a Hart słynie teraz jako najlepszy prezydent, którym nigdy nie został.

Na podstawie książki “All the Truth Is Out: The Week Politics Went Tabloid” autorstwa Matta Bai, który jest współautorem scenariusza, jest to absolutnie fascynująca migawka z kilku dni wydarzeń tworzących historię polityki w USA. W świecie pełnym politycznego chaosu historia ta działa dziś na wyraz dobrze - choć ogólnie sprawia, że kibicuję politykowi, który z braku lepszego sposobu na przedstawienie go, ma po prostu romans. W dzisiejszych czasach mamy seksizm, rasizm i homofobię we wszystkich dziedzinach polityki - Hart się tego nie tykał, a romans, to coś z czym mogę sobie poradzić.

“Pewny kandydat” to przede wszystkim studium postaci, więc kluczową rolę odgrywa występ główny. Na szczęście reżyser Jason Reitman powierzył to wielkie zadanie Hugh Jackmanowi, który wykonuje absolutnie fenomenalny występ, który powinien być liderem w kolejce po nagrody Akademii. Jackman jest tak niesamowicie wciągający i wielowarstwowy w roli Harta, pokazując nam swoje charyzmatyczne życie publiczne, ale także niesamowity stres i chaos towarzyszący skandalowi. To przedstawienie, które z pewnością przypadnie Wam do gustu jako jedno z jego najlepszych, wraz z Loganem i Królem rozrywki. Jackman staje się Hartem do tego stopnia, że ​​zupełnie zapominamy, iż oglądamy Wolverine’a pchającego się do Białego Domu.

Inne gwiazdy to JK Simmons i Vera Farmiga, które jak zawsze robią wrażenie, ale dla mnie główną atrakcją filmu był Bill Burr jako obskurny dziennikarz Pete Murphy, który odegrał kluczową rolę w przełamaniu wielkiej historii niewierności Harta. Burr jest naprawdę fantastyczny w tej roli i przypomina widzom, że jest czymś więcej niż tylko przeklinającym komikiem - w rzeczywistości jest też cholernie dobrym aktorem.


“Pewny kandydat” mógł zostać całkowicie zignorowany przez masy, ale szczerze mówiąc, jest to jeden z najlepszych filmów roku. W każdym innym wszechświecie byłby właśnie w czołówce wyścigu o najlepszy film, a Hugh Jackman byłby kandydatem na najlepszego aktora. Ale hej, żyjemy w świecie, w którym Bohemian Rhapsody może wygrać 4 Oscary, więc nie ma tu sprawiedliwości. “Kandydat” może zostać cichym nowoczesnym klasykiem, ale dla tych z was, którzy go znajdą, czeka miły, ciekawy seans. Prawdziwe arcydzieło gatunku dramatu politycznego.

★★★★☆
Sam Love



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 29 August 2019

VICE ★★★★☆


Jeśli podczas tegorocznych Oscarów miała miejsce jakaś zbrodnia, to na pewno był to wybór Najlepszego Aktora. Nie zrozumcie mnie źle, rola Freddiego Mercury'ego w wykonaniu Rami'ego Malka była świetna - aktor dał z siebie wszystko i zrobił co tylko się dało przy niekoniecznie wspaniałym scenariusz filmu. Normalnie oklaskiwałbym decyzję Akademii i całym sercem zgodziłbym się z tym wyborem, ale nie w 2019 roku. Bo widzicie, również Christian Bale został nominowany za niesamowicie dobrą i z pewnością decydującą w jego karierze rolę Dicka Cheney.


Vice Adama McKaya bada wspaniałą historię tego, w jaki sposób Cheney, biurokratyczny znawca Waszyngtonu, po cichu stał się najpotężniejszym człowiekiem na świecie jako wiceprezydent u boku George'a W. Busha, przekształcając kraj i świat w sposób, który odczuwamy do dziś. Podczas gdy większość filmowców poradziłaby sobie z mrokiem władzy Cheneya przez nużącą, powolną i przepełnioną żargonem epopeję, McKay robi to w niewyobrażalny wręcz sposób. Opowiada historię jednej z najbardziej niebezpiecznych i kontrowersyjnych postaci w polityce USA, zmieniając ją w zabawną, choć mroczną, komediową zabawę.

Jednak sam film nie zgarnął wielu pochwał. Jeden z najbardziej spolaryzowanych filmów o historii nowożytnej, na pewno równie kontrowersyjny jak sam jego temat, Vice podzielił krytyków, niektórzy uznali go za „niezdarny pokaz nienawiści politycznej”, a inni za „zabawny nihilistyczny film biograficzny”. Kiedy ma się do czynienia z postacią polityczną i pochyla się tak mocno w jednym kierunku - nic dziwnego, że Cheney jest przedstawiany jako ktoś w rodzaju złoczyńcy z pantomimy, z Christianem Bale'em dziękującym Szatanowi za inspirację do występu podczas podnoszenia swojego Złotego Globu - na pewno wie jak głaskać ludzi pod włos.

Ale nie wchodząc w mętne wody polityki i pozostając całkowicie neutralnym, nadal z całego serca oklaskuję film z wielu powodów. Po pierwsze, nie można odmówić odwagi Adamowi McKay za nakręcenie tego filmu, gdy ten temat wciąż nie przycichł i nadal potrafi nieźle kopnąć, nie wspominając już o tym, że Cheney wciąż ma wielu zwolenników. Przyjęcie tak kontrowersyjnej i niesławnej postaci oraz przemienienie jego życia w mroczną komedię to śmiały ruch. Możemy się z tym zgodzić, prawda? Co więcej, koncepcja przekształcenia tego, co zrobiłby każdy inny filmowiec, czyli prostego dramatu, w tak czarną, komiczną przejażdżkę, jest tak innowacyjnym i ambitnym podejściem do gatunku, że sama w sobie gwarantuje szacunek. Pewnie, niektóre fragmenty udały się trochę mniej - mam na myśli te z bardziej sztampowymi żartami - jednak wciąż wiele z nich działa nieźle.

Niektórzy skrytykowali ten film za zbyt protekcjonalny. Narrator filmu często podmienia lobbing polityczny i dźganie w plecy na bardziej przystępne i uproszczone wyjaśnienia, przez co widzowie zainteresowani polityką czują się nieco zagubieni. Dla mnie mamy wystarczająco dużo skomplikowanych i „poważnych” filmów politycznych, więc tym razem jestem za uproszczoną i łatwą do oglądania zabawą. To powiedziawszy, choć manewry polityczne można dzięki temu szybko podłapać, stojącego za nimi mroku już niekoniecznie.

Vice przerywa komediowe przedstawienie w niektórych mroczniejszych momentach filmu i wychodzi to dobrze. Oczywiście nie ma żadnych żartów z 11.09, czy wojny w Iraku, a sekwencje te są rozwiązywane dojrzale. W rezultacie są bardziej przerażające - montaż prawdziwych zdjęć po atakach terrorystycznych jest wstrząsający i niekomfortowy w odbiorze, z powagą wzmocnioną przez kontrast humoru z poprzednich scen.


Jak powiedziałem na początku tej recenzji, film należy do Christiana Bale’a. Amy Adams, Sam Rockwell i Steve Carell błyszczą, ale występ Bale'a jako zastraszającego i złożonego tytułowego Vice jest fenomenalny. Jest to występ na lata, który z pewnością przejdzie do historii jako najlepszy Bale i ten który zasługiwał na Oscara dla najlepszego aktora bardziej niż Rami Malek. Ale hej, co ja tam wiem, nie jestem częścią Akademii. Telefonów też nie odbierają...

Generalnie, Vice z pewnością zostanie uznany za jeden z najbardziej kontrowersyjnych i najbardziej podzielających filmów dekady, ale jest też najlepszy w swojej dziedzinie. Niesamowite ambicje i nowatorski charakter filmu - oraz wiodąca rola Bale’a - sprawiają, że produkcja jest znakomita. Możecie nie zgadzać się z politycznymi ciągotami, ale nie możecie powiedzieć, że to złe dzieło.


★★★★☆
Sam Love

VICE w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 27 August 2019

The Wedding Guest ★★☆☆☆


Od czasu swojej przełomowej roli w nagradzanym Oscarami Slumdog. Milioner z ulicy Dev Patel wspina się w rolach w filmach takich jak Hotel Marigold, Chappie, Człowiek, który poznał nieskończoność, Lion. Droga do domu. Jest naprawdę wspaniałym aktorem i spisał się w każdym filmie, w którym brał udział. Jego występy często wspierały całe filmy, jednak rzadko kiedy miał on okazję, na większe show ze swoją postacią w roli głównej. Tu wchodzi Wedding Guest i chociaż ten tytuł może sugerować komedię romantyczną, to nic bardziej mylnego.


Zanim przejdziemy do fabuły - ta recenzja zawiera kilka mniejszych spoilerów, więc czytacie na własne ryzyko! Zaczynamy od tego, jak enigmatyczna postać Patela przygotowuje się na tajemniczą podróż: pakowanie, wynajem samochodu, kupowanie broni. Po dotarciu na miejsce - wesele w Pakistanie - włamuje się on do kompleksu, porywa przyszłą pannę młodą i ucieka. Dowiadujemy się, że mężczyzna został zatrudniony przez drugiego kochanka kobiety, gangstera, aby dać jej jeszcze jedną szansę na wybranie mężczyzny, z którym chce być. Wątki zaczynają się zawiązywać, aż w końcu razem wyruszają w drogę, szukając miejsca, w którym mogą się ukryć… na zawsze?

Szczerze mówiąc, The Wedding Guest śmierdzi zmarnowanym potencjałem. Komentarz powtarzający się w prawie wszystkich recenzjach, które widziałem, mówi wprost, jest to komedia romantyczna bez romansu i komedii. I jakoś tak to jest. Jeśli graliby, no nie wiem, Matthew McConaughey i Jennifer Lopez, możecie sobie wyobrażać całkiem niezły romcom. Wynajęty zbir porywa przyszłą pannę młodą z pozbawionego miłości małżeństwa, a oboje zakochują się w sobie podczas ucieczki. Brzmi uroczo, prawda? Gość weselny jest jednak całkowicie pozbawiony humoru, a nawet romansu. To pozbawiony życia, szorstki thriller. W ich relacji iskrzy tak mało, że wygląda to jakbyśmy, jako publiczność, coś przeoczyli w ich kwitnącym romansie. Być może niektóre istotne sceny kończyły się na podłodze jeszcze podczas montażu… ale to uczucie przeoczenia czegoś pozostaje nawet po zakończeniu filmu.

Frustrujące jest to, że cała rzecz wydaje się po prostu martwa i bez żadnego konkretnego sensu. Elementy thrillera nie są ekscytujące, romans nie jest szczególnie romantyczny. Nie można winić Dev Patela i Radhiki Apte, która gra przyszłą narzeczoną. Oboje są wspaniali, a Patel w szczególności daje nam swoją najbardziej dojrzałą, złowrogą i tajemniczą rolę. Problemy ewidentnie leżą w scenariuszu i reżyserii, które wychodzą z ręki zwykle niesamowitego Michaela Winterbottoma - człowieka stojącego za The Killer Inside Me, 24 Hour Party People i Trip.


Wedding Guest to całkowicie rozczarowujący, pusty i pozbawiony życia thriller, który nie robi nic szczególnie interesującego ani ekscytującego z początkowo całkiem obiecującą przesłanką. Niefortunny błąd ze strony twórcy i pisarza.

★★☆☆☆
Sam Love


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Sunday, 25 August 2019

Yoshi's Crafted World ★★★★☆


Chociaż Yoshi istnieje teraz głównie jako mem - przyznajcie, co najmniej jeden z nich Was rozbawił, ta urocza mała platformówka działa jako przypomnienie tego, czym Yoshi był i jest dla graczy. Jest ikoną, starym przyjacielem i z pewnością cieszyłem się, że mogłem znów spędzić z nim trochę czasu. Yoshi's Crafted World to niezwykle prosta i często uproszczona gra, która jest tak wierna swojej formule, że aż nieoryginalna, a jednocześnie wciąż jest jedną z najprzyjemniejszych gier roku.


Po pierwsze, Yoshi's Crafted World to jedna z najłatwiejszych gier, w które grałem. Gra zaprojektowana z myślą o wszystkich grupach wiekowych to niestety małe wyzwanie dla młodych graczy i jeszcze mniejsze dla dorosłych. Wrogowie są prawie całkowicie neutralni, po prostu chodzą po planszy, nie zwracając uwagi na dinozaura spacerującego po okolicy, zabijającego ich kolegów i rzucającego w nich jajkami. W Crafted World jest to zupełnie normalne, więc nie przejmują się tym, dopóki nie zaczepimy ich celnym jajkiem. W każdym razie gra nie jest trudna. Możemy przelecieć przez ponad 40 etapów, nie męcząc się zbytnio i jednocześnie nie umierając ani razu, ale nie o to chodzi w tej grze. To nie jest gra, która rzuca nam wyzwanie i popycha gracza do granic możliwości, jak chociażby Dark Souls. Jest to gra, w którą można się bawić, ponieważ kolorowa sceneria pozwala wrócić do prostszych czasów.

Wszystkie plansze pełne są znajdziek, zachęcając do powtarzania poszczególnych etapów, aby znaleźć każdą z nich i odkryć ukryte elementy wszystkich poziomów - których jest mnóstwo. Na każdej planszy jest dużo ukrytych rzeczy, więc można cieszyć się grą jednocześnie z poczuciem progresu i grywalności. Wspaniałe wizualia kontynuują wciąż popularny motyw tkanin i kartonu, przywodząc na myśl chociażby Little Big Planet, a do tego mamy równie znakomite udźwiękowienie, ze sporą dozą nostalgii.


Yoshi radzi sobie bardzo dobrze, poruszając się bezbłędnie i dając możliwość celowania rzucanymi jajkami nie tylko przed i za siebie, ale również w elementy tła. Cudowny mały akcent. Yoshi nigdy nie radził sobie lepiej niż tutaj, a gra z pewnością jest bardzo przyjemna - sprawiając, że całkowity brak wyzwań w grze wydaje się jeszcze bardziej na miejscu.

Yoshi's Crafted World to urocza prosta, łatwa i przyjemna gra. Nie wymaga cierpliwości ani szybkiego refleksu, prawdopodobnie można wykręcić w niej 100% nawet przez sen. To urocza i nostalgiczna ucieczka w kolorową i urokliwą krainę - która w tej chwili brzmi całkiem zachęcająco.


★★★★☆
Sam Love

Yoshi's Crafted World w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Thursday, 22 August 2019

Alita: Battle Angel ★★★☆☆


Alita: Battle Angel, najnowszy film Roberta Rodrigueza, oparty na mandze z lat 90. Battle Angel Alita autorstwa Yukito Kishiro. Jest to jest połączenie science fiction z filmem akcji, które na pewno spodoba się fanom cyberpunku. Osadzone w futurystycznej powojennej rzeczywistości, gdzie przetrwało ostatnie z cennych miast nieba, Zalem, społeczeństwo jest teraz mocno podzielone na elitę, która żyje w Zalem ciesząc się życiem, i pozostałych, którzy zostali w Żelaznym Mieście, desperacko starając się przeżyć na skrawkach wyrzuconych przez górne miasto.


Podczas poszukiwania części zamiennych dr Dyson Ido (Christoph WChay Clarkaltz) napotyka żywe szczątki cyborga, które zabiera ze sobą i naprawia. Alita (Rosa Salazar), bo tak nazwał ją Ido, ponieważ nie pamięta swojego poprzedniego życia, nie może przestać myśleć o tym, kim mogła być, szczególnie przez z intrygi Hugo (Keean Johnson) i nadopiekuńczą naturę swojego przyszytego rodzica. Jej poszukiwanie tożsamości ma jednak swoją cenę i wkrótce zostaje uwikłana w znacznie większą sprawę.

Przesłanka „Alita: Battle Angel” nie jest wybitna, ale jest wystarczająco intrygująca, aby nas wciągnąć. Niestety, narracja na pewno nie jest zaletą filmu - w pierwszej połowie jest zrozumiała, aczkolwiek przy tym banalna, ale kiedy już przejdziemy do drugiej połowy trudno nie zauważyć, że tak naprawdę wszystko jest tylko fundamentem do kontynuacji, ponieważ nie da się tego zamknąć w ciągu dwóch godzin. Jest to po części typowe i widziałam takie zabiegi już w innych filmach opartych na mangach - osadzone w bardzo barwnych rzeczywistościach, mają światy tak rozbudowane, że nie da się ich przedstawić w jednym filmie.

Pomimo tego, że linia fabularna nie była tak ekscytująca, jak można było się spodziewać, bohaterowie oparci na stereotypach(w szczególności ci źli) są wystarczająco interesujący, a Alita w szczególności fascynująca - zrealizowana w CGI, ale ze szczególną uwagą dla ciepła i emocji prawdziwej istoty ludzkiej, które nie zawsze są widoczne w filmach z takim zastosowaniem grafiki komputerowej. Trudno jej nie polubić, szczególnie po jednej scenie, w której wyjątkowo arogancki złoczyńca okazuje się idiotą (coś, co zawsze lubię oglądać).

Podczas gdy inne postacie są sympatyczne i mają za sobą wiarygodne historie, tak naprawdę to Alita trzymała mnie przy filmie. Zgodnie z oczekiwaniami, Waltz wykonuje bardzo dobrą robotę jako Ido, a Hugo do którego mogliśmy się przyrównywać jako widzowie, był przewidywalny, a jego zaangażowanie co do Ality sprawiło, że wypadł bardzo miło (jestem też przekonana, że jest młodszą wersją Josepha Gordona-Levitta). Film raczej nie wiedział, do kogo był skierowany, bardzo szybko przechodząc od zakochanych nastolatków przeciwstawiających się regułom, do brutalnych walk cyborgów z więcej niż jedną głową oddzieloną od ciała.


Właśnie to bardzo podobało mi się w „Alita: Battle Angel”. Akcja jest doskonała, a zapierające dech w piersiach efekty CGI naprawdę pokazują talent zespołu, który za nimi stoi. Niektóre ujęcia były absolutnie niezapomniane - Alita wirująca w powietrzu przez tuzin kolczastych metalowych macek w powietrzu to scena, która nie szybko opuści moją pamięć. To też te małe akcenty, jak na przykład trój-ręki mężczyzna grający na 12-strunowej gitarze. Użycie CGI naprawdę buduje ten świat i tworzy wiarygodne, hipnotyzujące wręcz wrażenia wizualne.

Historia i samo jej przedstawienie z pewnością nie jest zaletą „Alita: Battle Angel”, ale mam nadzieję, że kontynuacja rozwiąże ten problem. Akcja i to jak przedstawiony został świat, to jednak prawdziwy wyczyn, więc jeśli takie macie priorytety, to warto go zobaczyć.

★★★☆☆
Hannah Read

Alita: Battle Angel w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Tuesday, 20 August 2019

A Plague Tale: Innocence ★★★★★


Plague Tale: Innocence, wyprodukowana przez Asobo Studio i wydana przez Focus Home Interactive, to mroczna gra przygodowa osadzona w czasach Czarnej Śmierci we Francji w 1348 roku. Naszym zadaniem jest przetrwanie w brutalnym świecie, w którym ponad połowa ludności umiera na ulicach, jednocześnie walcząc z Inkwizycją u szczytu Wojny Stuletniej.


Gramy jako Amicia de Rune, która opiekuje się chorym bratem Hugo. Inkwizycja ściga go z nieznanych nam powodów, więc przetrwanie będzie zależało od tego czy uda nam się uniknąć zarazy i poszukujących nas wrogów. Historia jest interesująca, pełna zwrotów akcji, a po drodze spotkamy wiele ciekawych postaci, które co chwila wnoszą coś nowego do gry. To ekscytująca i budząca niepokój opowieść o rodzeństwie próbującym przetrwać pomimo przeciwności losu.

„A Plague Tale: Innocence” to odświeżająca niespodzianka w świecie, który wydaje się składać wyłącznie z 30-40 godzinnych gier z otwartym światem i strzelanek (Szanuję oba gatunki, ale tytułów jest dość dużo). Rozgrywka zajmie nam nieco ponad 10 godzin i jest bardziej podobna do gier z serii „Uncharted”, która niestety nie jest już rozwijana.

Produkcja koncentruje się na skradaniu się, jako że gramy postacią o ograniczonych zdolnościach bojowych. Dużo chowamy się pod stołami i przemykamy po ulicach starej Francji, aby uniknąć spotkań nie tylko z ludźmi, ale także z prawdziwym śmiertelnym wrogiem... Szczurami! Nie mówimy o kilku szczurach - miliony z nich rozprzestrzeniają choroby w całym kraju, roi się od nich dosłownie wszędzie, gotowych zabić nas i odesłać do ostatniego punktu kontrolnego . Zazwyczaj jestem fanką naszych futrzastych przyjaciół, ale nigdy nie czułam wobec nich aż tyle niechęci od czasu, gdy grałam w „A Plague Tale: Innocence”.

Najlepszym sposobem na walkę ze szczurami jest światło, niezależnie od źródła, ponieważ gdy je zobaczą od razu uciekają. Można to wykorzystać na swoją korzyść również podczas walki z Inkwizycją, dobry rzut kamieniem we wroga trzymającego latarnię, sprowadzi na niego szybki atak setek szkodników.

Gra wizualnie jest absolutnie oszałamiająca. Czasami bardzo smutno jest widzieć świat wypełniony martwymi ciałami zgromadzonymi na ulicach, ale dobrze kreuje to klimat gry i realny wizerunek świata w tamtym czasach. Spokojne piękno francuskiego krajobrazu można obserwować w spokojniejszych momentach, które naprawdę nadają styl grze.

Nie powiedziałabym, że po pierwszej rozgrywce gra jakoś szczególnie nadaje się do wielokrotnego przechodzenia, głównie ze względu jej fabularność, chyba że celujemy w pełen zestaw osiągnięć lub trofeów. Obecnie kosztuje około 150 PLN, czyli mniej niż wiele gier AAA dostępnych obecnie na rynku.


Mogę jedynie powiedzieć, że w „A Plague Tale: Innocence” trzeba zagrać. Tego rodzaju produkcje są obecnie bardzo rzadko spotykane i mam nadzieję, że gra dobrze się sprzedaje, nawet jeśli jest dość krótka w porównaniu do innych tytułów, takich jak „Rage 2”. „Jakość ponad ilość” jest tutaj zdecydowanie odpowiednim określeniem i chociaż nie będziecie bawić się zbyt długo, spodoba Wam się każda minuta.

★★★★★
Hannah Read

A Plague Tale: Innocence w CeX


Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl

Saturday, 17 August 2019

Godzilla II: Król potworów ★☆☆☆☆


Uważam, że jeśli nie dostrzegamy narzucanego nam bólu i niepokoju, kiedy wszyscy inni to widzą, to jesteśmy w złym związku. A jeśli to dostrzegamy, ale nikt inny poza nami, to jesteśmy w kulcie. Ostatnio ukazała się niesamowicie rozczarowująca kontynuacja okropnej Godzilli, którą wszyscy uwielbiają i kompletnie nie rozumiem dlaczego. W rolach głównych Kyle Chandler, Vera Farmiga i Millie Bobby Brown, co by nie mówić Godzilla II: Król potworów technicznie rzecz biorąc jest filmem.


Emma Russell jest paleobiologiem i jest to najgłupszy zawód na świecie. Cała jej kariera polega na znajdowaniu uśpionych potworów z uniwersum Godzilli i szturchaniu ich wibracjami sonarowymi, które stymulują gigantyczną bestię do stanu przypominającego zen. Z jakiegoś powodu uważają, że to znakomity sukces. Wcześniej bestia spała, a teraz mają gigantyczne zwierzątko, na które muszą uważać. Szczeniak zje kapcie, gdy będzie miał gorszy humor, Ghidorah zje pół polibudy.

Emma, ​​nie mogąc przewidzieć, co się dalej wydarzy, sprowadza na śmierć swoją młodą córkę Madison i oboje zostają porwane przez złych facetów wołających na siebie Głupi i Głupszy... czy coś takiego. Po drugiej stronie świata ojca Madison aż nosi by zabić każdego potwora. Ale że średnio to służy fabule, nagle zachowuje się, jakby był telepatą i kochał ich wszystkich. Personifikacja Godzilli i wszystkich innych Zillas jest żenująca i głupia! Za. Każdym. Razem.

Ilość momentów kiedy ludzie narażają się na ogromne niebezpieczeństwo bez absolutnie żadnego powodu, jest zadziwiająca. Oczywiście nie zamierzam dziwić się słabym dialogom w filmie o potworach, ale jeśli miałbym już coś cytować, to zwykle wygląda to mniej więcej tak:

Chłop: Nie możemy tam wejść, umrzemy!
Kobieta: Co powinniśmy zrobić?
Chłop 2: Wchodzę.
Kobieta: Ok.

Jasne to jest tylko parafraza, ale to jest film o potworach, więc rozumiem, że chodzi w nim o walkę z potworami. Aby na pewno? Czy to naprawdę o to chodzi? Oto największy problem, jaki mam z Godzillą II: Król potworów. Czas poświęcony ludziom, którzy walczą o jakieś bzdury - jakby ktoś zobaczył ułożone Scrabble i pomylił je ze scenariuszem. Liczba walk potworów w tym filmie o walczących potworach jest bliska 0. Chłopaki koniecznie muszą obejrzeć jakieś anime.


Możemy mieć i ludzi i potwory, odwracając czas jaki dostały na ekranie obie strony. Ewentualnie stwórzmy mniej beznadziejny scenariusz. Wiem, że trudno jest napisać dobry scenariusz, dlatego zamiast tego gniewnie narzekam na filmy, ale nawet ja wiem, że nie można po prostu przeskakiwać z jednej emocji na drugą, przy rosnącym poziomie intensywności bez żadnego motoru, no chyba że każdy członek obsady to Nicolas Cage. Unikajcie tego filmu.

★☆☆☆☆
David Roberts



Get your daily CeX at

Google+ Instagram Twitter YouTube Facebook
And now Snapchat!

Digg Technorati Delicious StumbleUpon Reddit BlinkList Furl Mixx Facebook Google Bookmark Yahoo
ma.gnolia squidoo newsvine live netscape tailrank mister-wong blogmarks slashdot spurl